Byłem wtedy młodym chłopakiem z małego miasteczka pod Kozienicami i bałem się, że nie rozpoznam Jagodę. Ostatni raz, gdy widziałem ją, mieliśmy po piętnaście lat; dziś mieliśmy po trzydzieści, a ja wyobrażałem sobie, jak mogła wyglądać w tej prowincjonalnej miejscowości.
Na pewno ma trójkę dzieci i męża, który wciąż sięga po kieliszek myślałem ze złością. Nie do końca rozumiałem, dlaczego gnębi mnie złość wobec Jagody, przecież to ja odjechałem, a nie ona.
Spotkaliśmy się, jakbym był sławnym aktorem; poczułem się niekomfortowo. Jagoda nie pojawiła się wśród innych absolwentów, i pomyślałem, że to i tak lepiej co za głupia nostalgia, nie potrzebuję już tej Jagody!
A potem ją ujrzałem.
Miała smukłe ręce, przez które przebiegały niebieskie żyłki, twarz ostrykałą niczym lisiczkę, puszyste, jasne włosy przycięte na krótką fryzurę, które zawsze układały się w kształt przygniecionego mlecza. Dla mnie była niezwykle piękna i przypadkowo wypowiedziałem kiedyś głośno:
Jaka to Jagoda piękna
Mój kolega z klasy, Paweł Gubanowicz, roześmiał się i rzekł:
Ty też wiesz! Tuż obok Arżanowa piękna, spójrz na te długie włosy, skórę gładką. A Jagoda? Cierniowa i bladą, jak ćma.
Jagoda rzeczywiście miała drobne pryszcze, ale według mnie nie psuły jej urody. Z Pawełem przyznałem się:
No tak, chyba masz rację.
Nie wiedziałem, jak się przyjaźnić z Jagodą: dziewczyny już nie rozmawiały z chłopcami tak jak kiedyś, a gdyby sam podszedł i zagadał, to Arżanowa pierwsza zaczęłaby szydzić z narzeczonym i panną młodą.
Pomysł podsunął Paweł, zapraszając nas wszystkich na swoje urodziny. Jego kawalerka nie była tak duża jak moja, więc ciasno, ale wesoło: mama Pawła wymyślała zagadki, a potem graliśmy w transformery, które podarowali nam koledzy, a najwięcej z nich miałem ja.
Mamo powiedziałem w przeddzień przyjęcia. Czy mogę zaprosić całą klasę?
Całą klasę? zdziwiła się mama. Gdzie ich pomieścimy?
Proszę, mamo!
I tak i tak nie przyjdą wtrącił tata z innego pokoju. Zrób im bufet, niech się tuczą; nie przy stole muszą siedzieć.
A rodzina?
Rodziny przyjdą innego dnia powiedział ojciec. Trzeba będzie już obrus, serwetki i siedem dań
Tak zdecydowaliśmy. Oczywiście bałem się, że Jagoda odmówi i nie przyjdzie, zwłaszcza że nie miałaby pieniędzy na prezent. Wszyscy wiedzieli, że pochodzi z licznej rodziny: matka bibliotekarka, ojciec alkoholik, słodycze widzi tylko w święta, a kurtki nosi od starszej siostry. Kiedy podszedłem do Jagody, by zaprosić ją na przyjęcie, wypowiedziałem jakby w pośpiechu:
Poproszę Cię o specjalny prezent: narysujesz mi okładkę płyty?
Jagoda nie zrozumiała, o co mi chodzi, więc wytłumaczyłem, że pies o imieniu Bajka podarł mi okładkę, zostawił białą kartkę, a mi się to nie podoba.
Nie macie może magnetofonu? zapytała nieufnie, bo wszyscy wiedzieli, że ojciec mojego przyjaciela to właściciel sieci restauracji w mieście, a w domu ma najnowszy sprzęt, nie stare gramofony.
Mam, odparłem. Lubię słuchać winylówek. Narysujesz?
Jagoda była w szkole najlepsza w rysunku, a jej prace wystawiano nie tylko w szkole, ale i na wystawach okręgowych.
Dobrze zgodziła się. Narysuję.
W dniu urodzin, kiedy połowa chłopców grała w konsolę, a druga połowa oglądała film na wideomagnetofonie, pokazałem Jagodzie, Michałowi i dwóm dziewczynom, które podążały za nami, mój odtwarzacz i płytki. Słuchałem różnej muzyki, ale najbardziej lubiłem Beatlesów, tak jak tata, i to ich okładkę podrąbany przez psa Bajkę.
Jagoda początkowo się nudziła: odtwarzacz już nikogo nie zachwyca, nawet nietypowy, ale gdy zabrzmiała muzyka, zamarła, wyprostowała się i wsłuchała, jakby słuchała marszu. Michałowi się znudziło, odszedł do konsoli, a dziewczyny zaczęły tańczyć. Do pokoju wdzierały się inne osoby, wiotczały i szarpały się niczym na prąd, a Jagoda siedziała na brzegu swojego łóżka, nie ruszając się.
