Słuchaj, muszę ci opowiedzieć, co się ostatnio wydarzyło taki rodzinny zlot bez granic, u mnie w czterech ścianach.
Wyobraź sobie: biorę ostry fragment rozbitej starej fajansowej wazy z Bolesławca i nie mam serca wyrzucać, więc odkładam na parapet. Ciociu Lido, wybacz… mamroczę w pustą już przestrzeń.
Całe mieszkanie pachnie szamponem, szampanem i… mandarynkami. Chociaż nikt przecież ich nie obierał. A na dywanie za kanapą leży plastikowy wianuszek z brokatem. Pod stolikiem do kawy odnajduję jedwabną chustę z napisem: Wieczór panieński marzeń.
Koło kaloryfera cicho leży pojedyncza różowa gumowa rękawiczka z obdrapaną kokardką. Wygląda, jakby próbowała uciec z wczorajszego wieczoru, ale się zawiesiła.
Jestem w podomce, sznurówka już ledwo się trzyma, idę po pokoju z workiem na śmieci. Każdy krok to cichy chrzęst papierków po cukierkach.
Na parapecie stoi kieliszek z resztką czerwonego wina zaklejoną na dnie. W wazonie zamiast kwiatów trzy plastikowe słomki z błyszczącymi gwiazdkami. A na ścianie garland z papierowych serduszek, jedno solidnie nadgryzione.
Kuchnia to osobna historia.
Na stole samotnie stoi połowa piętrowego tortu. Krem wygląda jak topniejąca bałwanina, w środku powtykane przekrzywione świeczki z liczbą 3 i 8, chociaż oficjalnie świętowałyśmy po prostu babskie spotkanie.
W zlewie drżą szklanki z tłustymi śladami szminki. Na talerzykach zeschnięte resztki humusu. A na krześle leży talia kart do wróżenia już pomieszane: połowa obrazkiem w dół, połowa w górę, jak po nieudanym losowaniu przyszłości.
***
Machinalnie podnoszę kartę król karo patrzy z jakąś wyższością. Wczoraj z tych kart układałyśmy przyszłe wesela, wyjazdy, tajemniczych cudzoziemców. Najpierw szeptem, potem znów wybuchałyśmy śmiechem, popijając bąbelki.
Schylam się i wyciągam spod kanapy coś miękkiego koronkowa pończocha czyjaś, guma już pęknięta, pamiątka po tańcu na taborecie. Potrząsam głową i znikam do sypialni, tam jest ciszej.
Wydaje się, że tu względny porządek No, trzy poduszki na podłodze, kołdra zwinięta jak ślimak. Układam jedną z poduszek na swoim miejscu a pod nią różowy liścik złożony na pół.
Serce mi zamiera. Może to znowu jakieś liściki od któregoś Artura z pubu do którejś Oli? Ale rozpoznaję charakter pisma Olesia zawsze każde o obracała w maleńką piłeczkę.
Jesteś najlepszą gospodynią na świecie! Olesia.
Stoję nad tym wykrzyknikiem, mam wrażenie, że on sam lekko drży. Uśmiecham się jednym kącikiem ust. Najlepsza gospodyni z rozbitą wazą po cioci Lidzie i brokatem w łazience, gdzie teraz każdy prysznic zamienia się w dyskotekę.
Ile razy już sobie obiecywałam nigdy więcej wzdycham na pół głosem, siadając na kraju łóżka.
***
Coś mi chlapie pod nogą.
Wysuwam kapcia a tam leży piękna mandarynka, gładka, lśniąca skórka. Obwiązana gumką z wbitą wykałaczką i karteczką: Żeby życie było słodkie.
Wczoraj jeszcze się z tego wznosiło toast, dzisiaj mandarynka wydaje się szyderstwem.
Telefon wibruje na szafce nocnej. Patrzę na ekran: Olesia (nasz cyklon).
No oczywiście… mówię do pustego pokoju i odbieram, chrząkając cicho. Halo.
