Marek
U Kacpra była zwyczajna rodzina. Mama i tata kochali go, a on kochał ich. W weekendy chodzili razem do kina i teatru, zimą jeździli na lodowisko, a latem nad morze. Zbierali muszelki, tata uczył Kacpra pływać… Aż firma, w której pracował ojciec, zbankrutowała. I tata zaczął pić. A jak się napił, to wykrzykiwał, że winni są wszyscy – rząd, prezydent, prawo. Wszyscy oprócz niego.
Gdy zmęczona jego pijanymi tyradami mama prosiła, żeby poszedł się położyć, ojciec rzucał się na nią. Ostatnio nawet bez powodu zaczynał ją przyczepiać. Mama odsyłała Kacpra do jego pokoju, ale on i tak słyszał wszystko – krzyki, brzęk tłuczonych talerzy. Co mógł zrobić?
Kiedy ojciec w końcu zasypiał, chrapiąc i śmierdząc wódą, mama przychodziła do pokoju Kacpra i często zasypiała z nim na wąskim łóżku. Chłopiec widział siniaki na jej rękach, nawet na twarzy. Rano tata przepraszał i obiecywał, że już nigdy jej nie tknie…
Ostrożnie wymykała się mama. Prześpiwszy się, wychodził i ojciec – „szukać pracy”, jak mówił. Kacper zostawał sam, odrabiał lekcje. Chodził do trzeciej klasy na drugą zmianę. Sam podgrzewał sobie obiad, jadł i szedł do szkoły.
Wieczorem wszystko zaczynało się od nowa.
— Co, znowu burda u was wczoraj? — spytała sąsiadka, pani Genowefa, mieszkająca za ścianą.
— Tak — krótko kiwnął głową Kacper.
— Czemu matka policji nie wezwie?
— Muszę lecieć, spóźnię się — Kacper przyspieszył kroku.
— No biegnij, biegnij — westchnęła pani Genowefa, patrząc za nim.
Gdy wrócił ze szkoły, mama gotowała w kuchni kolację. Ojca nie było, co ucieszyło Kacpra. Usiadł przy stole i opowiadał proste szkolne sprawy. Potem powiedział, że lepiej bez taty, i żeby już nigdy nie wracał.
Mama spojrzała na niego z wyrzutem.
— To ciężki okres, synku. Jak znajdzie pracę, wróci do normy.
Ale ojciec wrócił, hałaśliwie rozbierając się w przedpokoju, coś tłukąc i stękając. Mama od razu się spięła, wyjrzała z kuchni.
— Idź do swojego pokoju — szepnęła, popychając go delikatnie.
Siedział w pokoju i nasłuchiwał. Tym razem było inaczej, cicho. Nagle mama krótko krzyknęła, coś ciężkiego uderzyło o podłogę. Kacper ostrożnie wyszedł i zajrzał do kuchni. Ojciec stał, rozkraczony, patrząc na leżącą na podłodze mamę. Chłopiec nie wytrzymał, pisnął. Tata odwrócił głowę i spojrzał na niego przekrwionymi oczami.
— Synku — powiedział.
Kacper wypadł z mieszkania i zadzwonił do sąsiadki. Trzęsły mu się ręce. Pani Genowefa nie zrozumiała połowy z jego bełkotu, ale wezwała policję i pogotowie. Przyjechali niemal równocześnie. Ojca zabrali, mamę do szpitala. Kacper został na noc u sąsiadki.
Rano pojechali z panią Genowefą do mamy. Leżała sama na sali, opleciona przezroczystymi rurkami. Spała, nie obudziła się, nawet gdy Kacper ją wołał i ciągnął za rękę. Lekarz wyprowadził panią Genowefę na korytarz, a chłopiec został sam.
Wciąż próbował ją obudzić. Znudziło mu się, sąsiadka nie wracała, więc poszedł jej szukać. Drzwi jednego z gabinetów były uchylone. Usłyszał, jak lekarz mówił, że „jest w śpiączce i raczej nie przeżyje, ale trzeba wierzyć…” Przestraszył się i uciekł z szpitala.
Pani Genowefa znalazła go na ławce w parku szpitalnym. Całą drogę do domu płakał. Sąsiadka traciła cierpliwość, próbując go uspokoić. W domu zapytała, czy mają jakichś krewnych.
— Babcia na wsi — odpowiedział Kacper.
— Daleko stąd?
— Autobusem godzinę, potem jeszcze dwa kilometry pieszo.
— Pamiętasz drogę?
— A co, mały jestem? — oburzył się.
— Jutro rano zawiozę cię do babci — powiedziała pani Genowefa.
Ale rano zadzwoniła córka jej przyjaciółki, prosząc, by natychmiast przyjechała — jej mama umiera. Pani Genowefa straciła głowę.
— Odprowadzę cię na dworzec i wsadzę do autobusu. Wybacz, że nie pojadę z tobą. Jesteś już dużym chłopcem.
Na dworcu poprosiła kierowcę, by miał chłopca na oku. Ten obiecał. I Kacper pojechał sam. Od monotonnego warkotu silnika i przeżyć szybko zasnął. Ledwo zamknął oczy, a już ktoś nim potrząsał.
— Hej, chłopcze, wstawaj, dojechaliśmy — budziła go kobieta z sąsiedniego siedzenia.
Kacper wstał i ruszył do wyjścia.
— Słuchaj, idź z innymi, nie odłączaj się. Nie mogę cię odprowadzić, muszę wracać — powiedział kierowca.
Kacper skinął głową i wysiadł. Ludzie szybko się rozeszli, na drodze za wsią został sam. Zrobiło się strasznie. Ale świeciło słońce, pod nogami szelesciły znajome liście. Powiedział sobie, że jest duży, zna drogę, i ruszył przed siebie, nucąc pod nosem dla odwagi: „Białe róże, pachnące róże, wiatr je niesie po lesie…” Dawniej śpiewali to z mamą.
Minął jedną małą wioskę, potem drugą, większą, ze sklepem, a dalej była już wieś babci. Gdy pierwsza wioska została za nim, ktoś zawołał go gwizdem. Kacper stanął i rozejrzał się. Z boku drogi, na przewróconym drzewie siedziało dwóch nastolatków.
— Ty kto? Do kogo przyjechałeś? — spytał ten starszy i wyższy. — Jakoś cię tu nie widziałem.
— Jadę do babci — odparł Kacper.
— A szkoła? Nie chodzisz?
— Chodzę, ale teraz muszę — nie chciał im tłumaczyć.
— Masz może papierosa? — zapytał drugi, cienkim głosem.
— Mama mówiła, że jak się wcześnie zacznie palić, to się nie urośnie — powiedział Kacper.
Chłopaki wybuchnęli śmiechem.
— Ale ma rozum! „Mama mówiła…” A co ci jeszcze mama powiedziała? Co masz tam? — starszy zerwał mu z pleców plecak.
— Oddaj! — krzyknął Kacper, próbując go odebrać, aleKacper w końcu dotarł do babci, a gdy ta otworzyła drzwi i zobaczyła jego podbite oko oraz podarty sweter, bez słowa przygarnęła go do siebie, szepcząc, że już wszystko będzie dobrze.



