Ta historia wydarzyła się w polskiej szkole w czasach PRL-u

Ta historia wydarzyła się dawno temu, jeszcze w latach osiemdziesiątych, w jednej ze szkół podstawowych w małym mieście na Mazowszu. Osiemletnie dzieci, świadkowie tego, co się wydarzyło, milczały dlatego sprawa nie ujrzała światła dziennego. Nawet rodzice, jeśli dowiedzieli się, jak wszystko przebiegło, nie zgłosili żadnych pretensji wobec nauczycielki. Cisza nikt nie poruszał już tego tematu.

O całym zdarzeniu opowiedziała mi sama nauczycielka, pani Elżbieta Nowacka. Przez całe życie męczyły ją wyrzuty i poczucie winy wobec ucznia, z którym postąpiła bardzo surowo.

Rzeczywistość była wtedy szara i trudna. Pani Elżbieta miała 22 lata, dopiero co skończyła studia pedagogiczne na Uniwersytecie Warszawskim, marzyła, by zostać prawdziwą nauczycielką. Skierowano ją do powiatowej podstawówki młoda, pełna zapału, a zupełnie niedoświadczona. Chciała udowodnić sobie i innym, że jest kimś wartościowym zarówno jako nauczyciel, jak i człowiek.

Trzeba przyznać, że całkiem dobrze jej to wychodziło. Dzieci w jej klasie (po starannej selekcji w drugiej równoległej utworzono klasę “matematyczną”) osiągały świetne wyniki, rodzice i dyrekcja byli zadowoleni. Dyscyplina też nie budziła większych zastrzeżeń.

Oczywiście, wśród trzydziestu pięciu uczniów zawsze znajdzie się kilku urwisów, którzy lubią sprawdzić, na co nauczyciel stać. Pani Elżbieta potrafiła jednak dotrzeć do tych dzieci, zainteresować ich, wciągnąć w szkolne życie. Wszystkich z wyjątkiem jednego.

Michał, bo tak miał na imię ten chłopiec, wychowywał się bez ojca. Matka niewiele się nim zajmowała ważne, że był najedzony. Michał rósł więc, jak chciał dziki, niechętny do kontaktów z rówieśnikami i dorosłymi, zamknięty w sobie.

Pani Elżbieta próbowała na różne sposoby porozumieć się z Michałem próbowała się z nim zaprzyjaźnić, tłumaczyła, rozmawiała, ale nic nie działało. Chłopiec robił jej na złość. Na lekcji potrafił wcisnąć się pod ławkę i robić miny, rozśmieszając innych. Przeklinał na głos, używał najgorszych przekleństw celowo, by wszyscy słyszeli. Poniżał koleżanki, doprowadzając je do łez, oraz jawnie palił na szkolnym podwórku, czego nie odważali się nawet starsi uczniowie.

Upomnienia nie przynosiły skutku. Gdy ktoś zwracał mu uwagę, Michał stawał zadziornie i rzucał wyzwanie:
A co mi zrobisz?

Najgorsze jednak było to, że Michał pluł na innych. W klasie nie było dziecka, które nie padło jego “ofiarą”.

Robił to z otwartą satysfakcją: nabierał ślinę i celował w kolegów jak najefektowniej. Zniesmaczenie to mało powiedziane.

Pani Elżbieta rozmawiała z nim tysiące razy, tłumaczyła, prosiła, strofowała na nic. Im bardziej ją to denerwowało, tym bardziej Michał się zapamiętywał w swoim postępowaniu.

W końcu nauczycielka poprosiła o pomoc jego matkę. Nigdy wcześniej nie angażowała się w wychowanie dzieci razem z rodzicami w taki sposób, ale sytuacja ją przerosła.

Proszę, porozmawiaj z synem. On mnie nie słucha. Opluł już wszystkich. Niedługo i ja od niego dostanę powiedziała.

Matka obiecała pomóc, co skończyło się tym, że obłożyła Michała pogrzebaczem. Chłopiec pojawił się następnego dnia w szkole cały posiniaczony i marsowy.

Tego samego dnia zaczął pluć także podczas przerw, na korytarzu. Najpierw ukradkiem, potem jawnie nawet w uczniów z innych klas.

Sprawiało mu wyraźną przyjemność znęcanie się nad rówieśnikami. Kiedy widział łzy i obrzydzenie aż się śmiał. Był drobnym, zaniedbanym chłopcem, ale zdawał się zupełnie nie mieć instynktu samozachowawczego, bo pluł nawet w licealistów.

