Piesek
Życie Justyny i jej synka Staśka toczyło się spokojnie we dwoje. Ojciec chłopca istniał, oczywiście, ale nigdy się nim nie interesował. Justyna postanowiła, że lepiej, by Staś nie znał prawdy – że zakochała się bez pamięci w przyszłym ojcu dziecka, a gdy powiedziała mu o ciąży, ten oznajmił, że jest żonaty. Miał problemy z małżeństwem, ale nie mógł odejść, bo jego teść był jego szefem. W razie czego zostałby z niczym, a taki mężczyzna na pewno nie byłby Justynie potrzebny. Poradził jej, by pozbyła się dziecka, póki jeszcze czas, bo alimentów i tak by nie dostała. A jeśli się uprze – gorzej dla niej…
Nie narzucała się. Zniknęła z jego życia i wychowywała Staśka sama. Chłopiec wyrósł na dobrego człowieka i to jej wystarczało.
Justyna pracowała jako nauczycielka w szkole podstawowej, a pięcioletni Staś chodził do przedszkola. Nikogo więcej nie potrzebowali.
Po Nowym Roku do szkoły przyszedł nowy wuefista – wysoki, dobrze zbudowany, uśmiechnięty. Wszystkie samotne nauczycielki (a było ich większość) od razu rzuciły na niego oko i zaczęły zabiegać o jego uwagę. Tylko Justyna nie patrzyła w jego stronę i nie śmiała się z jego żartów. Może właśnie dlatego zwrócił na nią uwagę.
Pewnego dnia, gdy wychodziła po lekcjach ze szkoły, przed nią zatrzymał się terenowy samochód. Z auta wysiadł wuefista i otworzył przed nią drzwi od strony pasażera.
— Proszę — uśmiechnął się i skinął głową w stronę fotela.
— Dziękuję, ale mam niedaleko — odpowiedziała, lekko zmieszana.
— Wsiadaj. Nawet jeśli blisko, to lepiej jechać niż iść — odparł logicznie.
Justyna zawahała się chwilę, ale w końcu wsiadła. Marcin (bo tak miał na imię) zatrzasnął drzwi i zapytał o adres.
— Nie wiem dokładnie. Znam tylko numer przedszkola — przyznała, spuszczając wzrok.
— Jakiego przedszkola? — Spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Tego, do którego chodzi mój syn — wyjaśniła szybko.
— Masz syna? Duży? — Dlaczego od razu przeszedł na „ty”?
— Staś. Ma pięć lat — odpowiedziała i sięgnęła po klamkę. — Lepiej pójdę sama.
— Czekaj. Pojedziemy. — Włączył silnik.
Justyna zamknęła drzwi. Cóż, niech podwiezie ją po Staśka. I tak nic z tego nie będzie. Po co mężczyźnie kobieta „z bagażem”, gdy wokół pełno wolnych i bez dzieci?
— No dobrze, jeśli pani nie spieszy się… — westchnęła.
— Nie śpieszy mi się. Nikt na mnie nie czeka. Nie mam ani żony, ani dzieci — rzucił od razu, oszczędzając jej pytań.
— A dlaczego tak? Straszny charakter? Kobiety nie wytrzymują? A może ktoś pana zranił i boi się pan poważnych relacji? — zapytała, podnosząc brew.
— O, jaka ostra. Nie spodziewałem się. Z wyglądu taka cicha… Było i tak, i tak. Ale do ślubu nie doszło, i to nie tylko przeze mnie. Po prostu się nie udało. A charakter… No przecież nikt nie jest idealny, szanowna Justyno. Ty też nie wyglądasz na taką hardą.
— Żałuje pan, że mnie podwiózł? O, proszę skręcić w tę ulicę — powiedziała szybko.
Samochód zatrzymał się przed przedszkolem.
— Zaczekam — oznajmił, gdy wysiadła.
Zawahała się.
— Nie trzeba. Mieszkamy bardzo blisko. Nie chcę, żeby syn potem zadawał pytania. Rozumie pan, Marcinie? — Spojrzała na niego surowo, jak na niesfornego pierwszoklasistę. — Nie czekaj na nas. — Zamknęła drzwi i poszła po Staśka.
Gdy wyszła z synkiem, na parkingu nie było już samochodu. Westchnęła z ulgą, ale i z lekkim rozczarowaniem. Wszystko jasne. Kobieta z dzieckiem mu nie pasuje. I dobrze. „Nam też nie jest potrzebny” — pomyślała.
Ale następnego dnia Marcin znów czekał pod szkołą.
— Myślałaś, że uciekłem, jak usłyszałem o synu? A tu niespodzianka. Wsiadaj. Do przedszkola? — zapytał zwyczajnie.
Justyna się uśmiechnęła i skinęła głową. Gdy przyprowadziła Staśka do auta, chłopiec poważnie zmierzył Marcina wzrokiem (zupełnie jak ona dzień wcześniej), a potem spojrzał na matkę.
— To mój kolega z pracy, Marcin. On też uczy w naszej szkole. No co stoisz? Wsiadaj — powiedziała sztucznie wesoło, ukrywając zakłopotanie.
Staś nie podskoczył z radości ani nie rzucił się do samochodu. Powoli wszedł na tył i wpatrywał się przez okno.
— Gdzie jedziemy? — zapytał Marcin, odwracając się do niego.
— Gdzieś niedaleko. Bez fotelika mogą nas ukarać mandatem — odpowiedziała za syna Justyna.
— W takim razie do centrum rozrywki. Na spacer jeszcze za zimno. Staś, zgoda? — zapytał głośno i wesoło.
Chłopiec milczał, wciąż patrząc przez szybę, jakby nic innego się nie liczyło. Marcin się uśmiechnął i ruszył.
W szkole wszyscy milkli, gdy Justyna wchodziła do pokoju nauczycielskiego. A gdy pojawiał się wuefista, szybko wychodzili, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia.
Marcin nie naciskał, okazywał cierpliwość. Dwa razy wychodził po kolacji, ale za trzecim razem został do rana. Justyna spała źle, zerkała na zegarek – bała się, by Staś nie zobaczył jej w łóżku z Marcinem.
— Daj spokój, chłopak duży, ogarnięty. Niech się przyzwyczaja — mówił nad ranem, przyciągając ją do siebie.
Ale wysunęła się z jego objęć i wstała. W tygodniu Staś nie dawał się dobudzić, a dziś mógł się obudzić wcześnie. Gdy chłopiec po myciu wszedł do kuchni, Justyna smażyła już racuchy, a Marcin siedział przy stole.
— Dzień dobry — zdziwił się Staś, patrząc na matkę.
— Umyłeś się? To siadaj do stołu. — Justyna uśmiechnęła się najpierw do Marcina, potem do syna.
Najpierw nałożyła racuchy Marcinowi, dopiero potem Staśkowi. Chłopiec to zauważył.
— Ile cukru? — zapytała Marcina, nalewając herbatę.
— Dwie. — Nie spuszczał wzroku ze Staśka. — No to kto pierwszy zje racuchy?
— Po co? — spytał chłopiec poważnie.
— Tak dla zabawy. — Marcin się zmieszał. — Prawdziwy mężOdtąd każdego ranka, gdy Staś budził się i wybiegał do kuchni, widział już nie tylko matkę przy stole, ale też Marcina, który powoli stawał się częścią ich życia, choć droga do tego była długa i wyboista, jak polska jesień.



