Tajemnicze spojrzenie zielonych oczu z przeszłości

Spójrzenie zielonych oczu z przeszłości

Kazimierz obudził się przed świtem i pomyślał:

No tak, dawno się tak dobrze nie wyspałem. I gdzie? Na polu, w stogu siana, bez wygód i ciepłej kołdry. Chociaż po co? Lato, ciepło, a siano pachnie i grzeje.

Wstał i rozgarnął siano. Głowa działała normalnie, nie martwił się rozstaniem z żoną, nie smucił. Czyżby nigdy jej naprawdę nie pokochał? Zamyślił się.

Czyli te wszystkie dziesięć lat, które z nią przeżyłem, były tylko pozorem małżeństwa? A przecież żyliśmy zgodnie, tylko dziecka nie mieliśmy. Weronika miała córkę, choć, jak sama mówiła, nie wiedziała nawet, kto jest jej ojcem. Urodziła dla siebie.

Kazimierz zawsze czuł pewną nieszczerość w zachowaniu Weroniki, często się kłócili. Po każdej awanturze w jego pamięci pojawiały się zielonkawe oczy i uśmiech pielęgniarki Marysi, która pochylała się nad nim, robiła zastrzyki i stawiała kroplówki w szpitalu. Miał wtedy ranę, dostał podczas służby w Czeczenii.

Siedział w stogu i uśmiechał się, wspominając Marysię, jej kojący głos i oczy jak dwa szmaragdy. Miała gęste, kasztanowe włosy. Nigdy później nie spotkał takiego spojrzenia. Zawsze wierzył, że to właśnie Marysia pomogła mu przetrwać najgorsze chwile.

W dniu wypisu zerwał bukiet polnych kwiatów i poszedł do niej. Chciał zaproponować, by wyjechała z nim, choć wiedział, że to niełatwe.

Marysi tu nie ma, przenieśli ją do innego szpitala polowego powiedziała pielęgniarka, gdy zapytał.

A dokąd?

Nie wiem, i nikt ci nie powie. Sam rozumiesz, gdzie jesteśmy

Kazimierz był załamany, ale postanowił jej szukać. Tylko jak, skąd znał tylko jej imię i kolor oczu? Musiał wrócić do domu, został zdemobilizowany ze względu na stan zdrowia. W domu wszystko było po staremu ojciec pił, matka pracowała i krzyczała na męża.

Pewnego dnia odwiedził go kolega z wojska, Leszek, z którym przeszedł przez wiele.

No witaj, Kazik! Jak tam? Doszedłeś do siebie?

Jakoś leci wzruszył ramionami.

Może przyjedziesz do naszej wsi? U was tu cicho, pracy nie ma zaproponował Leszek. Chyba że coś cię tu trzyma

Nikogo tu nie mam. Nie mogę zapomnieć Marysi.

No tak, bratku, mocno cię zaczarowała. Trzeba szukać, pisać, nie poddawać się.

Kazimierz wyjechał z przyjacielem do wsi, gdzie zaczęli nowe życie. Z czasem kupił mały, stary dom, wyremontował go i zamieszkał.

Tymczasem Leszek zakochał się i wyjechał z żoną Elżbietą do miasta powiatowego.

Kazik, wybacz, że cię tu ściągnąłem, a sam uciekam. Kto by pomyślał, że spotkam Elę. Ale będziemy się widywać.

Nie martw się uśmiechnął się Kazimierz. Ja też się żenię. Właśnie oświadczyłem się Weronice.

Kazimierz otrząsnął się z wspomnień, rozejrzał po polach i lasach. Nagle usłyszał w głowie ostry głos żony, który wyrzuciła mu wczoraj:

Nigdy nie znajdziesz takiej jak ja! Która wytrzyma z tobą tyle lat! To ja cię znosiłam, inna nie da rady. Twoje fanaberie nikogo nie obchodzą. Zresztą, mam już normalnego faceta, który mnie kocha.

Fanaberie tak nazywała jego chwile zadumy, gdy wspominał przeszłość. Drażniło ją to, próbowała go wyciągać, kończyło się kłótniami. Nie rozumiał, dlaczego tak ją to wnerwiało, skoro nigdy się nie zwierzał.

Wczoraj Weronika w końcu powiedziała to, o czym już dawno podejrzewał. Wysłuchał w milczeniu, spakował rzeczy i wyszedł. Za nim leciały przekleństwa. Ruszył przed siebie, daleko od wsi.

Dziwne, myślałem, że będę krzyczał, obwiniał ją. A jestem spokojny. Wręcz ulżyło mi.

Postanowił rano pojechać do Leszka. Wyszedł za wieś, zrobił się wieczór. Skręcił na pole, gdzie stały stogi świeżego siana, i postanowił przenocować. Rano miał jechać do miasta.

Koniec pomyślał z ulgą. Nie muszę już udawać, że wszystko gra.

Po raz pierwszy od pół roku poczuł lekkość, jakby spadł mu kamień z serca. Wgramolił się do stogu i pomyślał:

Jutro będzie jutro, dziś trzeba odpocząć. Spotkam się z Leszkiem, on zawsze mnie wesprze.

Położył torbę pod głowę, ale sen nie przychodził. Na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy, a do głowy wróciły wspomnienia. Rana, którą ledwo wyleczyli w szpitalu, czasem drgała i bolała. Starał się myśleć o czymś innym.

Przypomniał sobie, jak poznał Weronikę. Wesoła, energiczna kobieta, trzy lata starsza, dała mu nadzieję, że życie toczy się dalej. Nie pytał o jej przeszłość, o ojca córki. Po prostu uwierzył, że będą razem na zawsze.

Ale najwyraźniej ją zawiódł. Coraz częściej krytykowała jego fanaberie, gdy chciał zostać sam ze swoimi myślami.

Zasnął nagle, zmęczony świeżym powietrzem i zapachem siana. Obudził się z myślą o zielonych oczach Marysi. Dlaczego teraz? Przecież nigdy o niej nie zapomniał.

No dobrze, czas w drogę powiedział sobie i wydostał się ze stogu.

Dotarł do przystanku, wsadził się do autobusu i pojechał do miasta. Kupił butelkę wina i czekoladki dla Elżbiety. Z Leszkiem nigdy nie pili mocnych trunków, wino wystarczyło.

Zadzwonił do ich drzwi. Otworzył Leszek, poprawiając dres.

Kazik, stary! Wejdź! uścisnął go serdecznie.

Kazimierz spojrzał za drzwi.

Sam jesteś?

Milczał, ale Leszek zrozumiał.

Chodź do kuchni, śniadanie gotowe. Ela, patrz, kto przyszedł! z korytarza wybiegł ich siedmioletni synek, Wojtek, i wskoczył na Kazimierza.

Dobrze, gdy wszyscy się cieszą pomyślał.

Siedzieli w kuchni, wspominali. Kazimierz wyjął wino, czekoladę dla Wojtka i wręczył bombonierkę Eli, dopiero teraz zauważając jej zaokrąglony brzuch.

Chyba się nie mylę? zapytał.

Ela roześmiała się:

Rate article
Fajna Tajna
Tajemnicze spojrzenie zielonych oczu z przeszłości