Przystanek autobusowy na rogu Wierzbowego i Trzeciej miał swój własny mikroklimat. Latem poranne liście plotły słoneczną koronkę na chodniku. Zimą para z piekarni po drugiej stronie ulicy unosiła się wokół szklanej wiaty jak ciepłe westchnienie. Było to zwyczajne miejsce trzy ławki, rozlatująca się mapa tras, wygnieciony kosz na śmieci a jednak mieszkańcy Jabłonowa przyzwyczaili się do pewnego rodzaju cichego rytuału.
Każdego dnia o 8:15 rano pojawiała się tam pani Ada Wiśniewska w swoim granatowym wełnianym płaszczu, nawet w upały, bo kieszenie były idealne na dwie książki i worek czerstwych okruchów dla wróbli. Nosiła kapelusz z jedwabnym kwiatkiem i witała się z kierowcą po imieniu. Czasem wsiadała, czasem nie. Ważne, że przychodziła uśmiechnięta, powolna i pewna jak zegar na Rynku.
Aż pewnego wrześniowego wtorku nie przyszła.
Nikt od razu nie zauważył. Ludzie się spóźniali, autobus przyjechał wcześniej, w piekarni ustawiła się kolejka. Ale gdy autobus odjechał, baristka z kawiarni Lena Nowak, dziewiętnaście lat i wiecznie w pośpiechu przebiegła przez ulicę, by postawić kubek gorącej herbaty na ławce. Dla pani Wiśniewskiej, powiedziała do nikogo, bo zawsze tak mówiła, gdy widziała granatowy płaszcz. Postawiła kubek i zmarszczyła brwi. Na ławce leżała tylko gładka powierzchnia, kilka okruszków i starannie złożony kawałek czegoś miękkiego.
Szalik. Błękitny jak bezchmurne niebo, z metką przyszy