Kilka dni po przyjęciu podeszła i zapytała:
Może dasz mi płytę posłuchać? Obiecuję, że ostrożnie!
To tatowy od razu odpowiedziałem. Nie pozwala nikomu ich dawać. Ale możesz przychodzić do mnie i słuchać, kiedy chcesz.
Trochę niewygodnie zawstydziła się Jagoda.
Niewygodnie nosić spodnie przez głowę i spać na półce, kołdra spada sparodiowałem ojca. A reszta jest wygodna, więc przychodź, nie myśl o niczym.
Tak zaczęła się nasza przyjaźń, najpierw zrodzona wspólną miłością do legendarnej grupy, potem już samodzielna, bez podstępów.
Igorze, naprawdę lubisz tę dziewczynę? dopytywała mama. Ona jest cicha, patrzy w twoją twarz i kiwa na każde słowo. Rozumiem, że wy, panowie, lubicie takie rzeczy, ale to już za dużo. Co wam łączy, ona przecież jest biedna! Szkoła powinna cię przenieść do liceum!
Mamo, nie chcę jeździć na drugi koniec miasta jęknąłem. Lubię tę szkołę, nauczyciele są dobrzy, a nauczycielka powiedziała, że mam świetną wymowę i bogaty zasób słów.
Mama już nie pierwszy raz wspominała o liceum, a ja nie chciałem przechodzić, nie tylko z powodu Jagody, ale po prostu kochałem swoją szkołę.
Niech dziewczynie kręci się w głowie odparł tata. To młodzieńcza sprawa.
Nic nie kręcę!
Rozwścieczyłem się, uszy mi się zarumieniły, a gniew jeszcze bardziej. Dzięki temu dialogowi dostałem prawie rok wolności: mama przewracała oczami, kiedy przyprowadzałem Jagodę do domu, ale nie wspominała już o liceum. W dziewiątej klasie mama nagle weszła do pokoju, gdy studiowałem szczegóły figury Jagody, i wtedy wszystko się wydarzyło.
Na początku pomyślałem, że to przelotne, bo gdy Jagoda uciekła do domu, mama nic nie powiedziała. Wieczorem, gdy wrócił tata, cisza była jeszcze głośniejsza. Po trzech dniach ojciec oznajmił:
Ruszamy do Warszawy.
Do Warszawy? nie zrozumiałem.
Tak. Rozszerzam firmę, otwieram tam restaurację. Ty też masz wkrótce pójść na studia, nie tu, w Warszawie, wiesz, jaka konkurencja, trzeba się przygotować. Już załatwiłem liceum i znaleźliśmy korepetytorów.
Nie pojadę odpowiedziałem.
A gdzie się poddasz?
Nie było dokąd pójść. Jagoda, gdy się o tym dowiedziała, płakała. Obiecałem, że dokończę szkołę i przyjadę po nią, zabiorę ją ze sobą. Jagoda, dorosła już, westchnęła i rzekła:
Nigdy więcej nie przyjedziesz
Na pożegnanie podarowałem jej tę samą płytę, do której narysowała okładkę i przy której po raz pierwszy się pocałowaliśmy.
Wszystko to pochodziło od mamy. Byłem na nią bardzo zły, także na ojca. Kiedy w dziesiątej klasie kolega wyjechał na studia do Londynu, powiedział ojcu:
Też chcę do Londynu.
Matka zaczęła płakać i błagać, że nie zostanie sam. Wiedziałem, że mam starszego brata, który urodził się z chorobą serca i zmarł po roku, a potem mama długo nie mogła zajść w ciążę, więc rozumiałem jej lęk przed utratą kolejnego dziecka, choć częściowo i z satysfakcją.
W Londynie podobało mi się. Zwiedzałem wszystkie miejsca związane z moimi idolami, zacząłem palić, zmieniłem fryzurę i zmieniałem dziewczyny co tydzień. Chciałem zapomnieć Jagodę, sięgałem po kobiety zupełnie innego typu, ale każda z nich szybko mnie nudziła.
Po powrocie do Polski pomagałem ojcu w restauracjach. Do tego czasu miałem już dwa mniejbardziej trwałe związki: jeden z Greczynką, która przyczepiła się do mnie niczym kleszcz, drugi z koleżanką z uczelni, Jane, bladą Brytyjką z puszystymi blond włosami.
