Święto z iskrą

**8 marca – niezapomniany dzień**

Dom przesiąknięty był atmosferą zbliżającej się katastrofy. Danuta wyczuła to, zanim jeszcze przekroczyła próg mieszkania. W klatce schodowej unosił się duszący zapach spalenizny, a schody zalane były wodą z mydlinami, jak po wielkiej powodzi. Otworzywszy drzwi, rzuciła na półkę bukietki kwiatów przyniesione z pracy, zrzuciła męczące ją przez cały dzień buty i wsunęła wytarte kapcie. Chociaż gumowce byłyby bardziej odpowiednie – wody w przedpokoju było jeszcze więcej niż na schodach. Z głębi mieszkania dobiegał stłumiony wrzask kota, a gdzieś w czeluściach domu coś syczało, warczało i podejrzanie trzeszczało.

— Wojtek, co się tu dzieje?! — krzyknęła Danuta, czując, jak w środku narasta niepokój.

Po chwili w drzwiach stanął mąż. W samych kalesonach, bosy, z twarzą umazaną sadzą, podrapaną i z potężnym sińcem pod okiem. Na głowie miał zawinięty ręcznik niczym turban, jakby właśnie uciekł z tureckiego targu.

— Danusiu, już w domu? — mamrotał Wojtek, nerwowo szarpiąc brzeg ręcznika. — Myślałem, że impreza firmowa, przecież jesteś szefową, będziesz do nocy wznosić toasty…

Danuta ciężko westchnęła, osunęła się na stary puf przy wejściu i, powstrzymając irytację, wymówiła stanowczo:

— Mów, Wojtek. Co tym razem narozrabiałeś?

— No wiesz, Danusiu, moja droga — zaczął, jąkając się — tylko się nie denerwuj, proszę!

— Denerwowałam się, gdy w latach 90. napadali na naszą firmę bandyci — odcięła Danuta. — Przeżywałam, gdy pieniądze na kontach spłonęły w czasie kryzysu. Wariowałam, gdy recesja prawie nas dobiła. Po tym wszystkim jest mi wszystko jedno, choćby potop. Gadaj, co za cyrk tu urządziłeś?

— W skrócie… — Wojtek zawahał się, pocierając sińca. — Chciałem zrobić ci święto. Niespodziankę, rozumiesz? Postanowiłem posprzątać, pozmywać, ugotować kolację. Wziąłem wolne, włączyłem pralkę, poszedłem na targ… No, najpierw byłem na targu, kupiłem mięso, ale ono zaczęło kapać.

— Mięso? — upewniła się Danuta, mrużąc oczy.

— Nie, pralka! — wybuchnął Wojtek. — Ale nie od razu. Włożyłem mięso do piekarnika, zacząłem sprzątanie, a tu kot…

— Żyje?! — uniosła brwi.

— Żyje, oczywiście! — obruszył się Wojtek. — Tylko trochę mokry. Rozumiesz, gdy włączałem pralkę, nie było go w środku, przysięgam! A potem jakoś… się tam znalazł.

— Jak?! — Danuta pochyliła się do przodu. — Jak kot mógł wejść do zamkniętej pralki?!

— Nie wiem — Wojtek rozłożył ręce. — Chyba się teleportował. Wiesz, jakie to sprytne bestie.

Danuta zamknęła oczy, wzięła głęboki oddech i zimno powiedziała:

— Kontynuuj, Wojtek. To robi się coraz ciekawsze. Ale najpierw pokaż kota. Chcę się upewnić, że żyje.

— Eee, kochanie — zawahał się Wojtek — trzeba do niego podejść. On jest… tam…

— Mam nadzieję, że ma wszystkie łapy? — Danuta spojrzała na pooraną twarz męża.

— O, i to jak! — mrocznie potwierdził, pocierając policzek. — Tylko chwilowo… unieruchomiony. Dla jego własnego dobra.

— Dobra, tym się zajmiemy później — machnęła ręką Danuta. — Co było dalej?

— No więc, gdy kot… eee, się prał, poczułem swąd. Pobiegłem do kuchni, otworzyłem piekarnik – a tam mięso w ogniu! Opaliłem palce, wylałem olej, a ten buchnął płomieniem! Włosy mi się tliły, dym się wałęsał, ja gaszę, a tu kot ryczał. Wróciłem do pralki, a jego oczy świecą przez szybę, jak więźnia. Wyłączyłem, chciałem otworzyć, ale zablokowała się. Kot ryczał, kuchenka płonęła, twarz bolała, włosy dymiły… Chwyciłem łom, w końcu pralka puściła wodę. Kot wyskoczył, ganiał po mieszkaniu, darł się wniebogłosy, potłukł trzy wazony, podarł tapetę, zerwał zasłony, rozlał szampana, który przygotowałem dla ciebie. Sąsiedzi z dołu walili w kaloryfer, wrzeszczeli, że będą kastrować. Nie wiem, kota czy mnie. Ale ogólnie wszystko pod kontrolą, Danusiu, nie martw się!

Danuta otarła łzy — nie wiadomo, czy ze śmiechu, czy z przerażenia — i, odsunąwszy męża, weszła do mieszkania. Zniszczenia były epickie. Podłoga zalana wodą, w kuchni dymiła spalona patelnia, tapeta wisiała strzępami, a w powietrzu unosił się zapach spalonego mięsa i kociej zemsty. Kot, przywiązany do kaloryfera za wszystkie cztery łapy, miał pysk owinięty szalikiem. Ale żył, co już było cudem.

— Danusiu, on nie chciał tam siedzieć — bronił się Wojtek. — Bałem się, że nie wyschnie przed twoim powrotem. Nie dało się go wyżymać, wyrywał się. Musiałem go przywiązać, a pysk zawinąć, żeby nie wrzeszczał. Sąsiedzi już grozili policją, strażą pożarną i jakąś babą-jędzą, żeby nas przeklęła.

Danuta, bez słowa, uwolniła kota, otarła go ręcznikiem zerwanym z głowy Wojtka i odsłoniła mu pysk. Kot, wyrwawszy się, zirytowanie prychnął i schował się pod kanapę.

— Ty, Wojtek, to dopiero jesteś bohater — powiedziała zmęczona Danuta. — Kot ledwie nie udusił się. Choć po pralce chyba niczego się już nie boi. Tak jak ja.

Oparła się o kanapę, przytulając kota, i spojrzała na męża.

— No i?

— Co „no i”? — Wojtek zmieszał się. — Mam od razu w pętlę skakać, czy dasz mi się jeszcze pomęczyć?

— Gratuluj, głupku — westchnęła Danuta. — Dzisiaj przecież ósmy marca.

Wojtek rozpromieniał, pobiegł do drugiego pokoju i wrócił, chowając coś za plecami. Uklęknął przed nią, promieniejąc mimo sińca i sadzy na twarzy.

— Danusiu, moje słoneczko — zaczął uroczyście. — Jesteśmy razem trzydzieści lat, i codziennie mnie zaskakujesz. Jesteś najpiękniejszą,— Najpiękniejszą, najmądrze szą, najcierpliwszą i najmocniejszą kobietą, jaką mogłem sobie wymarzyć — szepnął, otwierając pudełko ze złotą obrączką i podając jej zmięty, ale wciąż piękny bukiet róż.

Rate article
Fajna Tajna
Święto z iskrą