18 września
Siedziałem dziś przy oknie, obserwując uliczną krzątaninę. Autobusy skrzypiały jednakowo przy hamowaniu, przechodnie spieszyli w swoich sprawach, a moje myśli wciąż krążyły wokół tego nieszczęsnego listu. Czarna koperta ze złotą obwódką leżała na kuchennym stole dobę, a ja wciąż nie miałem odwagi jej otworzyć.
“Mamo, co siedzisz jak posąg?” – Dawid wpadł do mieszkania z hukiem, rzucając plecak w kąt. – “Znowu się zamartwiasz? Lepiej daj coś jeść, głodny jestem jak wilk”.
“Jedz, jedz” – westchnąłem ciężko, nie odrywając wzroku od szyby. – “Schabowe są w lodówce, podgrzej w mikrofali”.
Syn zatrzymał się na środku pokoju, wpatrując się we mnie uważniej. Coś w mej postawie go zaniepokoiło, jakaś nadmierna sztywność.
“Co się stało?” – Dawid podszedł bliżej. – “Wyglądasz… nie wiem, jakoś dziwnie”.
“Ot, nic ważnego” – odwróciłem ku niemu twarz. – “Tak zwyczajny list przyszedł. Myślę, czy go otworzyć”.
“Jaki list? Od kogo?”
“Od rejenta. Z Warszawy”.
Dawid się skrzywiłwił. Listy z kancelarii rejentów rzadko niosły dobrą nowinę. Albo długi, albo sądy, albo inne kłopoty.
“A co tam może być?” – spytał ostrożnie.
“Nie wiem. Może ciocia Klementyna coś zapisała. Przecież w Warszawie ostatnie lata mieszkała, miała mieszkanko. Ale nie utrzymywałyśmy kontaktu, z dziesięć lat już”.
Wstałem z krzesła i przeszłam do kuchni. List leżał wciąż w tym samym miejscu, jakby szydził z mej niepewności.
“Mamo, może jednak otworzymy?” – Dawid sięgnął po kopertę. – “Co złego może być w poznaniu prawdy?”
“Złego może być wiele” – burknąłem. – “Nagle jakieś zobowiązania, jej długi. Albo coś gorszego. Nie chcę sobie problemów szykować”.
“A może akurat coś dobrego?” – Dawid już miał rozerwać papier, lecz zatrzymałam go gestem.
“Czekaj. Daj mi jeszcze pomyśleć”.
Choć myślenie na niewiele się zdało. Ciocia Klementyna była moją kuzynką; wychowywałyśmy się na jednym podwórku, ale nasze drogi rozeszły się dawno. Klementyna wyjechała do stolicy zaraz po studiach, tam wyszła za mąż, pracowała w jakiejś placówce naukowej. Dzieci nie miała, męża też od dawna nie było. Ja zostałam w rodzinnym mieście, urodziłam Dawida, wcześnie owdowiałam, pracując całe życie jako przedszkolanka.
Ostatnio widziałyśmy się na pogrzebie dziadka, rzeczywiście z dziesięć lat temu. Klementyna wydała mi się wtedy obca, jak jakaś stolica pani w drogim płaszczu, patrząca z góry na prowincjonalne krewne.
“Dobrze, otwórz” – zdecydowałam wreszcie. – “Ale jeśli coś złego, ostrzegałam cię”.
Dawid starannie rozciął kopertę, wyciągając kilka kartek. Przeskoczył wzrokiem pierwsze linijki i zagwizdał cicho.
“Mamo, tu piszą, że ciocia Klementyna zapisała ci mieszkanie w Warszawie”.
“Co?” – mało nie upuściłam kubka z herbatą. – “Jakie mieszkanie?”
“Dwa pokoje, koło Placu Wilsona. I tu jeszcze jest konto bankowe…” – Dawid przewracał strony, jego oczy robiły się coraz większe. – “Mamo, tu jest całkiem pokaźna suma”.
Usiadłam na krześle, bo nogi nagle stały się jak z waty.
“Nie może być. Przecież prawie się nie znałyśmy. Za co mi to wszystko?”
“A tu jest dołączona kartka od niej. Własnoręczna” – Dawid podał mi mały świstek papieru.
“Halinko, jeśli czytasz ten list ten list, to znaczy, że już mnie nie ma. Wiem, że się od siebie oddaliłyśmy, i po części to moja wina. Zawsze myślałam, że czasu jeszcze wiele, że zdążę naprawić relacje z bliskimi. Ale czas kończy się niespodzianie. Niech to mieszkanie będzie twoje. Tyś zawsze była dobra, żyłaś dla innych. Teraz czas pomyśleć i o sobie. Twoja Klementyna”.
Kartkę przeczytałam kilka razy, nie wierząc własnym oczom. Łzy same napłynęły.
“Jak to więc jest?” – szepnęłam. – “Ona umarła, a ja nawet nie wiedziałam. Nie byłam na pogrzebie, nie pożegnałam…”
“Mamo, nie win się. Skądże miałaś wiedzieć?” – Dawid objął mnie za ramiona. – “A może i nie chciała, by wiedziano. Niektóre wolą odejść po cichu”.
“Ale czemu ja? Mawiała innych, bliższych krewnych”.
“Widać nie tak bliskich, jak sądzisz. Albo ona wiedziała lepiej”.
Jeszcze raz przebiegłam wzrokiem po słowach Klementyny. *Pora pomyślećleć o sobie*. Kiedy ostatnio myślałam o sobie? Nigdy chyba. Najpierw rodzice, potem Dawid, praca bez wytchnienia. A teraz syn już dorosły, samodzielny, wkrótce pewnie własną rodzinę założy.
“Co teraz z tym wszystkim zrobić?” – zapytałam bezradnie.
“Na początek trzeba pojechać do Warszawy, obejrzeć to mieszkanie. Ogarnąć formalności” – Dawid już snuł plany. – “Mamo, zdajesz sobie sprawę, co to znaczy? Możesz teraz zupełnie inaczej żyć”.
“Jakże inaczej? Co masz na myśli?”
“No np. przeprowadzić się do Warszawy. Albo wynajmować mieszkanie i mieć dodatkowe pienią
Halina zamknęła drzwi nowego warszawskiego mieszkania, wsuwając klucz do kieszeni z uczuciem pewności, że każdy, kto boi się czarnego kopertowego szczęścia, nigdy nie stanie się jego właścicielem.



