Szpitalna sala przytłaczała mnie. Chciałam zakryć uszy rękami, by nie słyszeć płaczu noworodków z sąsiedniego pokoju. Marzyłam tylko, by jak najszybciej stąd wyjść i zapomnieć o wszystkim jak o okropnym śnie…
Aniu, kochanie, spójrz na nią choć raz! prosiła starsza położna, ciocia Nina. Jest podobna do ciebie jak dwie krople wody!
Nie! Nie namawiajcie mnie! Podpisałam rezygnację? Podpisałam! Czego jeszcze ode mnie chcecie? niemal płakałam. Nie mam gdzie jej zabrać! Rozumiecie, o czym mówię?!
Ciszej! Dziecko się przestraszy. Jak to nie masz gdzie? Przecież nie jesteś bezdomna. Masz mamę, tatę?
Sama stara mama została. Ona sama potrzebuje opieki! Nie mogę pojawić się na wsi z dzieckiem. Ludzie mnie wyśmieją…
Niech sobie śmieją! Może będą pogodniejsi! zaśmiała się ciocia Nina. A jak poważnie, to ludzie poplotkują i zapomną, a ty przez całe życie będziesz żałować i gryźć się z wyrzutami sumienia. Nigdy tego nie wymażesz z pamięci.
Ukryłam twarz w dłoniach i rozpłakałam się. Pani Nina już prawie mnie przekonała niewiele brakowało…
Spójrz na nią! Nosek twój zgrabny, zadarty. Oczy od razu widać, że będzie niebieskooka jak i mama.
Nawet pieluch nie mam… I za co wrócę z nią do domu? zaczęłam się poddawać.
To nie problem. Pomożemy ci. Dostaniesz pieniądze z funduszu, a dla małej przygotujemy wyprawkę. Odprowadzę cię osobiście na dworzec. I jak ją nazwiesz?
Zosia…
Piękne imię! I bardzo jej pasuje. Weź maleńką, nakarm ją, ja później jeszcze zajrzę.
Z przejęciem podała mi ją, a ja ostrożnie, z drżącymi dłońmi, przytuliłam córeczkę. Po moim policzku spływały łzy. Przytulając ją, wiedziałam już, że nigdy jej nie opuszczę.
I co, udało się? Ania zabierze rezygnację? zapytał lekarz.
Udało się! uśmiechnęła się położna, ocierając łzę.
Na peronie miałam wrażenie, jakby ktoś mnie obudził z koszmaru. Przytulałam Zosię najmocniej jak mogłam, bo bałam się, że ktoś zaraz mi ją odbierze. Pani Nina była z nami, odprowadzała mnie tak, jak obiecała.
Dziękuję za wszystko! Wstyd mi wspominać, że w ogóle pomyślałam o zostawieniu córki wyznałam drżącym głosem.
Nie masz łatwego życia, wiem o tym, ale ciężkie czasy kiedyś miną. A dziecka mogłabyś żałować przez całe życie… Ja też kiedyś popełniłam nieodwracalny błąd. Do dzisiaj płacę za to wysoką cenę powiedziała cicho pani Nina.
Jaki błąd? zdziwiłam się. Myślałam, że pani to święty człowiek.
Byłam w podobnej sytuacji jak ty. Tyle, że nie miałam nawet matki ani dachu nad głową. Zdecydowałam się usunąć ciążę. Lekarze odmówili, mówiąc, że za późno. Zwróciłam się do babki… Pomogła, ale od tamtej pory jestem bezpłodna.
Naprawdę już nic nie dało się zrobić? zapytałam z niedowierzaniem.
Nic pokręciła głową. Mąż był dobry, ale też odszedł, gdy dowiedział się, że nigdy nie będziemy mieć dzieci…, dodała przez łzy.
To okrutne… Całe życie przyjmuje pani nowe dzieci na ręce, a swojego dziecka nigdy nie mogła pani przytulić…
Aniu, dbaj o Zosię. I pamiętaj, gdybyś kiedyś potrzebowała pomocy zawsze wiesz, gdzie mnie znajdziesz.
Uściskałyśmy się jak najbliższa rodzina. Gdy nadszedł pociąg, długo patrzyłam przez okno, machając na pożegnanie położnej. Pani Nina stała samotnie na peronie, od czasu do czasu ocierając łzy.
Podróż była długa i wyczerpująca. Zbliżałam się wreszcie do domu. W jednej ręce trzymałam Zosię, w drugiej wielką reklamówkę ze szpitalną wyprawką. “Jak mnie przyjmie mama? Co powie?” martwiłam się całą drogę.
Anka? To Ty? zza furtki wyjrzała sąsiadka.
Tak, ciociu Tereso, mama jest w domu?