Swetaaa! w tle rwetes, jakby impreza przeszła tylko w inne miejsce. Jesteś boginią, serio! Dziewczyny są zachwycone! Nawet Szczygiełka-manicurzystka jeszcze nie poszła, wspominamy, jak wczoraj ducha z szafy wystraszyłaś!
W tle ktoś wrzeszczy: Przekaż Swetce, że tylko u niej będę rodzić! i znów śmiech.
Dzięki, Sweta ciszej dodaje Olesia. Ty no wiesz. U Ciebie jak w domu.
Patrzę na mandarynkę w kapciu.
Mhm odpowiadam. U mnie jak w domu
Nie przeszkadzam, odpoczywaj, królowo imprez! i koniec połączenia.
***
Zdejmuję okulary, odkładam obok liściku. W odbiciu na drzwiach szafy widzę pięćdziesięcioletnią kobietę z poszarzałą twarzą, zaskakująco młodymi, zielonymi oczami i włosami upiętymi w pośpiechu wystaje z nich brokat, uparcie jedyny.
Telefon znów się odzywa, już inną melodią wideorozmowa: Tosia córka.
Wzdycham, poprawiam włosy, brokat wciąż się trzyma.
Tak, córeczko? przyjmuję połączenie, widzę twarz Tosi z rozczochraną grzywką i kubkiem kawy.
Mamusiu! mruży oczy. Wiedziałam! Znowu brokat na kocie?
Na mnie poprawiam ją. Kot schował się po wczorajszych tańcach z kartami. Pewnie znów wlazł do kosza na pranie
Zaczynam jej wszystko opowiadać.
Mamo uśmiecha się Tosia, zaraz jednak poważnieje. Słyszysz siebie? Kot się chowa, fajans rozsypany, mandarynki w kapciach Może w końcu powiesz nie Olesi?
Słyszę w jej głosie troskę i lekką irytację, jak dwa wahadła.
Ona jej ciężko odruchowo tłumaczę. Wiesz przecież.
A Tobie nie ciężko? przerywa łagodnie. Kiedy ostatnio odpoczęłaś, nie przyjmując gości?
Patrzę na różową rękawiczkę, na liścik, pusty salon pełen obcego wczorajszego śmiechu.
Nie wiem szczerze. Chyba też się gdzieś schowałam. Z kotem pod szafę.
Tosia cicho parska śmiechem.
Mamo, kocham cię. Ale może następnym razem pijemy herbatę tylko we dwie? Bez wróżb i brokatu.
Mignięcie obrazu, sekunda ciszy.
Zobaczymy odpowiadam.
I po raz pierwszy, to zobaczymy nie brzmi jak z grzecznościowe jasne, Olesiu, tylko jak początek czegoś nowego.
***
Pierwszy raz Olesia przyszła tak po prostu wczesną wiosną, kiedy za oknem jeszcze brudny śnieg, a u mnie na parapecie już wychodziły zielone wąsy.
Swetka, otwieraj, przybywam w pokoju! krzyknęła jeszcze przez wizjer. I z ciastem!
Otwieram, i niemal wbiega do środka czuję waniliowe perfumy i chłód. W rękach wielka brytfanka z czymś rumianym.
Domowy placek z kapustą, jak u babci, pamiętasz? Nie rozbierając się jeszcze pchała się do kuchni. Boże, jak tu masz przytulnie! Nie przedpokój, tylko katalog z magazynu!
Rumienię się, poprawiam szal na wieszaku. Moje dwa pokoje w wielkiej płycie są moją tichą dumą. Tapety dobrane pod firanki, na kanapie pled od mamy, kuchnia z białymi frontami, kwiaty na parapecie.
Mega klimatycznie mówią wszyscy. A dla mnie to nagroda za starania.
Rozpakuj się, zaraz podgrzeję! mówię, odbierając ciasto cieżkie.
Jak moje życie Olesia macha ręką, ale jej oczy śmieją się. Wiesz co, Sweta… u mnie w kuchni sześc metrów, sąsiad z dołu ciągle kosi, z góry drą się po nocach. A tu Kręci się na środku mojej kuchni z salonem.
U ciebie można oddychać! To grzech tu siedzieć samej. Zróbmy małe spotkanko? No, tylko ty i ja, plus jeszcze dwie moje poznasz je, fajne są!
