Znowu zbliżały się Święta. Całe miasto tętniło życiem, w galeriach handlowych jasno, gwarnie i ciepło, ludzie krzątali się między półkami, próbując zdążyć z zakupem prezentów. Z głośników od tygodnia leciała ta sama świąteczna piosenka, którą wszyscy znali już na pamięć.
A Weronice wcale nie było do śmiechu. Ten rok był dla niej i jej matki, Krystyny, wyjątkowo ciężki musiały nauczyć się żyć bez ojca. Weronika już od dawna nie mieszkała z rodzicami, była dorosłą, zamężną kobietą, a nawet miała dziesięcioletniego syna, Jakuba.
Rok temu, tuż przed Sylwestrem, odszedł jej tata. Ciężko było jej to przyjąć, ale dopiero po czasie zrozumiała, że dla matki było jeszcze trudniej.
Marek Michałowicz był troskliwym, dobrym mężem i ojcem. Jako wykładowca ekonomii na uniwersytecie traktował studentów jak własne dzieci. Często powtarzał:
To wszyscy moi podopieczni. Nigdy na nich nie krzyczę, nie złoszczę się. A oni odpłacają mi tym samym. Przez tyle lat ani jedna poważna awantura pytania oczywiście bywały, ale zawsze rozwiązywaliśmy je wspólnie. I oni zadowoleni, i ja.
Wiem, tato. Wszyscy mówią o tobie z szacunkiem przytakiwała córka.
Marek uwielbiał stare filmy, śmiał się głośno i serdecznie. Kiedy Weronika była mała, często zabierał ją na spacery. Czasem całą rodziną wybierali się do kina, parku, a na wakacje zawsze jeździli we trójkę.
Weronika widziała, jak ojciec delikatnie traktował matkę, więc i ona szukała męża na jego podobieństwo. I udało się była zadowolona ze swojego męża, Darka. Po ślubie zamieszkali w mieszkaniu, które podarowali im rodzice i jedni, i drudzy.
Wszystko było dobrze. Aż trzy lata temu u Marka nagle wykryto nowotwór. Krystyna z córką były w szoku, a on je uspokajał:
Spokojnie, dziewczyny. Tak łatwo się mnie nie pozbędziecie żartował, choć w jego oczach nie było już dawnego blasku.
Rok temu go zabrakło.
Nie potrafię bez niego żyć
Zawsze będę pamiętać odgłos zamarzniętej ziemi uderzającej o trumnę, łkanie mamy i dźwięk talerzy na stypie myślała czasem Weronika.
Teraz nonstop bała się o matkę. Kiedy wróciły do pustego mieszkania po pogrzebie, Krystyna, nie rozbierając się, weszła do pokoju i powoli osunęła się na fotel, w którym zawsze siedział jej mąż. Patrzyła w jeden punkt, a Weronika, przygnieciona żalem, nie wiedziała, co powiedzieć.
Nie dam rady usłyszała od matki.
Przysiadła przed nią na piętach, wzięła jej zimne dłonie w swoje.
Czego nie dasz rady, mamo?
Krystyna spojrzała na nią, jakby nie rozumiejąc pytania, i szepnęła:
Żyć bez niego. Nie potrafię.
Dopiero teraz Weronika zrozumiała, że choć jej jest ciężko, matce jest jeszcze trudniej.
Czekała, aż ból minie
Minął dokładnie rok. Krystyna z córką uczyły się żyć bez Marka. Weronika powoli przyzwyczajała się, że nie usłyszy już głosu ojca w słuchawce. Kiedyś, przychodząc do rodziców, zawsze widziała znajomą siwą czuprynę w fotelu naprzeciw telewizora ulubione miejsce taty. Teraz tego brakowało. Teraz musiała się z tym pogodzić, a w środku została tylko rozpacz. Czekała, aż ten ból w końcu minie, ale dołączył do niego strach o matkę.
Boże, żeby tylko mama dała sobie radę myślała Weronika, budząc się w nocy. Ta myśl towarzyszyła jej wszędzie.
Wtedy łapała telefon i dzwoniła do matki (oczywiście nie w nocy, ale rano, w ciągu dnia czy wieczorem). Bała się o nią do szaleństwa.
Weronika, nie dręcz się tak często uspokajał ją Darek. Spójrz na siebie. Masz pusty wzrok, schudłaś, jesteś jak żyleta. Z mamą wszystko będzie dobrze. Jeszcze trochę czasu musi minąć, ale uwierz mi, jakoś to się ułoży.
Może i masz rację, Darku. Ale za każdym razem, gdy patrzę na mamę, czuję lęk. Nie poznaję jej taka cicha, zamknięta w sobie. O czym ona cały czas myśli? Może powinnam ją do nas zaprosić?
Weronika wybrała numer. Matka odezwała się cicho:
Tak, córeczko
Mamo, przyjedź do nas. Dzisiaj sobota, możemy z Jakubem zabrać cię do parku albo gdzieś indziej. Nie siedź tam sama.
Nie, córciu, dziękuję. Nie chce mi się wychodzić z domu, a co dopiero jechać gdzieś. Zresztą nie jestem sama w myślach jestem z tatą.
Właśnie tylko w myślach! Mamo, chcę, żebyś chociaż na chwilę od tego odpoczęła. Przyjedź namawiała Weronika, ale matka odmówiła.
Odłożyła telefon i spojrzała na Darka.
Jak ją stąd wyrwać? Kiedy do niej przychodzę, cieszy się, ale i tak nie chce wyjść. Mówi, że woli rozmawiać w domu.
Cierpliwości, Weronika. Czas musi zrobić swoje.
Niepokoje
Dziś mijał dokładnie rok od śmierci Marka. Za dwa dni Nowy Rok. Życie toczyłoby się dalej, gdyby nie to, że rano Krystyna nie odebrała telefonu. Ani za pierwszym, ani za drugim razem. Dzwoniła w kółko sygnał brzmiał, ale matka nie podnosiła słuchawki. Weronika spanikowała. To było dziwne Krystyna zawsze odbierała.
Porwała kluczyki i wypadła z domu. Wbiegła do klatki z sercem walącym jak młot.
Boże, broń, żeby nic się nie stało szeptała, otwierając drzwi kluczem.
Czytała i czytała list
Wchodząc do mieszkania matki, od razu poczuła, że coś jest nie tak. Cisza. Idealny porządek. Na kuchennym stole leżała kartka: Kochana córeczko, wiesz, jak bardzo cię kocham. Nie chcę sprawiać ci bólu. Cokolwiek się stanie, pamiętaj bardzo cię kocham.
Weronika chwyciła się stołu i osunęła na krzesło. Nogi stały się jak z waty, w głowie kłębiły się myśli, których nie potrafiła złapać. Przed oczyma robiło się ciemno. Czytała kartkę w kółko, chociaż litery tańczyły.
Zawsze wiedziałam, że to, czego się boisz, właśnie się zdarza pomyślała w końcu.
SpostrzWeronika wstała z krzesła, otarła łzy i ruszyła w stronę drzwi, zdecydowana odnaleźć matkę i przekonać ją, że razem przetrwają to wszystko bo rodzina, nawet w żalu, zawsze jest silniejsza niż samotna rozpacz.



