**Dziennik osobisty**
Przysięgam, że go widziałam. Dotykałam go. Całowałam. Czułam go. Jego oddech był ciepły, a usta miały smak mięty tak jak zawsze. Nawet miał na sobie tę szarą bluzę, którą tak lubił, choć mówił, że jest za duża i sprawia, że wygląda jak miś z ulicy. Był prawdziwy. Trzymał mnie w ramionach całą noc. Szepnął mi do ucha kocham cię. Powiedział, że pobierzemy się w przyszłym roku. Pamiętam każdą sekundę. Jak przesuwał palcami po moim ramieniu. Jak płakał, gdy ja płakałam. Jak kochał mnie z taką namiętnością, że myślałam, iż dusza mi pęknie na pół. A potem zniknął.
Obudziłam się sama. Ale nie bałam się. Myślałam, że poszedł pobiegać, jak to czasem robił. Jego woda kolońska wciąż unosiła się w powietrzu. Moja skóra wciąż płonęła w miejscach, których dotykał. Ale coś było nie tak.
Dzwoniłam.
Jeszcze raz.
I jeszcze raz.
Wtedy weszła do pokoju moja najlepsza przyjaciółka, Kasia, blada jak ściana. Nie rozumiałam, dlaczego płacze.
Agnieszko szepnęła Ty nie wiesz?
Roześmiałam się. Wiedzieć co?
Krzysztof nie żyje.
Mrugnęłam. Nie żyje? Jak to?
Zaczęła płakać głośniej. Zginął dwa dni temu. Wypadek samochodowy. Tej nocy, gdy była burza.
Nie. Nie. Nie. Nie.
Krzyknęłam. Oderwałam się od niej. Powiedziałam, że jest okrutna, że to nie jest śmieszne. Pokazałam jej SMS, który Krzysztof wysłał mi poprzedniej nocy. Nagranie głosowe, w którym mówił: Jadę do ciebie. Tęsknię za tym, jak twoje ciało przylega do mojego. Ona spojrzała na telefon, drżąc.
Agnieszko on nie mógł tego wysłać. Już wtedy był w kostnicy.
Świat się przechylił.
Kolana odmówiły mi posłuszeństwa.
Pobiegłam do łazienki, wyciągnęłam ręcznik, którego użył wciąż mokry. Bluzę, którą zostawił na podłodze. Ślad jego zębów na mojej szyi.
On tu był.
Musiał być.
Ale prawda jest taka Krzysztof został pochowany wczoraj.
A ja uprawiałam z nim miłość tej nocy.
Minęły dni. Noce stały się nie do zniesienia. Nie mogłam spać. Gdy tylko zamykałam oczy, widziałam go. Czasem stał u stóp łóżka. Czasem szeptał mi do ucha. Pewnej nocy usłyszałam jego głos: Nie płacz, kochanie. Nadal jestem z tobą. Próbowałam to nagrać, ale słychać było tylko szum i mój przerażony oddech.
A potem spóźniła mi się miesiączka.
Dwa razy.
Myślałam, że to przez stres. Żałobę. Trauma.
Aż któregoś dnia zwymiotowałam po raz piąty w ciągu dnia.
Zrobiłam test.
Dwie kreski.
Pozytywny.
Załamałam się.
Jedyną osobą, z którą byłam był Krzysztof.
Ale on był martwy.
Pochowany. Rozkładający się. Nieobecny.
A jednak coś we mnie rośnie.
Coś, co kopie w nocy.
Coś, co świeci pod moją skórą, gdy gasnę światło.
I za każdym razem, gdy płaczę i mówię, że nie dam rady
słyszę, jak szepcze z cienia:
Nie jesteś sama. Nasz syn nadchodzi.
**Ciąg dalszy**
Nie pamiętam, kiedy zasnęłam. Obudziłam się w wannie, z testem ciążowym wciąż zaciśniętym w dłoni, te dwie różowe linie drwiące z mojego rozsądku. Od dni nie rozmawiałam z nikim nawet z Kasią. Telefon dzwonił dziesiątki razy. Jej imię migało na ekranie. Ignorowałam wszystkie połączenia.
Jak wytłumaczyć, że spodziewam się dziecka po mężczyźnie, który od tygodni leży pod ziemią? Kto by mi uwierzył? Nawet ja nie wierzyłam do końca. Aż do tej nocy.
Ledwo zasnęłam, gdy coś nacisnęło mój brzuch od środka. To nie było zwykłe kopnięcie. To było celowe. Prawie jakby chciało zwrócić moją uwagę. Zerwałam się, łapiąc powietrze, dłonie przyciśnięte do brzucha. I wtedy znów to usłyszałam.
Głos Krzysztofa. W mojej głowie.
Nie bój się, kochanie. Wybrałem cię.
Krzyknęłam i wyskoczyłam z łóżka. W lustrze przyjrzałam się swojemu brzuchowi, podnosząc koszulkę. Mogłam przysiąc, że widziałam słaby błysk niebieskiego światła tuż pod skórą. Zamigotało i zniknęło. Nogi się pode mną ugięły. Osiadłam na podłodze, szlochając.
Następnego dnia zmusiłam się do wizyty u lekarza. Powiedziałam, że zaszłam w ciążę po tym, jak odwiedził mnie mój chłopak. Kłamałam co do dat. Kłamałam we wszystkim poza objawami.
Dziwne sny. Skóra, która świeci. Słyszę głosy kogoś, kogo nie ma.
Wyraz twarzy lekarza powię


