Przebywając w szpitalu, synowa dowiedziała się, że teściowa wprowadziła się do nich
Młodzi rodzice zostali natychmiast odsunięci od własnego syna przez nowo upieczoną babcię.
W domu Marta zauważyła, że kupiona przez nią leżanka do kąpieli i opakowanie pieluch trafiły na balkon.
– Jak się cieszę, że będziecie mieć synka. Od dawna marzyłam, aby nazwać syna Kacprem! Może was przynajmniej tak nazwiecie mojego wnuka! – radośnie świergotała do telefonu teściowa Marty.
– Pani Wiesławo, już wybraliśmy imię dla niego. To będzie Jakub. Jakub Krzysztof brzmi doskonale – starała się wyjaśnić zdziwiona propozycją Marta.
– Znów mnie nie chcesz nawet posłuchać! Jaki Jakub? Jakubów jest na pęczki. Wymyśliłam dla wnuka takie mocne i piękne imię, a ty kręcisz nosem? Wszystko z tobą jasne. Egoistka jesteś – oburzyła się teściowa i odłożyła słuchawkę.
„A przecież swoich synów nazwała Krzysztofem i Tomaszem! A dla wnuka nic lepszego niż Kacper się nie znalazło” – rozgoryczona myślała Marta.
Kiedy opowiedziała o tej rozmowie mężowi, Piotr tylko się roześmiał:
„I pamiętasz ten twój sen proroczy? jaką rybę tam zobaczyłaś?”
***
Marta i Piotr byli małżeństwem od ponad dziesięciu lat, ale dzieci wciąż się nie doczekało.
Na początku byli zajęci swoimi karierami i zakupem mieszkania, potem podróżowali.
Kiedy zbliżając się do trzydziestki zaczęli myśleć o dziecku, okazało się, że nie jest to takie proste.
Rozpoczęły się długie wizyty u lekarzy, badania i leczenie. Wydawało się, że wszystko powinno być dobrze, ale ciąża nie nadchodziła.
Świętując dwunastą rocznicę ślubu, małżonkowie z żalem przyjęli, że prawdopodobnie pozostaną bezdzietni. Piotr, szybko ocierając łzę, powiedział:
„Nie mamy przeznaczenia być rodzicami. Ale mimo wszystko cię kocham i chcę razem z tobą spotkać starość”.
Dokładnie miesiąc później Marta miała niezwykle jasny i dziwny sen. Śniło jej się, że wchodzi do łazienki i widzi w wannie pełnej wody ogromnego karpia.
„Piotr, Piotr! Spójrz, kto się tu u nas zjawił! Jak to mogło się stać? Przecież nigdy nie chodziłeś na ryby!” – wołała Marta do męża… i obudziła się.
Był już ranek. Spiesznie przygotowując się do pracy, Marta podzieliła się z Piotrem swoim barwnym snem. Ten jedynie uśmiechnął się:
„Może faktycznie powinienem się zająć wędkowaniem? Skoro już śnisz o rybach!”
W pracy, przy herbacie, Marta podzieliła się z kilkoma koleżankami swoim niezwykłym snem.
Anna z tajemniczym uśmiechem mrugnęła do Marty i powiedziała:
– Ojej, Martusia! Znaczy złapiesz sobie rybkę! Na całe życie.
– A co to znaczy?
– Ten sen to zwiastun ciąży. Jeszcze zobaczysz, że miałam rację!
Marta tylko westchnęła. Ostatnio nie robiła sobie żadnych nadziei. Ale kiedy przeliczyła terminy, zdała sobie sprawę, że to już piąty dzień opóźnienia.
Następnego ranka patrzyła z oszołomieniem na test z dwoma wyraźnymi kreseczkami.
Ciąża rozwijała się pomyślnie, a przyszła mama przez pierwsze trzy miesiące doświadczała jedynie umiarkowanych nudności.
Później jednak zaczęła ją trapić tylko teściowa.
***
Pani Wiesława była kobietą energiczną i od dawna oczekującą wnuków. Jak tylko dowiedziała się, że jej synowa jest w ciąży, natychmiast zaczęła pouczać Martę.
