**Spotkanie na moście**
Zwiędłe jesienne liście wirowały w powietrzu, niesione podmuchem wiatru, by w końcu opaść delikatnie na ziemię. Krzysztof wracał od rodziców pieszo, zostawiwszy samochód na ich podwórku wypił z ojcem parę kieliszków, bo stary wrócił właśnie z sanatorium i z zapałem opowiadał żonie i synowi, jak wspaniale się tam czuł.
Więc, mamo, następnym razem pojedziemy razem, samemu było trochę nudno mówił ojciec.
Tato, przecież tam pełno wolnych kobiet, mógłbyś się rozerwać żartował Krzysztof, mrugając porozumiewawczo i obserwując reakcję matki.
Kobiet wiele, ale wszystkie chore i starsze ode mnie. A czyżbym zamienił naszą mamę na kogoś innego? uśmiechnął się, czule spoglądając na żonę.
Krzysztof zasiedział się u rodziców. Przyszedł sam, bo jak zwykle Kinga nie chciała towarzyszyć. Rodzice mieszkali niedaleko jego wynajmowanego mieszkania. Od pierwszego spotkania nie polubili Kingi, choć nie okazali tego otwarcie. Jednak matka powiedziała synowi:
Krzysztof, to nie dla ciebie Kinga nie jest stworzona do życia rodzinnego, wierz mi, mam wprawne oko.
Mamo, skąd możesz to wiedzieć? Spotkałaś ją tylko raz!
Dobrze, synku, żyjcie sobie, ale kiedyś sobie o mnie przypomnisz. Pociesza mnie tylko, że na razie nie myślicie o ślubie. Nie martw się, Kinga nie wyczuje naszego stosunku do niej
Tego ranka Krzysztof powiedział Kindze, wybierając się do biura, że po pracy od razu zajrzy do rodziców ojciec wrócił z sanatorium.
Może się spotkamy? Dziś masz wolne, pójdziemy razem do rodziców, posiedzimy.
Nie mogę, Krzysiu. Obiecałam koleżance, że ją odwiedzę znasz Małgosię, jest chora, na zwolnieniu. A ja mam umówiony manicure od dawna odparła Kinga.
Krzysztof wiedział, że i tak nie pójdzie, ale zapytał na wszelki wypadek.
No dobrze, to pewnie się zasiedzę. Ojciec na pewno nie puści mnie tak łatwo, naleje po kieliszku ma powód do świętowania zaśmiał się, całując ją na pożegnanie.
Nie śpiesz się, ja też posiedzę z Małgosią odparła Kinga.
Zadzwoń, to cię spotkam powiedział. Nie kręć się samotnie po ciemku.
Wieczór już otulił miasto, a nieliczne latarnie słabo rozświetlały mrok. Jesienne noce bywały wyjątkowo ciemne. Krzysztof nie dzwonił do Kingi pewnie była już w domu. Szedł w dobrym nastroju, po rozmowach z rodzicami i paru kieliszkach z ojcem.
Gdy otworzył drzwi, usłyszał z sypialni śmiech Kingi. Zajrzał i zobaczył, jak jego najlepszy przyjaciel się ubiera, a ona mówiła:
Pośpiesz się, Darku, bo Krzysiek zaraz wróci, a tego byśmy nie chcieli urwała, widząc Krzysztofa w progu.
Nogi same wyniosły go z mieszkania. Nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył.
Kinga z moim najlepszym przyjacielem Nigdy nawet w najgorszym śnie bym tego nie przewidział
Czuł się okropnie. Szedł bez celu, nie wiedząc dokąd. Nawet nie chciało mu się żyć. Zatrzymał się na moście, samochody mijały go, oślepiając światłami. Spojrzał w dół w ciemną toń wody. Stał tak długo, aż ktoś dotknął jego rękawa. Odwrócił się i ujrzał starszego mężczyznę w okularach, z siwą brodą. Drżący głos starca wyrwał go z zamyślenia.
Młody człowieku, czy nie uważa pan, że tu trochę wysoko? Zazwyczaj nie wtrącam się w cudze sprawy, ale mam nadzieję, że dobrze rozumiem, iż nie ma pan złych myśli co do swojego życia skinął w stronę wody.
Krzysztof oprzytomniał i przeraził się, co mógł pomyśleć ten człowiek.
Ależ skąd! Nie zamierzam kończyć życia w ten sposób także spojrzał na rzekę.
No to dobrze odparł staruszek. W którą stronę pan idzie?
Jeszcze nie wiem. Po prostu spaceruję odparł Krzysztof.
W takim razie może mnie pan odprowadzi na drugą stronę? Mieszkam za parkiem, jeśli to nie problem poprosił. Krzysztof się zgodził.
A przy okazji, jak pan ma na imię? Ja jestem Jan Witoldowicz.
Krzysztof.
Przeszli most, wcale nie tak długi, a rzeka nie była szeroka. Jan opowiadał, że jeszcze trzy lata temu wykładał ekonomię na uniwersytecie, ale teraz jest na emeryturze.
Czasem bywa nudno, zwłaszcza na początku. Ale na szczęście moja wnuczka urodziła synka, więc teraz mamy sporo zajęć z malcem. Mieszkamy z Aliną we trójkę, a właściwie we czwórkę, bo jest jeszcze Jaś, mój prawnuk powiedział z dumą.
Monotonny głos Jana działał kojąco.
Krzysztofie, coś się stało stwierdził, nie pytając. Może źle zrobiłem, prosząc pana o towarzystwo? Może ma pan swoje sprawy?
Jeszcze nie wiem, dokąd iść. Do rodziców nie chcę, dopiero co ich widziałem. A do domu nie wrócę. Tam nie chciał przypominać sobie tej sceny.
Nie trzeba mówić, rozumiem. A może wpadnie pan do nas? Mieszkamy w dużym mieszkaniu, może pan nawet zostać na noc. Codziennie wieczorem chodzę tą samą trasą: przez most i z powrotem.
To trochę niewygodne, macie małe dziecko. Jest już późno wahał się Krzysztof.
Nie tak późno, Jasiek zasypia dopiero po dziewiątej, a mamy jeszcze czas spojrzał na zegarek. No to chodźmy, Krzysztofie.
Nie wiedział, dlaczego poszedł z Janem. Może dlatego, że nie miał dokąd pójść. Weszli cicho do mieszkania na trzecim piętrze, zdjęli płaszcze i buty, przeszli do kuchni.
Siadaj, zaraz zrobimy herbatę powiedział gospodarz.
Dopiero teraz Krzysztof dobrze mu się przyjrzał. Wysoki, postawny, z siwą brodą, która nadawała mu wygląd profesora. Spokojnie wyjmował filiżanki, starając się nie hałasować. Na stole stała waza z ciasteczkami.
Dziadku, a kto to? rozległ się dziecięcy głosik. Ty kto? malec zwrócił się już do Krzysztofa.
Przed nim stał śliczny chłopczyk, może trzyletni.
To K