Starsze dzieci kilka razy go złapały, solidnie obili, zagrozili i oczywiście zostawiali w spokoju. Michał oddalał się na bezpieczną odległość, wygłaszał na ich temat przekleństwa i wracał do swojego. Druga klasa miała go już serdecznie dość.

Kulminacja przyszła, gdy bohater opluł z góry panią Krystynę, nauczycielkę geografii, którą kochały wszystkie klasy. Stał na schodach i pluł na uczniów schodzących do niższych pięter musiał ją pomylić ze starszą uczennicą. Starsi chłopcy widzieli wszystko, powiedzieli nauczycielce, a potem tak “poprawili” Michała, że trafił do gabinetu pielęgniarki.

Pani Elżbieto, to się niedobrze skończy powiedziała wtedy starsza pielęgniarka, gdy Michał wybiegł już z gabinetu. Trzeba coś zrobić.
Próbowałam już wszystkiego, on staje się tylko coraz złośliwszy i bardziej arogancki odparła zrezygnowana nauczycielka.
Tacy jak on rozumieją wyłącznie własny język rzuciła zamyślona pielęgniarka.
Czyli co mam zrobić mam w niego napluć, żeby zrozumiał? zirytowała się Elżbieta.
… Nie wiem…

Rozmowa się skończyła, ale słowa utkwiły w pamięci nauczycielki.

Przez jakiś czas po incydencie Michał był spokojniejszy. Potem jednak wrócił do dawnych nawyków.

W klasie Agnieszki obchodzono urodziny dziewczynka przyniosła czekoladki, poczęstowała wszystkich. Gdy złożyli jej życzenia, Michał opluł solenizantkę prosto w twarz. Dziewczynka rozpłakała się od razu… A on tylko stał i wyzywająco patrzył na nauczycielkę:
I co mi zrobisz?

Wtedy nauczycielka nie wytrzymała.

Wezwała Michała do tablicy. Po czym, w milczeniu, zamknęła od środka drzwi do klasy. Popatrzyła poważnie na dzieci i powiedziała spokojnym, stanowczym głosem:
Niech wstaną ci, których Michał kiedykolwiek opluł.

Prawie wszyscy wstali.

Wiele razy mówiliśmy, że to jest ohydne, bardzo przykre, ale on nas nie słucha. Może zwyczajnie nas nie rozumie. Spróbujmy mu to wytłumaczyć wspólnie.

Napięcie zawisło w powietrzu. Ponad trzydzieści par oczu patrzyło na panią Elżbietę.

Zezwalam każdemu z was na bardzo brzydki gest. Porządni ludzie nigdy tak nie postępują, ale nie widzę wyjścia. Podejdźcie i plujcie na Michała po jednym razie. Może zrozumie, jak to jest.

Dzieci podeszły, cicho i bez słowa. Michał rzucił się do drzwi, ale te były zamknięte. Uczniowie załapali go w kącie i zaczęli pluć niektórzy z wyraźną satysfakcją, inni ledwo symbolicznie, zawstydzeni. Większość jednak wzięła udział: najpierw jedni, potem kolejni. W klasie panowała grobowa cisza. Słychać było tylko pisk Michała.

Gdy wszyscy znów zajęli swoje miejsca, trudno było patrzeć na chłopca… Siedział skulony na podłodze, płakał, ślina i łzy spływały mu po policzkach.

Pani Elżbieta rzuciła na klasę długie, ciężkie spojrzenie. Tę ciszę można było kroić nożem.

Nie wiem jak wam, ale mnie jest wstyd. Za siebie, za niego, za wszystkich tutaj powiedziała miękko.

Dzieci spuściły oczy.

Zapamiętajcie ten dzień. Nigdy nie krzywdźcie innych ludzi ani słowem, ani czynem. Widzieliście już, jak łatwo wszystko może się zmienić.

Podeszła do drzwi, otworzyła je szeroko. Michał wybiegł z klasy, skulony.

Nie powiem, że to ma być nasza tajemnica. Wierzę, że sami to rozumiecie. Jesteście wolni rzekła cicho pani Elżbieta.

Michał nie wrócił już tego dnia do szkoły. Nie pojawił się też nazajutrz.

Pani Elżbieta udała się do jego domu. Przygotowała się na rozmowę z matką, ale ona o niczym nie wiedziała.

On jest zupełnie rozbity, wciąż płacze, nie chce iść do szkoły tłumaczyła się niepewnie kobieta.

Proszę, pozwoli mi pani z nim porozmawiać? zaproponowała nauczycielka.