– Musisz mieć co najmniej pięćdziesiąt pieluch. Flanelowych i bawełnianych. Mam nadzieję, że żelazko masz w porządku? Trzeba je prać i prasować na najwyższej temperaturze z obu stron!
– Właściwie nie planowałam owijać dziecka. Obecnie można po prostu kupić rampersy i body z pieluchami.
– O czym ty mówisz? Przecież to będzie chłopiec! Żadnych plastikowych pieluch! W nich jak w szklarni! Tylko z gazy! Pokażę ci wszystko, bo inaczej zepsujesz zdrowie wnukowi od maleńkości!
– Dobrze, ale przynajmniej chcę wybrać kolor i wzór tych pieluch – ustąpiła Marta. – Nie lubię zbyt jaskrawych z nadrukami.
– Wybierzemy razem, nie martw się – zapewniła teściowa z entuzjazmem.
Dokładnie tydzień później pani Wiesława z uśmiechem postawiła przed zdziwioną Martą wielki worek pieluch:
„Pomyślałam, po co masz chodzić po sklepach i łapać bakterie! Nie poradzę sobie bez ciebie, co? Zobacz, jaka dobra flanelka!”
Marta z rozczarowaniem rozpakowywała jedną pieluchę po drugiej: wszystkie były jaskrawe, z wielkimi kaczuszkami, misiami i wyłupiastymi samochodzikami.
„No dobrze, skoro już kupiła, to kupiła. Nie będę się o to kłócić”.
Jeszcze będąc w szpitalu, synowa dowiedziała się, że teściowa przeprowadziła się do nich „na tydzień-dwa, żeby pomóc z noworodkiem”.
Zbyt zmęczona po trudnych porodach, Marta nie miała sił, by zaprotestować.
„Pomoc naprawdę się teraz przyda” – przemyślała.
„O, jak dziwnie go trzymasz! Daj, szybciej daj tutaj, pokażę ci jak to robić poprawnie” – takim powitaniem teściowa przywitała Martę podczas wypisu ze szpitala.
Młodzi rodzice zostali natychmiast odsunięci od własnego syna przez nowo upieczoną babcię.
W domu Marta zauważyła, że kupiona przez nią leżanka do kąpieli i opakowanie pieluch trafiły na balkon.
– Nauczę was, jak prawidłowo kąpać dziecko! Na dno wanienki trzeba położyć pieluchę, a nie te wasze dziwne leżanki stawiać! Bo na pewno mu wszystko wywichniecie, naszemu Kacperkowi.
– On nazywa się Jakub – przypomniał Piotr.
– No już dla siebie nazwaliście, jak chcieliście, ale dla mnie to Kacper! Chodźmy kap-kap, Kacperku! Ale najpierw musi być porządnie parno w łazience. Inaczej jeszcze ulegniecie przeziębieniu! – krzątała się teściowa, odkręcając najgorętszą wodę.
Kiedy kąpiel była gotowa, pani Wiesława, chwytając dziecko i krzycząc na syna, żeby nie trzymał długo otwartych drzwi do łazienki, zabrała się za mycie maleństwa.
Chłopczyk płakał, a babcia szybko mydliła go dziecięcym mydłem. Po kąpieli szczelnie zawinęła go w dwie pieluchy naraz.
– Przecież mamy ciepło w domu – próbowała protestować Marta.
– Wam to ciepło. A dla niego, maluszka, będzie zimno. Czapeczki nie zdejmuj i nie rozwijaj, niech tak śpi!
Noc dla Marty i jej męża była niespokojna. Dziecko nie mogło spać na mokrych pieluchach z gazy i ciągle budziło ich płaczem.
Trzeba było wstawać, rozwijać, zmieniać i zawijać od nowa. Wszystkie te wstawania i ciągłe rozwijania nie dawały spać ani rodzicom, ani maleństwu.
Rano w koszu na pranie piętrzyła się góra pieluszek, a Marta i Piotr mogli rywalizować, kto miał ciemniejsze worki pod oczami.
