Sprzedaliśmy wam dom, ale mamy prawo tu mieszkać jeszcze tydzień powiedzieli poprzedni właściciele.
W 1975 roku przeprowadziliśmy się z podwarszawskiej wsi do miasta. Nabyliśmy domek na obrzeżach stolicy i niech mnie kule biją nie spodziewaliśmy się, co nas czeka!
Na wsi każdy sobie pomagał, tego nas nauczyli rodzice dobro wraca. Dlatego zgodzili się, gdy stare małżeństwo poprosiło, żeby zostali jeszcze kilka tygodni w NASZYM domu, bo muszą załatwić papierologię. No jasne, Polak Polakowi wilkiem nie jest albo się przynajmniej stara nie być.
Ci państwo mieli ogromnego, wrednego psa coś między czarnym niedźwiedziem a podhalańskim owczarkiem, tylko mniej przyjaznego. Zresztą nas się nie słuchał w ogóle, więc w pakcie o przyjaźni nawet nie uczestniczył. Do dziś mam ten jego ryj przed oczami.
Mija tydzień, drugi, trzeci a nasi goście nadal raczą korzystać z nowego lokum. Wstają dopiero na obiad, wychodzą z domu jak mają kaprys, i absolutnie nie wykazują chęci do przeprowadzki. Najlepsze jednak było zachowanie tej ich matki jakby nadal rządziła wszystkimi w domu i sąsiedztwie.
Rodzice co jakiś czas grzecznie przypominali, że tak się umawialiśmy, ale wyprowadzka była im zawsze nie w porę.
Pies? A co tam, wypuszczali go do ogrodu i hulaj dusza! Nie dość, że obsikiwał i obsadzał każdy krzaczek wokół, to jeszcze wszyscy baliśmy się w ogóle wychodzić. Bestia rzucała się na każdego, kto się ruszył. Rodzice kilka razy prosili, żeby zwierza pilnowali, ale psu było wszystko jedno. I jak tylko tato jechał do pracy, a brat z siostrą do szkoły, to burek już brylował na naszym podwórku.
W końcu pies się przysłużył, i to nie byle jak, żeby się tych lokatorów pozbyć.
Siostra Olga (imię typowo polskie wiadomo!), wróciła raz ze szkoły, otworzyła bramkę i nie zauważyła, że bestia jest na wolności. To czarne cielę powaliło ją na ziemię, ale na szczęście wyszła z tego cało trochę podrapana, bardziej potargana. Skończyło się na strachu i zmechaconej kurtce. Psa w końcu ktoś dorwał i przywiązał do budy. Winą oczywiście obarczyli moją siostrę, no bo po co wracała tak wcześnie!
Wieczorem czara goryczy się przelała! Tato wrócił z pracy, nie zdjął nawet płaszcza wpadł do domu i bez ceregieli wyprowadził starą gospodynię na ulicę. Za nią wybiegli synowa z mężem, a cały tobołek majętności poleciał przez płot prosto w kałużę i błoto.
Próbowali jeszcze naszczekać na tatę przez psa, ale jak buras zobaczył ten armageddon, to wcisnął ogon pod siebie i schował się do budy, udając, że nigdy nie miał z nimi nic wspólnego. Godzinę później wszystko, co mieli, wylądowało za bramą. Brama zatrzaśnięta, pies z państwem już PO tamtej stronie ogrodzenia.



