Syn nie chce zabrać mamy do swojego domu, bo u nas jest tylko jedna gospodyni i jestem nią ja.
Przecież to jego matka! Powinien ją przyjąć do swojego mieszkania! takie zdania bardzo często wypowiadają bliscy ze strony mojego męża. Wiem, że nasi znajomi myślą tak samo, choć nikt nie mówi mi tego wprost. Wszystko przez relacje z moją teściową.
Jadwiga ma już 83 lata, waży ponad sto kilogramów i często choruje.
Czemu nie weźmiecie Jadwigi do siebie? pytano nas kilka lat temu. Dobrze, że jej pomagacie, ale co jeśli coś się stanie w nocy? Przecież twój Paweł to jej jedyne oparcie.
Dla wszystkich jest oczywiste, że babcią powinien się zająć jej jedyny syn, jego żona i jej wnuk. Przez ostatnich pięć lat Jadwiga ani razu nie wyszła z mieszkania. Bolą ją nogi, a przez nadwagę praktycznie nie może się ruszać. To wszystko zaczęło się trzydzieści lat temu. Wtedy moja teściowa była jeszcze młoda, pełna energii, zdrowa i bardzo stanowcza.
Kogo mi tu sprowadziłeś? oburzała się matka mojego przyszłego męża Pawła. Dla tego poświęciłam całe swoje życie?
Po tych słowach bez słowa wyszłam na przystanek autobusowy. Teściowa mieszkała wtedy w luksusowej dzielnicy pod Warszawą, w wielkim, pięknym domu. Jej mąż pracował na wysokim stanowisku, więc Jadwidze długo niczego nie brakowało, nawet po jego śmierci. Tego dnia Paweł dogonił mnie i wracaliśmy razem. Z Pawłem zawsze miałam szczęście nie był ślepo zapatrzony w matkę. Szanuje starszych, ale próbował łagodzić sytuację i tłumaczył mi, że jego mama po prostu ma taki charakter.
Po ślubie zaczęliśmy odkładać złotówki na własne mieszkanie. Paweł często wyjeżdżał za granicę i nie było go po pół roku. Ciężko pracował. W końcu udało nam się kupić domek i go urządzić. Rzadko odwiedzaliśmy Jadwigę. Tymczasem ona rozpowiadała absurdalne opowieści o mnie Pawłowi i wszystkim, których znała. Wmawiała, że nie pozwalam mu pomagać matce. Skąd taki pomysł? I tak dalej…
Postanowiła przeprowadzić się do Warszawy, ale pieniądze ze sprzedaży domu nie wystarczyły. Zaproponowała więc, żebyśmy dołożyli i obiecała, że nowe mieszkanie przepisze na naszego syna, jej wnuka. Jednak u notariusza niespodziewanie oznajmiła, że stan własności ma być na nią, bo koleżanka powiedziała jej, że babcie często zostają bez dachu nad głową. Potem stwierdziła, że przepisze mieszkanie temu, kto się nią zaopiekuje na starość. Chcę być panią domu! Jeszcze mnie oszukacie! mówiła.
Od tego czasu minęło prawie dwadzieścia lat. Wszyscy pracownicy kancelarii notarialnej usłyszeli jej narzekania, a ja i Paweł czuliśmy się upokorzeni. Zrezygnowaliśmy. Wprowadziła się do mieszkania niemal natychmiast, nie pozwoliła nam zrobić żadnych poprawek. Przez miesiąc mieszkała sama, a potem narzekała, że wszystko jest stare, się psuje, odpada. Oczywiście obwiniała mnie: Wybrałaś dla mnie złe mieszkanie i jeszcze chciałaś mnie oszukać.
Jadwiga zawsze była miła dla dzieci swojej kuzynki, ale własnego wnuka ignorowała. Udawała nawet, że nie pamięta jego urodzin! Kilka lat temu poważnie zachorowała. Tak przybrała na wadze, że nie mogła już sama się poruszać. Przynosiłam jej jedzenie zgodne z zaleceniami lekarza, ale Jadwiga przeklinała i odmawiała jedzenia. Twierdziła, że tylko kuzynka potrafi ją nakarmić, a ja ją głodzę.
W zeszłym roku Paweł zaczął mnie prosić, żebym się zgodziła, żeby mama z nami zamieszkała. Według niego mama zrozumiała już, że musi stosować się do zaleceń lekarza.
Dobrze odpowiedziałam. Mam jednak swoje warunki: kuchnia jest tylko pod moją kontrolą, tylko ja gotuję i decyduję, co jemy. Żadnych odwiedzin kuzynki.
Teściowa była oburzona i od razu się obraziła, bo sądziła, że po przyjeździe zacznie rządzić domem. Jednak w naszym domu jest tylko jedna gospodyni ja! Musiałam ją odwiedzać, sprzątać, gotować i nawet nocować. Ulubiona kuzynka tylko dzwoniła i pocieszała ją przez telefon.
Jadwiga skarżyła się przez telefon, że ją głodzę: Nie daję jej słodyczy ani kiełbas. Prosiła, by kuzynka przyjechała i przywiozła ciasto, ale ta, powołując się na brak czasu, ciągle odkładała wizyty, choć mieszkała trzy razy bliżej niż ja. Przylatywała raz w miesiącu, żeby podrzucić niezdrowe przysmaki, podczas gdy ja opiekowałam się nią codziennie.
Pewnego dnia Jadwiga zawołała kuzynkę i poskarżyła się, że zginął jej łańcuszek z krzyżykiem. Obie byłyśmy u niej tego dnia, ale była pewna, że to ja ukradłam.
Bez słowa położyłam jedzenie, a później sama znalazłam łańcuszek z krzyżykiem, który spadł z szafki nocnej. Wieczorem opowiedziałam wszystko Pawłowi i podjęliśmy decyzję, że więcej do niej nie pójdę. Zaproponowałam, abyśmy umieścili ją w domu opieki. Paweł się zgodził.



