Staruszek z trudem podniósł się z łóżka i, opierając się o ścianę, powlókł się do sąsiedniego pokoju…

Staruszek z trudem podniósł się z łóżka i, trzymając się ściany, powlókł się do sąsiedniego pokoju. W świetle nocnej lampki jego słabe oczy zawisły na leżącej na łóżku żonie:
Nie rusza się wcale! Może już nie żyje? osunął się na kolana. Chyba oddycha…
Podniósł się, powoli poszedł do kuchni. Wypił kefir, odwiedził łazienkę. Potem wrócił do swojego pokoju.
Położył się. Sen nie przychodził.
Mam już z Zosią po dziewięćdziesiąt lat. Ileż to człowiek przeżył? Już prawie czas odchodzić, a obok nikogo nie ma. Córka, Małgosia, umarła przed sześćdziesiątką. Damian zmarł w więzieniu. Jest wnuczka, Ola, ale od dwudziestu lat żyje w Niemczech. O dziadkach już nawet nie myśli. Pewnie ma już swoje dzieci, dorosłe…
Nie zauważył nawet, kiedy zasnął.
Obudził go dotyk drobnej dłoni:
Staszek, żyjesz? ledwo słyszalny głos dobiegł z ciemności.
Otworzył oczy. Nad nim pochyliła się żona.
Co ty, Zosia?
Patrzę, nie ruszasz się nic. Przestraszyłam się, pomyślałam, że umarłeś.
Żyję jeszcze! Idź spać!
Gdzieś z kuchni dobiegł dźwięk przekręcanego kontaktu. Kroki powłóczyły po korytarzu.
Zofia napiła się wody, odwiedziła łazienkę i wróciła do swojego pokoju. Usiadła na łóżku.
Może kiedyś wstanę, a on już nie będzie oddychał. Co wtedy zrobię? Chyba sama przed nim umrę. Staszek już nasze pogrzeby zamówił. Nigdy bym nie pomyślała, że człowiek sam sobie pogrzeb organizuje. A jednak to dobrze. Bo kto by nas pochował? Wnuczka zupełnie o nas nie pamięta. Tylko sąsiadka Paulina zagląda. Ona ma klucz do naszego mieszkania. Staszek oddaje jej z naszej emerytury cztery tysiące złotych miesięcznie. I ona kupuje jedzenie, lekarstwa w aptece. Z czwartego piętra same już nie schodzimy…
Stanisław otworzył oczy. Za oknem świeciło słońce. Wyszedł na balkon. Zobaczył zielony czubek czeremchy. Na twarzy pojawił się uśmiech:
No proszę, doczekaliśmy się lata…
Poszedł do żony. Ta siedziała zamyślona.
Zosiu, przestań się martwić! Chodź, coś ci pokażę.
Oj, siły już nie mam staruszka z trudem podniosła się. Czego znowu chcesz?
Chodź, zobaczysz!
Podtrzymując ją za ramiona, wyprowadził na balkon.
Popatrz, czeremcha cała zielona! A mówiłaś, że do lata nie dożyjemy…
Rzeczywiście… I słońce świeci!
Usiedli na ławce na balkonie.
Pamiętasz, jak cię zaprosiłem do kina? W szkole jeszcze byliśmy. Czeremcha wtedy też zakwitła.
Takich rzeczy się nie zapomina. Ile to już lat minęło?
Siedemdziesiąt… nie, siedemdziesiąt pięć już leci.
Długo wspominali młodość. Wiele się zapomina na stare lata, czasem nawet co się wczoraj robiło, ale młodości się nie zapomina nigdy.
Oj, zagadaliśmy się! A jeszcze nie jedliśmy śniadania.
Zosiu, zaparz dobrą herbatę! Ile można pić tę ziołową.
Przecież nie wolno nam mocnej.
Chociaż lekką i po łyżeczce cukru dodaj.
Stanisław popijał słabą herbatę, przegryzając cieniutką kanapką z serem, i myślał o czasach, gdy herbata na śniadanie była mocniejsza i słodsza, a do tego pachniały racuchy lub pączki.
Weszła sąsiadka. Uśmiechnęła się serdecznie:
Jak się dziś macie?
Jak można się mieć w wieku dziewięćdziesięciu lat? zażartował staruszek.
Skoro żartujecie, to jest dobrze. Co wam przynieść z miasta?
Paulina, kup mięso! poprosił Stanisław.
Przecież nie wolno wam.
Kurczaka możemy.
Dobrze, ugotuję wam rosół!
Paulina, kup jeszcze coś na serce poprosiła stara.
Pani Zofio, niedawno przecież kupowałam.
Już się skończyły.
Może doktora wezwać?
Nie trzeba.