To grzech być samej coś we mnie nakłuło, aż poczułam.
Nagle przypomniały się samotne wieczory, kiedy siadałam z drutami, a Tosia była u siebie, a rodzina pamiętała o mnie tylko w święta.
Spotkanie? No czemu nie. I placuszek idealnie pasuje puszczam oko, starając się być wyluzowana.
Olesia zaskoczona.
Czyli się zgadzasz? Myślałam, że będę cię przekupywać ciastem śmieje się. To w sobotę? Bez okazji, powiedzmy ćwiczenie panieńskiego.
Podgrzewam ciasto w piekarniku. Sobota wydaje się nie z tej ziemi, odległa, abstrakcyjna.
Dobrze mówię. W sobotę. Coś przygotuję.
Swetka, jesteś złoto! ściska mnie, aż żebra chrupią. Przecież my jak siostry.
To jakby… brzmi dziwnie. Połykam ten kawałek razem z pajdą ciasta.
***
W tym roku Wielkanoc też u Swety. Inicjatorka? Wiadomo Olesia.
U Swetki zawsze jak w domu! powtarza wszystkim. Mazurki jak z reklamy, pisanki wymuskane, a kot dumny, wszystko ogarnia.
W praktyce kot, szara Kicia, bardziej przypomina zmęczoną ochroniarkę, ale dumny lepiej brzmi.
Olesia przyszła nie sama, tylko z trzema koleżankami.
Jestem przyzwyczajona do rodzinnych świąt, trochę tracę głowę, gdy naraz w mój przedpokój wpadają rozwrzeszczana rudowłosa w żółtym płaszczu, wysoka brunetka w skórze i drobna szatynka z gromkim śmiechem.
To Lena, Irena i Marysia macha ręką Olesia. Dziewczyny, to Sweta, zawsze u niej przytulnie i pycha.
Na automacie proponuję kapcie i wieszam kurtki. W głowie od razu liczę: krzeseł wystarczy? Mazurków dwa, jajek jedenaście. Sałatki, galaretka żeby było poważniej.
Oczywiście to za mało. Po godzinie Olesia, między dyskusją o polewie do drożdżowej, wyciąga telefon.
O! Zapomniałam, Katka z Julką są obok! Zadzwonię, Sweta chyba nie masz nic przeciwko? Własne jaja przyniosą!
Otwieram usta, by coś zaprotestować, ale akurat piszczała piekarnik. Poszłam ratować mazurki. Wracam Olesia już uśmiechnięta.
Za pół godziny będą!
***
Impreza szybko zamieniła się w kolorowy teatr.
Dziewczyny kłócą się, czyjek ciasto bardziej domowe, czyje dzieciństwo było przy prawdziwym piecu. Lena, udowadniając, zamachuje się miską z polewą i cała polewa ląduje na białym obrusie, czekoladowa mapa świata.
Ups! Lena z miną winowajcy. To na szczęście?
Olesia wybucha śmiechem, reszta dołącza. Ja automatycznie łapię za ręcznik, ślad zostaje.
Sprać się da rzucam.
I łapię na sobie spojrzenie Olesi ciepłe i wdzięczne. Jakby nie obrus ratowałam, tylko cały świat.
Wieczorem parapet pokryty wymalowanymi jajkami, na ścianie własnoręcznie zrobiony wianek z serwetek, pod stołem czyjeś sandały. Olesia wznosi toast kagorem:
Dziewczyny! Oficjalnie u Swetki zawsze prawdziwe święto!
Brawa. A ja, czerwona jak burak, czuję pod żebrami coś dziwnego. Jakby ta cicha kuchnia naprawdę była sceną dla wielkich spraw.
***
W dzieciństwie było odwrotnie. U Olesi zawsze prawdziwa impreza.
Olesia liderka głośna, pewna siebie, błyskotliwa.
Cała zgraja spotykała się pod jej klatką. Tam były pokazy mody w maminych szlafrokach i tajne kluby pod schodami. Dziadki z bloku też mówiły: nasza artystka.
