Szczęście po noworocznym cenniku
— Dziękuję, mamo. — Jan wstał od stołu i przeciągnął się. — Pojadę trochę sobie po mieście. Nie martw się, będę ostrożny, i tak o tej porze ruch jest mały.
— Od czasu, jak kupiłeś ten samochód, nie rozstajesz się z nim. A już czas, żebyś się ożenił. Słusznie mówią, że mężczyzna zawsze najpierw kocha auto.
— Mamo, nie zaczynaj — Jan podszedł do matki i objął ją. — Wiesz, jak długo marzyłem o własnym samochodzie. Jak się nim nacieszę, wtedy pomyślę o rodzinie. Słowo honoru.
— Dobrze już. Niedługo trzydziestka, a ty wciąż bawisz się w samochodziki. — Matka pogłaskała syna po głowie. — No to idź.
Jan wyszedł z klatki schodowej, podszedł do swojego auta i strzepnął puszyste płatki śniegu z przedniej szyby. Prawo jazdy miał od dawna, ojciec pozwalał mu jeździć starym Fiatem, zanim ten się rozbił. Doświadczenie miał, po prostu jeszcze nie nasycił się uczuciem posiadania własnego samochodu.
Długo oszczędzał, starannie wybierał. Teraz każdego wieczoru jeździł po mieście, czasem wyjeżdżał na szosę. Jeśli ktoś łapał stopa, Jan podwoził, nie biorąc pieniędzy.
Wszedł do auta, przekręcił kluczyk i z przyjemnością wsłuchał się w pomruk silnika. Potem podgłośnił radio i powoli wyjechał z podwórza.
W świetle reflektorów migotały płatki śniegu, uderzające w szybę. Zima w tym roku przyszła nagle, w ciągu kilku dni nawiało dużo śniegu. Jan jechał bez celu, klucząc ulicami. Na jednej z nich zobaczył kobietę z dzieckiem, stojącą na poboczu. Ściszył radio, zatrzymał się i opuścił szybę.
— Podwiezie pan na ulicę Leśną? — Kobieta zajrzała do środka.
Była młoda i ładna.
— Niech pani wsiądzie — Jan wskazał głową na fotel pasażera.
— A ile to będzie kosztować? To daleko — spytała, wciąż pochylona w stronę okna.
— Niech się pani nie martwi. Od ładnych kobiet nie biorę pieniędzy. — Ale widząc, że kobieta przestraszona odsunęła się, pospieszył dodać: — Dziesięć złotych będzie w porządku? Proszę wsiadać, nie gryzę — zaśmiał się.
Kobieta otworzyła tylne drzwi, wpuściła przodem synka, może pięcioletniego, i usiadła obok niego. Jan wyjechał na główną drogę.
— A ile ma pan koni? — spytał chłopiec.
— Konii? — Jan uniósł brwi. — No… nie wiem.
— Jak to nie wie pan? — nie ustępował ciekawski pasażer.
— Widzisz, kiedy kupowałem auto, patrzyłem, żeby ładnie wyglądało i było wygodne. A moc silnika nie była aż taka ważna. Ale ty, widzę, znasz się? — Jan uśmiechnął się poważnie.
— Znam się — odparł chłopiec z powagą.
— A jak ci na imię, ekspercie od samochodów? — zaśmiał się Jan.
— Tomek. A panu?
— Jan.
— Tomek, dość. Nie przeszkadzaj panu — upomniała syna kobieta.
— Niech sobie mówi. Sympatyczny z niego chłopak. Sympatyczny Tomek — Jan spojrzał w lusterko i spotkał wzrok kobiety. W piersi, tam, gdzie bije serce, zrobiło mu się nagle ciepło i radośnie.
Nocne miasto oświetlały witryny sklepów i latarnie. Przed centrami handlowymi stały już ubrane choinki, migocząc tysiącem kolorowych świateł. Do Nowego Roku został miesiąc, ale w powietrzu czuło się już świąteczną atmosferę.
— Proszę zatrzymać się przy tym bloku — powiedziała kobieta.
— Może pod samą klatkę? — Jan znów spojrzał w lusterko, ale kobieta patrzyła w bok.
Zatrzymał auto na początku długiego, dziewięciopiętrowego bloku.
Kobieta wysiadła i, trzymając drzwi, czekała na syna.
— Tomek, szybko — pośpieszyła go.
— A przyjedziesz po mnie jutro? — zapytał chłopiec płaczliwym głosem.
— W niedzielę cię odbiorę. I nie marudź, bo nos się zatka. Wychodź — podniosła głos.
Tomek niechętnie i powoli prześlizgiwał się ku drzwiom. Jan wysiadł z samochodu.
— Proszę. — Kobieta podała mu dziesięć złotych.
Jan wziął banknot, złożył go i wsunął do kieszeni kurtki.
— Zachowam to jak talizman — powiedział poważnie i wyciągnął rękę do Tomka. — Pa.
— Pa. — Chłopiec włożył swoją małą, ciepłą dłoń w jego szeroką dłoń.
— Chodźmy, babcia już czeka. — Kobieta pociągnęła syna za sobą.
Po kilku krokach Tomek się odwrócił, a Jan pomachał mu. Wtedy zobaczył, jak od jednego z zaparkowanych samochodów podszedł do nich mężczyzna. Pocałował matkę Tomka, a potem wyciągnął rękę do chłopca. Ten jednak gwałtownie się odwrócił.
„Randka, a chłopak zazdrości. I z przyjacielem matki jakoś mu nie po drodze” — pomyślał Jan, i ta myśl sprawiła mu radość.
Wszedł do auta i podgłośnił radio. Z głośników popłynął głór Krawczyka: „Moja dziewczynka, mała dziewczynka, która kocha mnie tak, jak ja ją…” W aucie delikatnie unosił się zapach perfum. Jan nawet spojrzał w lusterko, jakby kobieta wciąż tam siedziała. Ale nikogo nie było.
Ochota na jeżdżenie minęła. Piosenka zaczęła irytować, więc Jan przełączył stację. Nie mógł przestać myśleć o spojrzeniu tej kobiety. Zwyczajna, ładna. Ale coś w niej było…
Kilka lat temu zakochał się w starszej od siebie kobiecie, która miała już sporoletnią córkę. Oświadczył się jej i przyprowadził do matki.
— Ona jest od ciebie starsza. Ma dziecko. Jesteś młody, przystojny, nie możesz znaleźć nikogo w swoim wieku? Synku, nie popełniaj błędu… — błagała go matka, gdy Tamara wyszła.
Potem matka bardzo przeżywała, że zrujnowała szczęście syna. Jan nie mógł ułożyć sobie życia z innymi. Podobał się kobietom, ale żadna nie poruszyła jego serca jak Tamara. A do Tamary wrócił mąż, i znów wzięli ślub.
A dziś…
Często jeździł koło bloku, w którym wysadził Tomka i jego matkę. Nawet krążył po ulicy, gdzie ich podwiózł. Ale— Ani nie zauważyli, jak wybiła północ, a za oknami rozbłysły fajerwerki, gdy Jan po raz pierwszy od lat poczuł, że nowy rok przyniesie mu więcej niż tylko samotne przejażdżki po śnieżnym mieście.



