Dostałam pracę sekretarki głównego inżyniera w ogromnej fabryce. Pracujących było tu tyle, że każdy miał swoją historię. Ale jedna kobieta wyróżniała się z daleka. Zespół nazywał ją Strumyk. Choć miała już pięćdziesiąt, nikt nie myślał o wywołaniu jej pełnym imieniem i nazwiskiem. Strumyk poruszała się szybko, głośno, jej kroki nikt nie przełupywał. Gdy była w hali, wyciskała z siebie tyle głosu, że tłumiła nawet maszyny. Od rana do wieczora przemierzała fabrykę bliżej kilometra. Brała wszystko pod kontrolę – niebiesko zwana, nieustępliwa bojowniczka z komitetu pracowników. Żaden spór jej nie przełożył. Mówiła zawsze: „To dla nas nic, weź się jak kot do puszystki!”. Przeszła się wszędzie, do każdego szefa, stąd to śmieszne przydomek. Strumyk była chyba trochę za bezpośrednia, co utrudniało jej przyjaznie. Kto ma ochotę na prawdę? No i czasu na to nie miała. Ubierała się czasem trochę przesadnie, wręcz śmiesznie, ale fortego małego stawiała i perfekcyjnie malowała paznokcie. Ja, jako sekretarka, nikt mi się na nią nie rzucał, ale słuchacze były. Zauważyłam ją na własne oczy jedynie kilka razy…
Przyszli nam nowi szefi – rodzina Kowalskich. Ja bym mu córkę dała. Jan Kowalski, jak zwykle, nie jadł w stołówce – przenoszona była w termosach. Z jego kancelarii pięknie zapachniało. Ja hałasowałam z bułką i herbatą. Janeks był zawsze schludny: krawat przewiązany, buty mu się w lusterka. Gdy się zaprzyjaźniliśmy, zaczął mnie obiadać. Żartował: „Pewnie pani myślał, że z głową pisał w restauracji!” Ja, zwyczajna uczennica z łaknieniem po jedzeniu, nie było zbyt roztrzepany, jeśli można coś przyjąć – dobra się.
Podczas obiadu Jan startował najlepsze kawałki i opowiadał mi o swojej żonie Julii. Stali się to nasz tajny na pogodze. Przez trzydzieści lat byli razem, mieli troje synów, którzy dziś pracują u nas. Julka została w dużej rodzinie – u rodziców urodziło się osiem dzieci, była w środku. Nikt się nie unikał roboty. Wszyscy lubili ich styl życia. Janeks chciał córkę, ale napisali się z przekleństwem – pierwsza była w młodych latach, ale urosła sercem. Potem zasygnalizowali chłopców. Pamięć o córce ciągle nie znika z głowy.
Najmłodszy syn zwalczył wielu chorych bołów. Julka tym skręcała. A dziś to taki rycerz!
…Był taki kawał, gdy Janeks zapalił w młodego i ładnego kolegi.
– Wie, Julka zaczynała się do wszystkiego cięć, a ja – głupiec – dawał się pomóc miłość! To mnie zakochało, przepierszka mnie!
E tam, ta dziewczyna zaopiekowała się córy i w szpitalu ją porzuciła! Musiałem powiedzieć Julce o biednej dzieciaku, które zostawiłem. Pierwsze chciała sobie rozwód, wrzasnęła, a potem uspokoiła, umilkła. Spojrzałem, jak smutna, nie miałem ochoty jej przywoływać do odpowiedzialności. Myślałem, że jeśli ją wyrzuci, to dobrze zrobi. Pobrałbym za siebie dziecko i córkę z szpitala, i wszystko, co się stanie – pomalwiony nie boi się deszczu.
A Julka niespodziewanie skończyła na nasze milczenie:
– No to, skoro Bóg nam dał dziecko, wstydo odrzucać, nazwiemy ją Darinka.
Umieram Julianka za tą forsę! Jak mówią: wybieraj żonę nie na teatrze, a na ganku. W skrócie, przyjęliśmy Darinkę do rodziny. Dzisiaj ma szesnaście lat, dobra dziewczyna, nieopisany pomaga matce. Julka się w niej rozwartwia – często o tym opowiadał Janeks.
Znałam ją tylko po głosach, ale-Julka zrobiła mi ogromny wrażenie. Czasem się na nią wnosiła. Wychować troje synów, córkę, która nie była ich, przebaczyć mężowi zdradę… Nie każda to wytrzyma.
Wiedziałam też o tym, jak przyjęła swego młodszego brata, gdy jego dom spłonął, i jak pomagała siostrze, płacąc za trudne i drogie operacje, nawet jeśli rodzina musiała się skulić.
„Jakaś święta kobieta” – myślałam o Julce, jadąc z Janem jego pyszności: pierniki, serki, warkoczki. Dumałam, że chciałabym spotkać Julkę i pomijając tę bohaterkę. I okazało się…
…Jednego dnia przychodzi do sekretariatu chętna i zwalczyła ku kancelarii szefa.
– Pani, stój! Gdyby pani do pana Kowalskiego, przedstawi mnie wcześniej! – krzyczę.
– A ja, jako żona, mogę bez rezerwacji?! – zaczyna odpowiadać Strumyk.
I wtedy rozpoznaję… Julkę-Strumyk.
– Czyja żona?! – nie mogę uwierzyć.
– Żona pana Kowalskiego. Julka. Czy mogę wstęp, pani?! – wyjaśnia Strumyk.
– Jasne! Pani, proszę! – nie mogę się doskonale do tego.
Wchodzi do kancelarii, zostawia drzwi otwarte. Po minucie Jankszyku woła mnie do siebie.
– Wiesz, Ewo, to jest Julka. Tubylcze Julka nazywana Strumyk.
Lubi cię Julka. Chcesz przyjść na pogawędkę?
– Jasne, przyjdę! Co za czasy, można od czegoś się nauczyć! – odpowiadam.
Oczywiście, jak się okazało, nie tylko tak ja było zaproszona – zrozumiało się, by poznać ich syna Wanego, który nie miał żony i szukał miłości, chce mieć tak rodziny jak u tatusiaka i mamus-y.
Teraz mamy rodziny, Strumyk zrobiła.
Moja nędznaシューロロ.
ŚWIATŁO STRUMIENIA