A ja byłam cicha, niewidzialna. Wracałam punktualnie do domu, książki z biblioteki oddawałam bez oślich uszu i buty czyściłam do połysku.
Swetka, ty wzorowa cicha woda powtarzała ciocia Lida, siostra mojej mamy i matka Olesi. Posiedź z Olesią, chociaż ona czasem coś od ciebie podpatrzy.
W wieku nastoletnim drogi nam się rozeszły. Olesia wróciła do domu z bagażem imprezowych historii, a ja skończyłam technikum i potem zaocznie studiowałam. Pracowałam w księgowości, spokojne tempo. Widzieliśmy się tylko na rodzinnych uroczystościach.
Potem umarła ciocia Lida. Pogrzeb, wspominki, zmęczone twarze i stare rodzinne żale. Po raz pierwszy od wieków siedziałyśmy z Olesią w kuchni do trzeciej w nocy, przepijając smutek herbatą.
Mam wrażenie, że dom umarł razem z mamą stwierdziła. Nie wiem, jak żyć w tym wszystkim bez niej.
A ja, która już cztery lata byłam bez własnej mamy, cicho odpowiedziałam:
Jakoś się żyje, tylko inaczej. Nie lepiej, nie gorzej po prostu inaczej.
Zaczęłyśmy dzwonić coraz częściej. Najpierw formalności kto co wziął, papiery. Potem ot tak jak leci, drobnostki.
Z czasem Olesia wciągnęła mnie w swój wir. Co, mamy żyć obok siebie, jak obcy? protestowała. Nie ma mowy! Ja przychodzę do ciebie, ty do mnie.
Do niej jakoś rzadko. Wiecznie coś praca, Tosia, zmęczenie. A ona do mnie coraz częściej.
***
Formuła u Swety stała się uniwersalna.
Dziewczyny, przecież oczywiste, że u Swety mawiała Olesia w słuchawce. Moja kuchnia to schowek, u Swety z salonem, marzenie każdej blogerki!
Sylwester? Gdzie?
U Swety! Tu girlanda, śledzik pod pierzynką jak tort.
Wielkanoc? U Swety.
Urodziny Marysi? U Swety, tam ładnie tort ustawimy.
Wieczorek tak o, z winem? No niby gdzie? U Swety, wiecie że zawsze swoje miejsce i fura przekąsek.
Na początku to nawet łechtało moją próżność.
Mój dom stawał się centrum czyjegoś życia, miejscem, do którego się lgnie. Lubiłam wybierać serwetki, wymyślać zakąski, próbować nowe przepisy. Zachwyty koleżanek Olesi: biała porcelana, jak w katalogu.
Ale z czasem zaczęły się wizyty nie tylko przez Olesię.
Sweta, hej, to Lena byliśmy u ciebie z Olesią, pamiętasz? Z Irką chcemy wpaść na godzinę, ona ma nowiny, Olesia nie może, bo jest w salonie fryzjerskim. Jesteś w domu?
Pewnego razu już trzeci raz w tygodniu pukanie otwieram, stoi kobieta, którą dobrze znam.
Nadzieja. Koleżanka Olesi z dawnych lat, z którą miałam kiedyś nieprzyjemność obarczyła mnie kiedyś plotkami i zrobiła publiczną aferę. Unikałyśmy się od wtedy.
O, cześć niepewnie, poprawiając włosy. Wiesz Olesia mówiła, że impreza u ciebie, to wpadłam pomóc
Mam na końcu języka: Olesia się pomyliła, nikogo nie zapraszam. Ale odsunęłam się bokiem.
Wejdź, zrobisz herbatę?
Mam w dłoni kuchenną ścierkę, ściskam ją jak linę ratunkową.
***
Pierwsza próba protestu dziecinna, ale zabawna.
Chcesz popsuć imprezę? Kup złe ciastka mówię sobie.
Zwykle biorę chrupiące obwarzanki z małej piekarni na rogu. Tym razem idę po tanie płaskie krakersy, które rozsypują się zanim trafią do herbaty.
Niech wiedzą, że nie wszystko u Swety jak w Hiltonie myślę uparcie, przekładając do miski.