Matka zgodziła się i wskazała wejście do pokoju.

Na widok nauczycielki Michał schował się pod kołdrę.

Rozumiem, jest ci przykro i boisz się, że będą się z ciebie śmiać usiadła przy nim pani Elżbieta, kładąc mu dłoń na głowie.

Chłopiec milczał, trząsł się od płaczu.

Ale nie jesteś tchórzem, prawda? Może się będą śmiać, ale na pewno cię nie zranią. Chcesz, żebym cię przeniosła do innej klasy? Może tam spodobasz się dzieciom, kiedy znów w nich naplujesz…

Michał wyskoczył spod kołdry z szeroko otwartymi oczami:
Już nigdy nie będę pluł! zawołał rozpaczliwie. Nie chcę być przeniesiony…

No to dobrze. Bo dzieci bardzo się zamartwiają, że cię nie ma w szkole, i martwią się, czy wszystko u ciebie w porządku.

Po tych słowach Michał schował twarz w poduszkę i milczał.

Pani Elżbieta uśmiechnęła się blado, pogłaskała go po głowie:
No dobrze, do jutra.

Do widzenia wychrypiał chłopiec.

Gdy Michał wrócił do klasy, dzieci zachowywały się tak, jakby nic się nie wydarzyło.

Nigdy więcej w tej klasie nie było już plucia…

W starszych klasach nauczyciele podziwiali, że dawno nie widzieli tak zgranego zespołu.

Jakby byli jednym organizmem mówili jedni.
A może łączy ich jakaś straszna tajemnica żartowali inni.

Może pani Elżbieta, która posłała swoich pierwszych wychowanków do klas wyższych, powiedziałaby kiedyś coś więcej ale wkrótce przeniosła się do innego miasta i już nigdy nie pojawiła się tam ponownie.

Długo nosiła w sobie to przykre wspomnienie. Bała się, że przez własną bezradność skrzywdziła dzieci, że mogła zniszczyć komuś psychikę. Kiedy mi tę historię opowiedziała, poradziłam jej spróbować dowiedzieć się, co dziś słychać u Michała, i spokojnie zamknąć przeszłość.

Tak też zrobiła.

Okazało się, że kiedy Michał był w szóstej klasie, jego mama wyszła za mąż za oficera Wojska Polskiego. Ojczym nie tylko pomógł chłopcu uporządkować swoje życie i dostać się do liceum mundurowego, ale także go wspierał. Dziś dawny “łobuz” to czterdziestopięcioletni oficer. Przez te wszystkie lata utrzymywał kontakt z wieloma dawnymi kolegami z klasy, zdarzało mu się nawet wracać w rodzinne strony.

Na zjazdach absolwentów nikt nie wspomina tej historii, nawet żartem. Chyba naprawdę nie pamiętająPani Elżbieta odłożyła słuchawkę po rozmowie z dawną koleżanką z grona pedagogicznego. Patrzyła przez chwilę w okno, na park, nad którym zapadał cichy, letni wieczór. Poczuła nagle, jakby ciężar, który nosiła przez lata, stał się lżejszy nie zniknął całkiem, ale zrobił się możliwy do uniesienia. Przypomniała sobie smutną twarz małego Michała, cichy szept: Już nigdy nie będę pluł, potem ostrą ciszę tamtych dni. Myślała o dorosłym mężczyźnie, który może gdzieś teraz zakłada beret na głowę, wsuwając rękę pod ramię własnego syna; o dzieciakach, które po tamtej lekcji już nigdy nie kpiły z nikogo słabszego.

Czy to była dobra decyzja? Nie wiedziała i dziś też nie była tego pewna. Ale to, co wydarzyło się potem, czyli przyjaźń, lojalność i siła, które zostały w klasie na zawsze, były czymś większym i ważniejszym niż błąd w afekcie.

Wiedziała jedno: w wychowaniu i w życiu największe rany leczą się wtedy, kiedy mamy odwagę spojrzeć im w oczy i nie uciekamy przed prawdą. Przeszłość nie zawsze może być poprawiona, ale zawsze da się z niej coś zrozumieć a czasem właśnie to sprawia, że potrafimy się uśmiechnąć, nawet przez łzy.

Tego wieczoru zamknęła wreszcie rozdział sprzed lat. Nad miastem błysnęła pierwsza gwiazda, a ona cicho wyszeptała:

Dziękuję ci, Michał za to, że i mnie nauczyłeś, jak być człowiekiem.

Rate article
Fajna Tajna
Ta historia wydarzyła się w polskiej szkole w czasach PRL-u