SZCZĘŚLIWY PRZYPADEK…
Dorastałem w niepełnej rodzinie bez ojca. Wychowywały mnie mama, Zofia i babcia, Jadwiga.
Brak ojca zacząłem odczuwać już w przedszkolu.
Ale prawdziwa pustka pojawiła się w podstawówce…
Zazdrościłem kolegom, gdy szli dumnie za rękę ze swoimi wysokimi, pewnymi siebie ojcami, bawili się z nimi, jeździli na rowerach, autach.
Najbardziej bolało, gdy ojcowie przytulali swoje dzieci, całowali syna lub córkę, brali na ręce, a oni śmiali się i śmiali…
Boże, patrząc na to wszystko, myślałem: To musi być prawdziwe szczęście…
Swojego ojca też widziałem.
Ale tylko na jednym zdjęciu, gdzie uśmiechał się lecz nie do mnie…
Mama opowiadała, że jest pracownikiem naukowym, mieszka na dalekiej północy, tak daleko, że nie może przyjechać. Wyjechał, pracuje tam, ale regularnie wysyła prezenty na urodziny.
W trzeciej klasie z przykrością uświadomiłem sobie, że żadnego taty-naukowca na północy nie mam.
Nigdy go nie było!
Przypadkiem usłyszałem, jak mama żaliła się babci, że nie ma już siły okłamywać dziecka i robić prezenty w imieniu ojca, który ich faktycznie zostawił. Choć nie cierpi biedy, nawet raz nie zadzwonił do syna, nie złożył życzeń z okazji urodzin czy Bożego Narodzenia.
Bartek tak bardzo kocha te święta! W tych dniach czuje choćby minimalne wsparcie, nawet jeśli odległe i wyimaginowane, ale od bliskiej osoby.
Od tego momentu przed kolejnymi urodzinami powiedziałem mamie i babci, że nie chcę już prezentów od ojca, którego nie ma.
Upieczcie tylko mój ulubiony sernik, nic więcej.
Żyliśmy skromnie na dwie niewielkie pensje mamy i babci.
Gdy zostałem studentem, zacząłem dorabiać jako magazynier na dworcu i w sklepach.
Któregoś razu sąsiad Sławek zaproponował mi, żebym zastąpił go w roli Świętego Mikołaja w przedszkolach i w domach na zamówienie.
Od razu odmówiłem występów w przedszkolach tam trzeba grać całe scenki i współpracować z Śnieżynką.
Ale na indywidualnych wizytach w domach zgodziłem się spróbować.
Sławek przekazał mi zeszyt z wierszykami i zagadkami oraz adresy.
Repertuar był prosty, szybko się go nauczyłem to nie była matma na kolokwium. A jednak strach przed wpadką spędzał mi sen z powiek.
Pierwszy raz, ku mojemu zaskoczeniu, nie był porażką.
Odwiedziłem wszystkie dzieci zgodnie z listą, wróciłem zmęczony, ale zadowolony, że nie dałem plamy i gdy podliczyłem zarobione pieniądze, prawie zatańczyłem z radości!
Przez pół roku dźwigając skrzynki weekendami, nie uzbierałem tyle, ile teraz po jednym dniu aż 1200 złotych!
Od tamtej pory co zimę zakładałem brodę Mikołaja, a w wakacje próbowałem zarobić w studenckich brygadach budowlanych.
Póki studiowałem, moje życie osobiste nie układało się najlepiej priorytetem były nauka i przypadkowe prace.
Dziewczyny się pojawiały, ale nie prowadziło to do małżeństwa.
Skończę uczelnię, znajdę dobrą pracę, uporządkuję życie Dopiero wtedy pomyślę o rodzinie, marzyłem.
Po skończeniu Politechniki, pracując już jako inżynier, ale jeszcze nie na wysokim stanowisku, postanowiłem kupić używany samochód.
Finansowo było w domu nieźle, ale na własne auto wciąż brakowało, a bardzo chciałem mieć swój pojazd.
Zdecydowałem znowu dorobić jako Święty Mikołaj.
Mama wyciągnęła z szafy mój czerwony kostium, zdjęła folię, zaczęła ozdabiać dodała mnóstwo brokatu, więc cały zestaw błyszczał, a biała broda, którą przeczesano, wyglądała świetnie i dobrze kryła twarz.
Dokleiłem gęste brwi, spojrzałem w lustro i byłem z siebie zadowolony.
Mama westchnęła:
Bartku, może już czas na własne dzieci, zamiast cudzych zabawiać?
Jeszcze zdążę, mamo Trzymaj kciuki! powiedziałem, całując ją na pożegnanie, i ruszyłem zarabiać.
Na tydzień przed Nowym Rokiem dałem ogłoszenie do lokalnej gazety i dostałem piętnaście zgłoszeń.
Po odhaczeniu sześciu adresów, czytam następny: ul. Ogrodowa 6, m. 19.
Wysiadłem z tramwaju, podszedłem pod dom.
Ogrodowa to prawie obrzeża Łodzi ulica słabo oświetlona.
Szybko odnalazłem numer 6. Wszedłem na 2. piętro i zadzwoniłem.