Impreza, oczywiście, udana. Koleżanki chrupią tanie ciastka ale i tak ich dobre wieści i dobry ser wygrywają. Ktoś przynosi ser, ktoś oliwki, Olesia swoją przekąskę pomidory pod pierzynką.
Masha śmiejąc się, zostawia wielkie plastikowe korale na klamce. Nad ranem patrzę, dyndają przy białych drzwiach. Chcę odłożyć do worka znalezione, gdy znów dzwonek.
Sweta! wbiega Olesia Ooo! widzi korale i chichocze. U ciebie nawet na klamce jest impreza!
Chciałam już zaprotestować to nie impreza, tylko bałagan. Ale jej radość zaraża.
Impreza… mówię.
Impreza nie zamierza odejść…
***
Szczególny był ten wieczór, który Olesia nazwała noc wróżb.
Dziewczyny, dziś patrzymy w przyszłość! zaanonsowała na grupowym czacie. Sweta, ty jesteś naszym oraculum! U ciebie nawet czajnik szepcze.
Patrzę na swój stary czajnik z kamieniem Oraculum, serio.
Jedna z gościń, Lena, przyszła z tarocikiem, świeczką w szklanym świeczniku i lusterkiem w starej ramce.
To nie zwykła popijawa tonem spikerki dziś seans spirytystyczny. Będziemy gadać z duchami.
Śmieję się nerwowo.
Z jakimi duchami, Lena? Najbardziej kręci się duch rosołu po rogach.
Spać cię fuka Olesia. Sweta, wyluzuj, zabawa!
Gasi światło, zapala świeczkę. Złote cienie tańczą po ścianach. Kicia, zwykle w pobliżu kaloryfera, teraz wystraszona siedzi na parapecie, napuszona.
Lena rozkłada karty, ustawia lustro żeby odbijaliśmy się wszyscy naraz.
Teraz pytania do wszechświata… szepcze.
Siedzę na skraju kanapy, jakby nie na własnym święcie. Patrzę, jak ogień migocze na twarzach dziewczyn. I zastanawiam się: te pytania o miłość, pieniądze, wyjazdy wszystkie jakby mnie nie dotyczą.
W pewnym momencie, napuszczony przez klimat, światło zaczyna migać raz jedna żarówka, za chwilę druga. Wreszcie trzask i cała elektryka idzie w diabły.
Ojej! ktoś się wyrywa.
Znak! szepcze Lena, wywołując sikawkę zachwytu.
Na automacie włączam latarkę, gdy nagle ciemny cień przebiega pod nogami. Kicia, nie wytrzymawszy, z wrzaskiem przelatuje przez salon i chowa się w szafie, trzasnąwszy drzwiami.
To na pewno znak mówię chrapliwie. Że duchom za ciasno.
Po paru minutach światło wraca ktoś w klatce uruchomił spawarkę, poszły korki. Ale przez dobę Kicia nie wychodzi z szafy tylko słychać jak drapie i cicho miauczy z głębi bieliźniarki.
Kiedy po dniu wypełza, urażona i zakurzona, głaszcząc ją szepczę:
No to co, Kicia razem się schowamy, co?
Kot prycha i odchodzi na kuchnię, gdzie na płytkach wciąż brokat.
***
Sama się zebrałam długo.
Siedzę przy kuchennym stole, wpatrzona w pole nowej wiadomości, gdzie pulsuje kursor taka cienka kreska, jak tik nerwowy.
Palce same piszą: Oles, następnym razem świętujcie u siebie. Odruchowo kasuję.
Próbuję różnych wersji:
Oles, już nie mogę tak…
Olesia, niech przez chwilę u mnie nie będzie imprez?
Olesia, jestem zmęczona gośćmi, serio
Wszystko albo zbyt łagodne albo zbyt ostre. W głowie kołacze: Swetka, ty przecież rozumiesz, Jesteś dobra, Przecież to dla ciebie nic takiego.
Głęboki wdech odkładam telefon, idę do lustra. Żarówka migocze, cieniując twarz. Chwytam za szczotkę i zamiast się uczesać, patrzę sobie w oczy i mówię:
Olesia, następnym razem świętujcie u siebie.
