— No to, nie przyjedzie… — z goryczą wzdycha Wanda Kowalska. — Z mężem już nawet się nie denerwujemy, przywykliśmy. Za każdym razem to samo. Najpierw obiecuje, potem cisza.
— Co się tym razem stało? — pytam. — Znowu synowa nie pozwoliła? Pamiętam, że jakoś tak nie najlepiej się z nią dogadywaliście…
— Może i nie pozwoliła. Choć syn nigdy wprost nie powiedział, że to ona go powstrzymuje. Ale widać… Kiedyś przyjeżdżał częściej. A teraz — nic. Znalazła sposób, by go przy sobie zatrzymać. Nawet dach teraz chyba będziemy remontować z najemnymi robotnikami — bo syn, proszę pana, nie może wyrwać jednego dnia — mówi Wanda, ledwo powstrzymując urazę.
Chodzi o jej 40-letniego syna, Jacka. Wyjechał z rodzinnej wsi dwanaście lat temu, zatrudnił się w wojewódzkim mieście, pracuje jako mechanik. Kiedyś sam wszystko robił, teraz tylko nadzoruje. Ożenił się w mieście, kupił mieszkanie. Wszystko sam. Żonę, Krystynę, poznał późno — oboje byli w średnim wieku, gdy się zeszli.
— Ona z nikim przed nim nie była poważnie związana — ciągnie Wanda. — I rozumiem dlaczego. Bo charakter ma… ciężki. Od pierwszej chwili się nie polubiliśmy. Starałam się, naprawdę. Ale ona… jakby od razu uznała, że jestem jej wrogiem.
— Parę razy słyszałam ją przez telefon — wtrąca sąsiadka — tak jakby się wyśmiewała, nawet jak tylko się witała. Nie rozumiem, co syn w niej widzi.
Krystyna prawie nie utrzymuje kontaktu z rodzicami Jacka. Raz do roku, za jej „wielkim pozwoleniem”, może do nich przyjechać. I to — bez niej. W tym roku Jacek obiecał przyjechać na wiosnę — pomóc z remontem dachu. Bilety kupił. Ale synowa, jak się okazało, wszystko pokrzyżowała.
— Jest w ciąży — mówi Wanda ze złością. — No to teraz, proszę pana, nie wolno jej samej zostawiać. Choć dorosła kobieta, pielęgniarka, co jej może grozić? Już od dwóch tygodni mu mózg suszy. On się początkowo opierał, ale potem…
— I jak to wygląda? — kręci głową mąż Wandy. — On ją za rękę do pracy prowadzi? Ma przecież rodziców niedaleko — niech pomogą. Dlaczego ma rezygnować ze wszystkiego dla niej?
— Właśnie, właśnie — ciągnie Wanda. — Jestem pewna, że to jej matka podpuszcza. Mówi: nie puszczaj, bo wróci i się rozwiecie. Ich młodsza córka, nawiasem mówiąc, już tak została z dzieckiem na rękach. Teraz mieszka u rodziców.
— Ale Jacek to nie taki człowiek — protestuję. — Przecież jest porządny. I dlaczego nie mogliby przyjechać razem?
— Co ty! — macha ręką kobieta. — Krystyna nigdy z nim nie przyjedzie. Mój mąż raz do niej zadzwonił — po tym urządziła taką awanturę, że kazał mi w ogóle już nie dzwonić do syna. Bez sensu.
— A co mu powiedziała?
— Że my ciągle czegoś od niego chcemy. Że trzymamy go z dala od rodziny. Że nie ma już siły z nami walczyć. Że urlop powinien spędzić z żoną i dzieckiem, a nie „dogadzać kaprysom starców”. I że nasz dom jej nie potrzebny, niech sobie zostaną.
— Bezczelna! A syn?
— Mówi, że nie jest winny. Że nie chce zaostrzać. Że martwi się o ciążę. Wszystko rozumiem. Ale to przecież niesprawiedliwe. Wychowaliśmy go, daliśmy, co mogliśmy. A teraz nie może przyjechać nawet na jeden dzień?
Mąż Wandy nie wytrzymał. W gniewie powiedział synowi, że już nie będzie czekać — wynajmie ekipę, sam załatwi. A on niech siedzi z żoną, skoro teraz jest dla niego ważniejsza od rodziców.
— Tylko że on tego nie rozumie — cicho mówi Wanda. — Żony mogą być różne… A rodzice — jedni. I nie są wieczni…