Nic nie wiesz? zdziwiła się. Mama zmarła pół roku temu
Może to nawet lepiej, że nie doczekała się takiego wstydu! To twoje dziecko? skinęła głową na Zosię.
Tak, moje! odpowiedziałam z dumą.
Weszłam do podwórka na miękkich nogach. Miałam ochotę krzyczeć i płakać z bólu i bezradności. Ale na rękach niosłam córkę. Nie mogłam sobie pozwolić na żaden wybuch. Musiałam myśleć przede wszystkim o niej. Nic się nie bój, kochanie. Teraz jesteśmy razem i nic nas nie złamie przytuliłam małą jeszcze mocniej.
***
Minęło dziesięć lat. Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Krzątałam się przy kuchence, a Zosia wyglądała przez okno na ośnieżony sad.
Mamusiu, dlaczego nie mam babci? Moje koleżanki chwalą się, że na każde święta odwiedzają babcie i dziadków. Dostają piękne prezenty i czekają na tę wizytę przez cały rok powiedziała Zosia z żalem.
Niestety, naszej babci już dawno nie ma. Nawet nie zdążyła cię poznać odpowiedziałam smutno.
A druga babcia?
Jaka druga? zapytałam zdziwiona.
Przecież każde dziecko ma dwie babcie uparła się Zosia.
Właściwie… Mamy jedną taką babcię! Co powiesz, jeśli pojedziemy do niej z wizytą, zawieziemy jej sernik? Pracowała kiedyś w szpitalu, bardzo dobra i serdeczna kobieta rozpromieniłam się na wspomnienie pani Niny.
Szybko przeszłyśmy od słów do czynów. Następnego dnia pojechałyśmy do miasta. Na miejscu poprosiłam w rejestracji o położną Ninę Zawadzką.
Już dawno nie pracuje! powiedziała dyżurna pani. Poszła na emeryturę ze względu na zdrowie.
Och, przyjechałyśmy z daleka, żeby ją odwiedzić. Może ma pani jej adres albo numer telefonu?
To nie do końca zgodne z przepisami. Kim pani jest dla pani Niny? zapytała podejrzliwie.
Jestem siostrzenicą skłamałam, wiedząc, że bez tego nie uda się zdobyć adresu. Tak dawno u niej byłam, zapomniałam, gdzie mieszka. Proszę, pomóżcie!
Prosimy! Bardzo chcemy ją odwiedzić Zosia zabłagała.
No dobrze, spróbuję pomóc odparła.
Po kilkunastu minutach wróciła z karteczką, życząc wszystkiego dobrego i prosząc, by przekazać pozdrowienia dla Niny Zawadzkiej.
Dziękujemy! Na pewno przekażemy! ucieszyłam się.
Ruszyłyśmy taksówką pod wskazany adres. Z biciem serca wspinałam się na trzecie piętro. Tylko niech nie będzie za późno… przeszło mi przez myśl.
Drzwi otworzyły się niemal od razu. Stała w nich pani Nina, całe szczęście w dobrej formie.
Dobry wieczór! uśmiechnęłam się.
Staruszka przyglądała mi się uważnie, próbując sobie przypomnieć…
Aniu?! zapytała cicho.
Tak, to ja! A to Zosia, pamięta pani?
Oczywiście, że pamiętam! roześmiała się. Wchodźcie, dziewczynki!
Po chwili siedziałyśmy już przy stole i opowiadałyśmy sobie nawzajem o życiu. Zosia bawiła się kotem na kanapie i oglądała bajki.
Aniu, może zostaniecie u mnie? Jestem samotna, a wy też jesteście we dwie… Zosię zapiszesz do dobrej szkoły, a ty znajdziesz pracę.
Sama nie wiem… A co z moim domem? Może lepiej przyjedzie pani do mnie? Założymy ogródek, kupimy krowę, powietrze mamy cudowne, rzeka płynie nieopodal latem lepiej niż w mieście! przekonywałam.
Można spróbować! Od zawsze marzyłam o kawałku własnego ogródka, a o krowie nawet nie śmiałam marzyć! zaśmiała się pani Nina, a w jej oczach pojawił się dawny błysk i radość.
To postanowione! Jedziemy do nas!
Babciu Nino, zostaniesz z nami na zawsze? Zosia objęła ją mocno.
Tak, zawsze marzyłam o takiej ukochanej wnuczce!
Nazajutrz ruszyłyśmy razem z wielkimi walizkami na wieś. Każda z nas czuła szczęście na swój sposób. Cieszyłam się, że nie będę z Zosią już sama, że będzie przy nas ktoś bliski. Pani Nina, która nigdy nie spodziewała się już doznać rodzinnego ciepła, z radością wyjeżdżała z dusznego miasta w piękny, malowniczy kąt. Zosia natomiast była po prostu szczęśliwa, że wreszcie ma ukochaną babcię…