Otworzył mi chłopczyk, pięcio-sześcioletni.
Mieszkam w leśnej chatce przy polanie… zacząłem rutynowo.
Ale on przerwał:
My nie zamawialiśmy Mikołaja!
Ja nie czekam na zaproszenie sam przychodzę do grzecznych dzieci odparłem szybko, choć byłem trochę zbity z tropu. Mama, tata są w domu?
Nie. Mama poszła do sąsiedniego bloku, do babci Antoniny, robić zastrzyk. Zaraz wróci.
A Ty, jak masz na imię?
Bartek.
Cóż za zbieżność… pomyślałem.
Ale powstrzymałem się od wyjawienia chłopcu, że i mnie tak na imię. Przecież jestem Świętym Mikołajem!
Bartek, gdzie jest wasza choinka?
U mnie w pokoju.
Złapał mnie za rękę i zaprowadził do swojego skromnego pokoiku.
Na stoliku, zamiast choinki, w dużym słoju stała gałąź świerku z małymi ozdobami i kolorową lampką. Obok dwie fotografie mężczyzny i kobiety.
Zbliżyłem się… i zamarłem ze zdumienia. Ze zdjęcia patrzę ja sam!
To niemożliwe
Przyjrzałem się uważnie po lewej stronie moja studencka fotka w zimowej kurtce.
Po prawej zdjęcie kobiety: Kingi Nowickiej.
Poznałem ją kiedyś latem na brygadzie przy remontach akademików.
Ale jej zdjęcie było już dorosłe, patrzyły na mnie piękne, nieco smutne oczy kobiety bardzo podobnej do wesołej, młodej Kingi.
Kto to? Spytałem, aż głos mi się załamał.
To mama.
Twoja?
Tak.
Ma na imię… Kinga?
Ojej, zgadł pan! To znaczy, że naprawdę jest pan Mikołajem? Myślałem, że nie istnieją!
A ten pan? Wskazałem na siebie, już podświadomie domyślając się, że Bartek jest moim synem.
A to mój tata! Prawdziwy polarnik! Wyobrazi pan sobie mieszka i pracuje na ogromnej krze! Mama mówi, że wyjechał dawno temu, gdy byłem mały. Dlatego go nie pamiętam. Ale zawsze wysyła mi prezenty na urodziny i święta. W tym roku na pewno znajdę rano pod poduszką niespodziankę od taty. Mikołaj lubi chować prezenty.
Zatkało mnie przypomniałem sobie dzieciństwo i własnego tatę z Arktyki.
Czy wszystkie matki wysyłają takie nieudane ojcowskie typy na północ?
Sam stałem się jednym z nich.
Zrobiło mi się słabo, jakby los wbił mi nóż w serce.
Przypomniałem sobie, jaki burzliwy, choć krótki był mój związek z Kingą…
Po rozstaniu wymieniliśmy się numerami, ale nie zadzwoniłem zaraz po powrocie. A kilka dni później ukradziono mi telefon.
Często o niej myślałem. Ale studia, spotkania, zabawy wyparły ją z pamięci…
A ona mieszka w tym samym mieście i nie tylko mnie nie zapomniała, lecz sama wychowuje naszego syna, trzymając moje zdjęcie obok swojego.
Chciałem już zdradzić Bartkowi prawdę, gdy nagle wróciła Kinga:
Bartku, przepraszam, że się spóźniłam. Babci Antoninie trzeba było wezwać karetkę i zawieźć do szpitala.
Spojrzała na mnie zaskoczona:
Ojej, a my przecież nie zamawialiśmy Mikołaja!
Łzy szczęścia napłynęły mi do oczu. Zerwałem czapkę i brodę, dokleiłem brwi…
Bartek?! Kinga nie mogła uwierzyć.
Opadła na puf w przedpokoju i rozpłakała się tak, że nawet mały Bartek się przestraszył.
Wystarczyły jednak spojrzenia syna, by odzyskała spokój.
A ja powiedziałem Bartkowi, że przybyłem z północy, by w tym roku osobiście zostać Mikołajem zrobić niespodziankę jemu i mamie.
Bartek nie posiadał się ze szczęścia. Śmiał się, recytował wierszyki, bawił się z nami, trzymał nas za ręce, jakby bał się, że znowu zniknę.
O prezencie nawet nie pomyślał wiedział, że Mikołaj schowa prezent od taty pod poduszką.
Bartek zasnął, a my z Kingą rozmawialiśmy do świtu, jakby wcale nie dzieliły nas lata rozłąki.
Rano pobiegłem do sklepu po jeszcze jeden drobiazg wtedy zorientowałem się, że pomyliłem adres. Wszedłem do bloku 6A, a miałem udać się pod 6. W nocy nie dostrzegłem tej literki.
A tak naprawdę trafiłem tam, gdzie powinienem!
Jaka szczęśliwa, przełomowa pomyłka! uśmiechałem się do siebie.
Teraz jesteśmy we trójkę! Jesteśmy naprawdę szczęśliwi!
Mama i babcia nie mogą się nacieszyć wnukiem i prawnukiem Bartkiem Bartkowskim!…



