Tamtego wieczoru serce wyskoczyłoby mi z piersi, gdyby nie zaciśnięte zęby. Pamiętam, jak to się zaczęło – zwykły telefon od syna: „Mamo, przyjeżdżemy z Olą (imię zmienione) do was. Poznać się”. Głos wesoły, pewny siebie, jak u kogoś, kto w końcu podjął ważną decyzję. Wymieniliśmy z mężem spojrzenia i ucieszyliśmy się: nareszcie – nasz Krzysio się ustatkował, ożenić się zamierza. Ile można w kawalerskim stanie biegać!
Krzysio to niełatwy chłopak. Od dziecka samodzielny, ale z charakterem. Po szkole poszedł do wojska, a potem – nagle: „Jadę na Białoruś. Pracować. Zarobić”. Byliśmy z tatą w szoku, ale nie odradzaliśmy. Wyjechał – i faktycznie, przywoził do domu różne smakołyki: ryby, dziczyzna, grzyby. Mówił, że dobrze mu tam, przyr choć surowa, to piękna, ludzie prawdziwi.
A tu – żenić się postanowił. Nakryliśmy stół, przygotowaliśmy chleb i sól, ubraliśmy się odświętnie, siedzimy, czekamy. Dzwonek do drzwi. Otwieram. I wtedy… niemal straciłam mowę.
Na progu stała kobieta. A raczej najpierw zobaczyłam tylko ogromny kożuch z wilczej skóry, a za nim – troje dzieci i sam Krzysio. Kożuch wszedł, rozpiął się – i wyszła z niego drobna, niska dziewczyna z gęstymi czarnymi włosami i bystrym, ptasim spojrzeniem. Krzysio przedstawił:
– To Ola. Moja narzeczona.
W środku wszystko we mnie runęło. Dziewczyna milcząco skinęła głową, dzieci, nie czekając na zaproszenie, usiadły prosto na podłodze. Jedno zaczęło zdejmować buty, a drugie wdrapywać się na parapet. Najmłodszego Ola zręcznie przywiązała w pasie do nóżki kanapy, żeby nie uciekł. Wszystko to działo się w ciszy i zapachach – jakby cała Białoruś przyjechała do naszego mieszkania w Lublinie.
Przeszliśmy do stolika. Położyłam biały obrus, podałam jedzenie. A Ola rękami (!) zaczęła nakładać dzieciom. Sama jadła widelcem, ale dłubała nim prosto w ustach. Mówiła krótko, urywanymi zdaniami.
– A dzieci wasze? – spytał mój mąż, patrząc na trójkę na podłodze.
– Moje – odpowiedziała bez emocji.
Wymieniliśmy z ojcem Krzysia spojrzenia. To co, teraz to nasza rodzina?
– Krzysiu, syn, gdzie się poznaliście? – zadałam pytanie, głos mi zdradliwie drżał.
– Na Białorusi, mamo. Ona śpiewa niesamowicie. Żebyś słyszała! – z zachwytem odpowiedział syn, którego nagle przestałam rozumieć.
– A gdzie chcecie mieszkać? – wtrącił mąż.
– W chacie można – obojętnie wzruszył ramionami Krzysio.
Wtedy coś we mnie pękło. Wyszłam do kuchni, za mną mąż. Patrzymy na siebie – oczy kwadratowe.
– Co robimy?
– Nie wiem – rozłożył ręce.
Wróliśmy do pokoju. Mąż podszedł do syna i, nie patrząc w oczy, podał pieniądze:
– Masz na hotel. Wybacz, ale nie zostaniecie u nas.
Krzysio westchnął:
– Zawsze mówiliście – byle się ożenił, każdego przyjmiemy. No to przyprowadziłem.
Wyszli. Z dziećmi. Z kożuchem. Z zapachem.
Minęło ze czterdzieści minut. Znowu dzwonek. Podchodzę do drzwi. I znów oni. Ale teraz – zupełnie inni. Ola już bez kożucha, w zwykłej kurtce, włosy spięte w kucyk, oczy figlarne.
– Dzień dobry – grzecznie powiedziała. – Przepraszamy.
– Nie rozumiem – wybełkotałam, cofając się.
Krzysio, uśmiechnięty, przystąpił bliżej:
– Mamo, no przecież zawsze powtarzałaś: żeby się ożenił, żeby się ożenił. A ja – nie chcę. Na tej chwili. A to – Ola, moja koleżanka. Wpadliśmy na żart. Ona jest z Białegostoku, przyjechała w odwiedziny z siostrzeńcami. Nie mieli gdzie się zatrzymać. Pomyślałem – a może odegrać scenkę?
Usiadłam prosto na stołku w przedpokoju. Nogi się pode mną ugięły.
– Synu, rób co chcesz, ale więcej mnie tak nie strasz. O mało nie dostałam zawału! – westchnęłam.
Wróciliśmy do stołu. Ola, już zupełnie inna, pomagała w kuchni. Dzieci usiadły, śmiały się. A my z mężem zrozumieliśmy: tak, starzejemy się. Ale żart syna się udał – straszny, jak życie.