Nim głos znów się załamie. Próbuję raz jeszcze słyszę głos Tosi: Bez przepraszania. Masz prawo!
Prostuję się, jakbym miała wejść na scenę.
Olesia, powtarzam stanowczo cieszę się, że mamy wspólne posiadówki. Ale jestem już zmęczona imprezami u siebie. Następnym razem u ciebie.
Znowu pojawia się ton tłumaczący się.
Żadnych ale przystopowuję się. Nie jestem sądem usprawiedliwień.
W końcu piszę:
Olesia, naprawdę jestem zmęczona. Następnym razem świętujcie u siebie? Potrzebuję odpoczynku od gości.
Palec zawisa nad wyślij. W środku ściska się lęk żeby nie usłyszeć: No właśnie! Wiedziałam, że jesteś nudziarą.
Wysyłam. Odkładam telefon.
Teraz trzeba to wyjaśnić szepczę. Twarzą w twarz.
Przed lustrem ćwiczę jeszcze kilka razy.
Olesia, to mój dom, ciężko mi, gdy ciągle ktoś tu jest
Olesia, kocham cię, ale nie muszę udostępniać wszystkim…
Olesia, ustalmy granice.
Za każdym razem przy granice głos robi się cieniutki. Widzę w odbiciu nie srogą panią domu, tylko kobietę, która się dopiero uczy mówić nie jak nowe, trudne słowo.
Ale z każdą powtórką maleńka nuta w spojrzeniu już nie złość, nie zmęczenie, ale upór. Cichy, lecz pewny.
Dobrze mówię sobie idziemy do niej. Nie do siebie. Do niej.
***
Do Olesi idę bez zapowiedzi.
Skoro ona potrafi wpaść do mnie z ciastem i dziewczynami, nie pytając czy jestem ja też mogę, raz, po prostu przyjść. Nie jak gospodyni, ale gość. Świadek.
Mieszkanie Olesi w starym bloku wysokie sufity, odrapane klatki, skrzynki pocztowe z gazetami. Kiedyś kochałam takie za duszę. Teraz ta dusza pachnie stęchlizną i fajkami.
Wchodzę po schodach, przy trzecim piętrze bije w nos mieszanka taniego odświeżacza i starego rosołu.
Jej drzwi poznaję od razu krzywy wianek z laurowych listków, drewniana tabliczka: Tu mieszka cud. Kiedyś to było urocze, teraz trochę smutne.
Pukam. Cisza. Naciskam dzwonek jękliwie, długo. Po chwili szuranie, kroki, zachrypnięty głos:
Kto tam?
To ja mówię. Sweta.
Zamek szaleje, jakby drzwi się wzbraniały. W końcu otwiera.
Olesia wygląda zza drzwi owinięta w dres, jeden wełniany skarpet, drugi w ręku. Włosy byle jak, oczy podpuchnięte.
Swetka? wyraźnie zdziwiona. Bez zapowiedzi?
Ty do mnie kiedyś dzwonisz? odpowiadam spokojnie.
Mruga, wpuszcza mnie.
Mieszkanie wali w twarz pustką. Tą, którą się czuje pod skórą.
Brak typowego dla mnie witaj w domu nie ma wycieraczki, żadnej półki na buty. Kij od mopa, para znoszonych trampek, jeden pantofel. Plama po czymś wylanym.
Przechodzę dalej i aż mi się ściska.
Jeden stary, wyblakły kanapowy mebel, na nim sterta ubrań falując jak fala na brzegu.
Na podłodze butelki po winie, dwa kubki po kawie jeden przewrócony, brązowy ślad, drugi na krawędzi dywanu, z suchą pianką i od popiołu.
Pijana kawa, jak to Tosia mówi. Gdy kawa stygnie, bo gospodarz ma ważniejsze sprawy niż sam porządek.
Na parapecie nie kwiaty, jak u mnie plastikowe kubeczki, paczka po czipsach, sucha cytryna pod grzejnikiem.
Czuję wywrót w sercu.