Sąsiadka sprzątnęła ze stołu, pozmywała naczynia i wyszła.
Zosiu, chodźmy na balkon, wygrzejmy się w słońcu.
Chodźmy, lepiej tutaj niż w duchocie.
Wróciła Paulina i wyszła do nich z miską kaszy:
Co, brakowało wam słońca?
Dobrze tu się siedzi, Paulinko! Zofia się uśmiechnęła.
Zaraz przyniosę wam śniadanie, a na obiad zacznę gotować rosół.
Dobry człowiek, pomyślał Stanisław, patrząc za nią. Co byśmy bez niej zrobili?
A płacisz jej tylko cztery tysiące miesięcznie.
Przecież cały akt notarialny na nią przepisaliśmy, pamiętasz?
Ona nawet nie wie…
Tak siedzieli do obiadu na słonecznym balkonie. Na obiad pachniał domowy rosół z drobnym makaronem i ziemniakami.
Taki rosół zawsze robiłam Małgosi i Damianowi, jak byli mali wspomniała Zofia.
A na starość obcy ludzie nam gotują… westchnął mąż.
Pewnie taka nasza dola, Stasiu. Umrzemy, nawet nikt nie uroni łzy.
Dosyć, Zosiu, nie smućmy się. Pójdźmy się trochę przespać!
Nie na darmo mówią: Stary jak dziecko. Wszystko jak w przedszkolu: przetarte zupki, drzemka, podwieczorek…
Stanisław trochę się zdrzemnął, ale szybko wstał. Coś nie dawało mu spokoju. Wyszedł do kuchni. Na stole dwa szklanki z sokiem od Pauliny.
Ujął je ostrożnie i zaniósł żonie. Ta siedziała patrząc w okno.
Co ty, Zosiu, smutna jesteś? uśmiechnął się. Napij się soku!
Wzięła szklankę, upiła łyk.
Też nie możesz spać?
Pogoda się zmieniła, ciśnienie wariuje.
A ja od rana niedobrze się czuję Zofia pokręciła głową. Czuję, że długo już nie pożyję. Pochowaj mnie ładnie.
Zosiu, co ty mówisz. Jak ja bez ciebie będę?
Ktoś z nas pierwszy odejdzie.
Daj spokój! Chodźmy jeszcze na balkon!
Posiedzieli do wieczora. Paulina upiekła serniki. Zjedli i zajęli miejsce przed telewizorem. Coraz trudniej było im zrozumieć nowe filmy, więc oglądali stare polskie komedie i bajki.
Dziś obejrzeli tylko jedną bajkę. Zofia wstała z kanapy:
Idę spać, coś zmęczona jestem.
To i ja pójdę.
Daj, popatrzę na ciebie raz jeszcze poprosiła żona.
Po co?
Po prostu popatrzę.
Długo wpatrywali się w siebie, jakby przenieśli się do czasów młodości, gdy wszystko mieli przed sobą.
Zaprowadzę cię do łóżka powiedziała Zofia.
Wzięła męża pod ramię, powoli poszli korytarzem. Otulił ją kołdrą i poszedł do siebie.
Na sercu tak ciężko, że nie mógł zasnąć. Wydawało mu się, że wcale nie spał, a na zegarku wybiła druga. Wstał, poszedł do pokoju Zosi.
Leżała z otwartymi oczami, wpatrzona w sufit.
Zosiu!
Ujął ją za rękę. Była zimna.
Zosiu, co się dzieje! Zo-siu!
Sam nagle poczuł, jakby zabrakło powietrza. Z trudem doczłapał do swojego pokoju. Wyjął dokumenty, położył je na stole.
Wrócił do żony. Długo patrzył na jej twarz. Potem położył się obok i zamknął oczy. Widział znów swoją Zosię, młodą, śmiejącą się, jak te siedemdziesiąt pięć lat temu. Szła gdzieś w stronę światła, które majaczyło w oddali. Dogonił ją, chwycił za rękę…
Rano Paulina weszła do sypialni. Leżeli razem. A na ich twarzach tkwił ten sam spokojny, szczęśliwy uśmiech.
Kiedy doszła do siebie, wykręciła numer pogotowia.
Przyjechał lekarz, spojrzał, pokręcił głową ze zdumieniem:
Razem odeszli. Widać, bardzo się kochali.
Zabrali ich. Paulina osunęła się na krzesło przy stole. I wtedy dostrzegła umowę z zakładem pogrzebowym i testament zapisany na jej nazwisko.
Oparła głowę na ramionach i zapłakała.

Rate article
Fajna Tajna
Staruszek z trudem podniósł się z łóżka i, opierając się o ścianę, powlókł się do sąsiedniego pokoju…