**Szczęście w zasięgu ręki**
Dzisiaj patrzyłem na Bożenę, gdy przeglądała się w lustrze. Jej podłużna twarz, duży, ostry nos, wąskie usta i chłodne, jasnoszare oczy wydawały się jej przeszkadzać. Tylko włosy lubiła – czarne, gęste, z grzywką sięgającą aż do brwi.
— Jesteś podobna do ojca. A on był przystojny, inaczej nie zakochałabym się w nim. Ma kresowe korzenie — pocieszała ją matka. — Jak dorośniesz, zrozumiesz, że masz wyrafinowaną urodę. Nie każdy to doceni.
Ojca Bożena nie pamiętała. Odszedł, gdy miała niecałe dwa lata. Za to pamiętała wuja Zbyszka – wesołego gawędziarza z czerwonymi policzkami. Podrzucał ją do góry i śmiał się. Zawsze przynosił cukierki, pierniki albo jakąś tanią zabawkę. Jako dziecko uwielbiała wspinać mu się na kolana i wdychać jego zapach. Matka mówiła, że to woń drogich papierosów i konjaBożena wtuliła twarz w jego dłoń i zrozumiała, że szczęście było zawsze tuż obok, tylko trzeba było przestać uciekać.