To nie po prostu brudno. To życie, które się rozlewa po rogach, a nikt nawet nie zauważa.
***
Nie patrz tak rzuca nagle Olesia, łapiąc mój wzrok. Jeszcze nie posprzątałam po wszystkim.
Po czym? pytam cicho.
Po mamie, po pracy, po tych wszystkich macha ręką w stronę butelek. Po życiu, wiesz?
Idzie na kuchnię, a ja odruchowo się rozglądam. Kuchnia faktycznie “schowek”. Stół, jeden stołek, stara lodówka w plamach. Zlew ze zeschniętymi talerzami. Patelnia z obrzydliwą skorupą niedosmażonych ziemniaków. W kącie worek na śmieci, zawiązany ale nie wyniesiony.
Chciałam zadzwonić rzuca przez ramię Olesia, wstawiając czajnik dawno nie myty. Ale jakoś tak… wzrusza ramionami.
Trzymam się za torebkę, w oczach obrazki z mojego domu kuchnia, obrus, torty, śmiech, brokat. I ten równoległy świat, gdzie cały śmiech zostaje na cudzym święcie, a w domu brud i cisza.
Nagle czuję, że dla Olesi moja kuchnia nie jest po prostu miejscem. To jedyna przestrzeń, gdzie ukrywa się przed własnym schowkiem.
To do mnie w sprawie? pyta Olesia, w końcu się odwracając. Czy z kontrolą?
Z ważnej sprawy odpowiadam. Ale kontrola też ważna.
***
Myślałam, że się gniewasz pada na stołek Olesia, jakby podcięto jej nogi. Oczy ma wilgotne, ale to nie śmiech.
Gonię się w sobie odpowiadam. Mam dość tych wiecznych imprez u siebie. Wczoraj już był szczyt.
Stawiam torebkę na stole, między puszkami i workiem.
Ale głos mi się łamie chciałam zrozumieć.
Olesia nerwowo pociera twarz, ścierając resztki makijażu.
Co zrozumieć?
Czemu u ciebie tak A wszystko jak w domu tylko u mnie.
Śmieje się gorzko:
Bo u ciebie prawdziwy dom mówi. A u mnie bieda scenografia.
I nagle słowa poleciały potokiem.
Tutaj nie czuję się jak u siebie, odkąd mama odeszła, odkąd wszystko się dzieliło. Te ściany nie moje. Egzystuję jak wynajmująca, rzeczy niby są, ale domu nie ma. A u ciebie wszystko jak w porządku, pled, kubki, kot na parapecie, ty na kuchni wiesz, gdzie wszystko. I patrzy na mnie Ty jakbyś była szefową własnego życia.
Chlipie.
Tylko u ciebie pierwszy raz od lat przestaję się bać, nie czuję się sama.
Czuję pod sercem ciepło i… ulga.
Myślałam, że lubisz, jak u ciebie wrze, bo ty to tak fajnie ogarniasz.
Splecione palce.
Sądziłam, że kochasz, kiedy dom tętni życiem. Sama nie chciałam widzieć… tego zerkając na kubki na ziemi. Uciekałam do ciebie jak do jedynego miejsca, gdzie jeszcze coś jest z przed mamą.
Połyka mnie chwila.
Więc szepczę dom zamienia się w czyjąś kontynuację chaosu?
Olesia zakrywa oczy.
Boję się samotności, Sweta. Strasznie się boję. Wieczorami, gdy jestem sama, mama wraca mi w głowie. Jej głos, wymagania, znów wszystko źle robisz. Puszczam muzykę, wzywam ludzi, uciekam do ciebie, bo jeszcze jeden szloch bo tylko u ciebie poczułam na nowo coś jak dom…
Siadam naprzeciw. Słowa, które układałam godzinami, nagle nie mają agresji. Sama prawda:
Olesia łagodnie ale mocno przykro mi, że tak bardzo cię to boli i że czujesz mój dom jak azyl. Ale…
Układam dłonie na stole, żeby nie drżały.
Nie mogę być jedyną poduchą dla twoich ucieczek.
