“Taka synowa to skarb!”
Halina wygładziła delikatne ciasto kruche w formie do pieczenia. Jej syn Marek wraz z synową Anią mieli przyjechać za kilka godzin. Ciszę przerwał ostry, natrętny dzwonek telefonu. Halina otarła dłonie o fartuch i odezwała się.
— Halo?
— Dzień dobry — rozległ się w słuchawce obcy kobiecy głos. — Czy to Halina Janowska?
— Tak, słucham — odpowiedziała Halina, instynktownie się spinając.
— Nazywam się Wanda Nowak. Byłam teściową Ani. Pańskiej synowej.
Halina bez słów przysunęła kuchenny stołek i usiadła. “Była teściowa?” Myśli pobiegły ku Ani, ku jej rzadkim, ale gorzkim wspomnieniom o przeszłym małżeństwie.
— Rozumiem — odezwała się Halina spokojnie, walcząc o opanowanie. — W czym mogę pomóc, Pani Wando?
Ton kobiety po drugiej stronie nagle zrzucił maskę uprzejmości. Stał się kłujący, cierpki, przepełniony złośliwą ciekawością.
— A no tak… przyszło mi sprawdzić, jak się u was miewa nasza Ania? Jak się zachowuje? Pewnie już macie jej dosyć! Albo jeszcze nie? Ale uwierzcie mi na słowo — pożałujecie! O, jak pożałujecie, że wzięliście tę leniwą dziewuchę do rodziny!
— Pani Wando, nie rozumiem. Ania jest wspaniałą dziewczyną. Dlaczego mielibyśmy żałować?!
— Wspaniałą?! — pisnęła Wanda. — Przecież to leń! Ja podłogi myję codziennie, jak się należy! A ona? Raz na tydzień, i to z musu! A firanki! Kiedy pani ostatnio prała firanki? Hę? Ja — raz na miesiąc, święta sprawa!
A ona? Raz na rok, jeśli w ogóle! Kurz latami się zbierał! A gotowanie… Karmiła mojego biednego syna trucizną! Zupa jak woda, kotlety gumowe, nie do przełknięcia! Dostał od tego wrzodów!
— Pani Wando, w ich mieszkaniu zawsze jest czysto. Nienagannie. A gotuje Ania wyśmienicie. Ja sama nauczyłam ją kilku sekretów, a ona jest utalentowaną uczennicą. Nie mamy żadnych zastrzeżeń. A wrzody u Pani syna to pewnie od nadużywania alkoholu!
— Ach, nie macie zastrzeżeń?! — wrzasnęła Wanda, nie słuchając. — A jak ona traktowała męża?! Mój syn wracał zmęczony… no, wypił trochę dla relaksu, jak każdy prawdziwy facet! A ona? Zamiast nalać kieliszek, ułożyć go spać, okazać troskę — darła się na niego! Urządzała awantury! Prawdziwa jędza bez serca!
Halina zamknęła oczy. Wiedziała od Ani, że jej „trochę pijany” były mąż mógł wrócić nad ranem, rozwalić mieszkanie, krzyczeć i obrażać. I znała swojego Marka — odpowiedzialnego, nie sięgającego po alkohol. Nie znosił trunków. Za to przynosił żonie kwiaty bez okazji i dumny był z jej sukcesów w pracy.
— Mój syn, Marek — powiedziała Halina dobitnie, akcentując każde słowo — nie wraca do domu pijany. Nigdy. Szanuje swoją żonę i swój dom. I Ania nie ma powodu, by na niego krzyczeć. Są szczęśliwi.
W słuchawce zapadła ciężka cisza. Jakby Wanda zbierała siły na nowy atak. Gdy znów się odezwała, głos miał w sobie szczerą złość, syczącą nienawiść:
— Szczęśliwi? Cha! A w ogóle wie pani, że ona jest z domu dziecka? Myśmy ją przygarnęli, choć wiadomo, co tam się wyprawia. Nie bez powodu jest bezpłodna! Pusty kwiat! Zobaczy pani, miną lata, a wnuków nie będzie! Wtedy zrozumiecie, jaką szmatę wzięliście do domu! Wtedy pożałujecie!
— Pani Wando — rzekła Halina tak głośno i wyraźnie, jakby stała przed kobietą twarzą w twarz — myli się pani. We wszystkim. W naszej rodzinie panuje spokój, porządek i miłość.
Anię szczerze kocham. Szanuje mnie i nazywa mamą. Oczywiście wiemy, że Ania wychowała się w domu dziecka, i nie jest to jej wina. Wręcz przeciwnie — starałam się być dla niej dobra, dać choć odrobinę ciepła i matczynej miłości.
To bardzo dobra, wrażliwa dziewczyna. A co do wnuków… Spóźniła się pani ze swymi „proroctwami”. Ania i Marek spodziewają się dziecka. Niedługo. Więc pani obawy są nieuzasadnione.
Cisza w słuchawce. Potem urywany, chrapliwy oddech. I nagle — łkanie. Złość ustąpiła miejsca szlochowi, nieporadnemu, łkającemu.
— Dziecko? — zachrypiała Wanda, a w jej głosie było coś żałosnego, złamanego. — Naprawdę? A może nie od pani syna, co? Nie przyszło pani do głowy?
O, Jezu… A mój… mój syn…
Płacz stał się głośniejszy.
— On przepity! Zmienia prace jak rękawiczki… Żyje jak jakiś wyrzutek… A ja tak pragnę wnuków! Choć jednego!
Halina słuchała w milczeniu. Żal ścisnął jej serce. Nie dla tej kobiety, ale dla Ani, która przetrwała lata podobnego życia.
— Pani Wando… — zaczęła Halina, lecz tamta przerwała, głos nagle stał się natrętny, niemal błagalny:
— Słuchajcie… A jeśli z tym waszym Markiem… nie wyjdzie? Rozwiodą się? Hę? Bywa przecież tak! Wtedy… proszę, zadzwońcie do mnie! Koniecznie! Powiem synowi… może się ogarnie!
Przecież teraz, jak pani mówi, stała się porządna? Gotuje, dba o dom. Może wróci do nas? Tylko dajcie mi znać! Proszę! Przecież nie ma gdzie iść, a nas już zna…
Oto sedno. Nie żal. Nie świadomość winy wobec synowej. Rozpacz kobiety, która zobaczyła, że to, co uznała za bezwartościowy szmelc, w innych rękach stało się skarbem. I dzika, egoistyczna nadzieja, by wyrwać ten skarb z powrotem dla swojego nieudacznika syna. Wykorzystać Anię ponownie. Jak służącą. Jak inkubator dla upragnionych wnuków.
— Taka synowa jak Ania jest naszym skarbem. Proszę więcej nie dzwonić. Nigdy.
Nie czekała na odpowiedź i rozłączyła się. Potem zablokowała numer. W gardle stała jej gorycz — od gniewu, od żalu za przeszłością Ani, od ohydy tych słów. Ale najsilniejsze było uczucie… bezpieczeństwa.
Bezpieczeństwa jej gniazda, Marka i tej delikatnej, a zarazem silnej dziewczyny,Halina uśmiechnęła się, patrząc, jak Marek poprawia poduszkę za plecami Ani, a tępy dźwięk telefonu na zawsze zniknął w ciszy ich szczęśliwego domu.