Mama, gdy tylko wróciłem, zaczęła szukać dla mnie odpowiednich żon, a ja przestałem wstawać do domu, zamieszkałem w mieszkaniu, które ojciec podarował mi na osiemnastkę. Mama obrażała się, dzwoniła, a ja nie odbierałem. Ojciec prosił, żebym był łagodniejszy, a ja odpowiadałem:
Chciała, żebym odniósł sukces? Odniosłem. Nie wyjdę za mąż, niech ona to zapamięta.
Kiedy Misha napisał, nie od razu rozpoznałem, kto to zdjęcie w awatarze nie pasowało do obrazu w pamięci. Gdy się wyjaśniliśmy, ucieszyłem się i przyjąłem zaproszenie na spotkanie absolwentów, mimo że nie byłem uczestnikiem.
Patrzyła na mnie z uśmiechem, nie gniewała się, w przeciwieństwie do mnie.
Cześć wymamrotałem. Nic się nie zmieniłaś.
To prawda, Jagoda wciąż była szczupła, blada, z niebieskimi żyłkami w rękach. Tylko włosy były dłuższe.
Od tego momentu przestałem zwracać uwagę na inne. Rozmawialiśmy i rozmawialiśmy. Jagoda faktycznie była zamężna, ale już rozwiedziona, a jej jedyne dziecko, dziesięcioletni syn, nosił moje imię Igor. Gdy usłyszałem własne imię, zawstydziłem się, lecz nie mogłem ukryć, że przyjemnie mi było.
Jedźmy ze mną nagle rzekła, rozumiejąc, jak głupio to brzmiało. Zabierz syna i jedźmy, w Warszawie wszystko lepsze niż tu.
Zostałeś wciąż marzycielem odezwała się smutno.
Czy to znaczy nie?
Jagoda nie odpowiedziała. Zwinęła się, by wrócić do domu, a ja nie mógł jej zatrzymać, nie znalazłem słów, by namówić ją do zostania.
To ja pojadę z tobą uśmiechnęła się Arżanowa. W jakim hotelu przystałem?
W Centralnym, oczywiście.
Pozwolę cię odprowadzić powiedziała żartobliwie.
Nie zapytałem nawet. Zamówiłem taksówkę i odjechaliśmy.
Kiedy zapukali do drzwi, pomyślałem, że to sprzątanie lub coś podobnego, i zdziwiło mnie, że tak późno. Może pomyliliśmy pomyślałem.
Na progu stała Jagoda w tym samym sukienku, włosy splecione w kok, nos wydęty z gniewu.
Gdzie ona?
Kogo?
Arżanowa! Najpierw męża zabrała, a teraz ciebie?
Śmiałem się.
Nie ma tu żadnej Arżanowej. Chcesz, sprawdź.
Odsunąłem się, Jagoda weszła do pokoju, rozejrzała się, uspokoiła i usiadła na krześle.
Dzwoniła do mnie Yulka i mówiła, że wy razem wyjechaliście.
Zawieźłem ją taksówką pod dom, jak prawdziwy dżentelmen, i to wszystko.
A nie pocałowaliście się?
Uniósł ręce i żartobliwie rzekł:
Nie jestem winny!
Co to za wymówka? Ma wypełnione usta i jeszcze coś.
Nie przyjechałem po to odparłem.
Po co więc? Po to, że się spotkamy po piętnastu latach, pamiętasz obietnicę?
Czy czekałaś?
Bolało! Zostawiłaś mnie już następnego dnia!
No i super, ja też nie długo cię pamiętam.
Więc idę?
Idź. Tylko może najpierw posłuchamy płyty?
Płyty?
Tak. Przyniosłem odtwarzacz.
Jagoda zmrużyła oczy, spojrzała na mnie złośliwie i zapytała:
To znaczy, że mnie zapomniałeś, a odtwarzacz przywiózłeś?
Dokładnie tak.
Wzięła torbę przyrzuconą przy drzwiach, wyciągnęła z niej coś i podała mi.
Była to ta sama płyta, której okładkę odmalowała i którą podarowałem jej na pożegnanie.
Zapomniałeś mnie na kolejny dzień, a płytę przechowywałeś przez te lata? drwiłem.
Ona wzruszyła ramionami. Delikatnie dotknąłem płyty, przeglądamy ją palcami żadna rysa. Położyłem ją na gramofonie i uruchomiłem. W pokoju rozbrzmiała muzyka.
Bez słów, podeszliśmy do siebie: położyłem rękę jej na talii, ona położyła na moim ramieniu. Zaczęliśmy krążyć w powolnym tańcu, jak na balu ukończeniowym, którego nigdy nie mieliśmy. Na bledych policzkach Jagody rozbłysło rumieńce, serce Igora waliło jak po stu metrach. Czas przestał istnieć, a ważne już nie było, dlaczego zapomniałem obietGdy ostatni dźwięk All You Need Is Love ucichł, poczuliśmy, że przeszłość i teraźniejszość zlepiły się w jedną niekończącą się melodię wspomnień.