U małego Kuby od nadmiernego zawijania, jak doradzała babcia, pojawiła się potówka.
– To nie potówka! – zdecydowanie stwierdzała pani Wiesława, patrząc na wysypkę. – To coś zjadłaś, dlatego mojego kochanego wysypuje!
– Przecież jem tylko kaszę gryczaną z kurczakiem! – oburzyła się Marta.
– Może w ogóle twoje mleko mu nie pasuje! Ja bym go lepiej karmiła mieszanką – upierała się teściowa.
– O, nie! Sama będę karmiła – nie poddawała się Marta.
Teściowa, pogardliwie cmokając językiem, odeszła. Ale od tego czasu co rano, zaledwie słysząc pisk niemowlęcia, pani Wiesława wpadała do sypialni młodych rodziców i zabierała syna od Marty:
„Mama nie wie, jak cię uspokoić! Chodź, niech babcia ponosi swojego Kacperka. Mam przecież smoczek!”
Dziecko wypluwało oferowane, lecz babcia, mimo protestów Marty, wciąż próbowała przyzwyczaić go do smoczka.
Pierwsze ważenie pokazało, że niemowlę traci na wadze.
„To wszystko dlatego, że teściowa ciągle go odciąga ode mnie od piersi. Mówi, że ona lepiej go ponosi niż on będzie moja rzekomo pustą pierś obciążać!” – Marta zdała sobie sprawę i postanowiła walczyć o swoje macierzyństwo.
Następnego ranka teściowa zwyczajowo otworzyła drzwi sypialni Marty i Piotra mówiąc:
– Idź lepiej jedzenie przyrządź i poodkurzaj, a ja się pobawię z wnuczkiem! Co mu po twojej pustej piersi!
– Nie, dziękuję! On jeszcze je – zdecydowanie odpowiedziała Marta, przytulając synka.
– Byłoby co tam jeść! – warknęła teściowa, niezadowolona patrząc na Martę. – Lepiej bym go ponosiła!
– Coś znajdzie! – spokojnie odpowiedziała Marta. – Gdy go nakarmię, wtedy możecie ponosić.
Jak tylko Marta kategorycznie zabroniła teściowej zabierać jej syna, ten od razu zaczął przybierać na wadze.
Pani Wiesława jedynie irytująco wzdychała i narzekała, że Marta tylko męczy chłopczyka.
„Wystarczy nam już opieki babci” – zdecydowała Marta i poprosiła męża, aby powiedział matce, że już dobrze radzą sobie z rodzicielskimi obowiązkami i pora, aby wróciła do siebie.
Po rozmowie z synem teściowa obraziła się:
– A chciałam u was jeszcze parę miesięcy pomieszkać! Jak sobie poradzi mój Kacperek beze mnie?
– Będziemy przychodzić do ciebie w odwiedziny – pocieszył matkę Piotr.
Rzeczywiście, niemal w każdą sobotę odwiedzali panią Wiesławę. Ta od progu wyrywała wnuka z rąk synowej i radośnie całowała w usta.
„Aj, wy sobie odpocznijcie, a my z wnusiem się pobawimy!” – z irytacją odganiała synową i jej męża. Gdy przychodził czas pożegnania, przytulała wnuka do siebie i mówiła:
– Wy jedźcie, a wnuczek zostanie u mnie. Będzie mu ze mną dobrze!
– A czym go nakarmicie? – kiedyś zażartowała Marta.
– Znajdę mu najlepsze mleczko! – z radością zadeklarowała teściowa. – Nie to twoje synopoccołkowe!
– No dobrze, mamo, już musimy iść – wtrącił się Piotr, przeczuwając, że rozmowa jego żony z teściową nie skończy się niczym dobrym.
Na ulicy Marta powiedziała do męża:
– Rozumiem, że nie nacieszyła się tobą i twoim bratem?
– Niemal cały czas mieszkaliśmy u babci i dziadka – przyznał Piotr.
– To widać. Ale my nie dla niej urodziliśmy syna. Będzie musiała się pogodzić z tym, że jest babcią, a nie matką.