Olesia spuszcza wzrok. Ja cicho wzdycham.
Spróbujmy inaczej.
***
Inaczej. To jak? Olesia w chusteczkę.
Na przykład, nie wszystkie spotkania u Swety.
Rzucam spojrzenie na kawę na ziemi, zanurzony kanapowy stos, worek ze śmieciami.
Zacznijmy tutaj dom to nie tylko miejsce dobrej zabawy, ale punkt, w którym nie wstyd przed sobą samym.
Olesia przez łzy.
Przed sobą już wstyd od dawna.
To dziś zaczynamy tu zmiany wstaję. Jeśli będziesz ciągnąć wszystkie ekipy do mnie, tu już zawsze będzie pusto. A mnie ciężko.
Opieram się o oparcie, patrzę jej w oczy.
Robimy na zmianę. Jeden raz u mnie, drugi u ciebie. Ale małe grono. Nie tłum, tylko po kilka osób i raz w miesiącu.
Proponujesz ludzi tu wpuścić? macha ręką w chaos dookoła.
Proponuję, najpierw nie robić z mojego domu jedynej jaskini, odpowiadam. I powoli zrobić z twojego podobne miejsce.
Robię się łagodniejsza.
Zacznijmy od małych kroków. Od siebie, nie od ludzi.
Marszczy brwi.
Czekaj, że niby?
Podwijam rękawy.
Teraz wynosimy śmieci, myjemy szklanki, ścieramy stół i smażymy placki ziemniaczane. We dwie. Bez dziewczyn, brokatu, bez duchów. Tylko ty i ja.
Racuchy? Olesia chlipie i śmieje się. Lepiej mi wychodzą niż twoje naleśniki.
No to będą racuchy zgadzam się.
***
Zaczęłyśmy.
Na początku nieporadnie. Szukam nowego worka, wynoszę stary, Olesia podnosi szklanki. Odkręcam kran, szukam gąbki.
Też nie urodziłam się z czystą kanapą mówię. Mama mnie nauczyła. Potem życie. Ty po prostu znalazłaś inne sposoby by przetrwać.
Milczy, myje szklanki skrupulatnie, jak na klasówce.
Za chwilę już w kuchni chrupie tłuszcz. Olesia, trzymając patelnię, na moment staje się tą samą nastolatką z pokazu mody. Tyle że teraz zamiast starych szlafroków odrapana ściana i talerz ziemniaków.
Jemy, śmiejemy się racuchy z dżemem smakują lepiej niż restauracja.
Nagle dzwonek.
Kto teraz? Olesia podskakuje.
Zerkam przez wizjer i uśmiecham się.
Swoi mówię.
W drzwiach Tosia z plecakiem i torbą.
Na zapach przyszłam tłumaczy się. Pisałam ci, mamo, nie odpisywałaś. To wpadłam.
Olesia lekko się poprawia.
Wchodźcie, tu generalna próba nowego programu.
Tosia ocenia wzrokiem mieszkanie, stół, Olesię i mnie. Mruga, po czym lekki uśmiech.
O, mówi. Cioci Olesi też się przykleił brokat.
Jaki brokat? nie rozumie Olesia.
Zobacz na lampę Tosia się śmieje.
Patrzymy na kloszu, przyklejona, błyszczy znajoma gwiazdka. Widocznie przewędrowała na ubraniu Olesi.
Śmieję się serdecznie.
Proszę, Olesia. Teraz i ty masz brokat. Nie tylko ja.
Najważniejsze, by brokat był z obopólną zgodą rzuca Tosia z mrugnięciem do mnie.
Czuję, jak coś się we mnie rozwija. Nadal mam żal do Olesi, nadal boję się imprez. Ale mam wybór. I Olesia też.
Siedzimy we trzy w maleńkiej kuchni, jemy racuchy prosto z patelni, pękamy ze śmiechu, gdy Tosia przykleja sobie mąkę na nos.
Po raz pierwszy ten śmiech nie pachnie wykorzystanym domem. To taka mała, uczciwa radość. Bez królowej imprez i najlepszej gospodyni. Po prostu Swetka, Olesia i Tosia.


