**Dzisiaj piszę o tym, jak życie potrafi nas zaskoczyć…**
Ukończyłam studium pedagogiczne z wyróżnieniem, marzyłam o studiach na uniwersytecie. Ale los miał inne plany. Tata miał poważny wypadek, długo leżał w szpitalu. Gdy go wypisali, mama wzięła urlop, by opiekować się nim w domu, aż oswoi się z wózkiem inwalidzkim.
W naszym mieście nie było uniwersytetu, trzeba było jechać do Warszawy. Postanowiłam, że zostanę jeszcze rok. Nie mogłam zostawić rodziców samych w tak trudnym czasie. Zaczęłam pracować w szkole.
Lekarze dawali nadzieję, że tata z czasem wstanie, jeśli będzie robił ćwiczenia, chodził na masaże i brał leki. Mama sprzedała działkę rekreacyjną, by opłacić rehabilitację i leki. Ale tata nigdy nie wstał z wózka.
— Dość, przestańcie marnować pieniądze. I tak już nie wstanę — powiedział pewnego dnia.
Jego charakter się popsuł. Stał się drażliwy i podejrzliwy, wszystko go irytowało. Najbardziej cierpiała mama. Jeśli wołał, musiała wszystko rzucać i biec. Zwykle chciało mu się pić, miał jakieś pytanie albo po prostu potrzebował pogadać. A wtedy obiad palił się na kuchni.
— Andrzeju, mógłbyś sam dojechać do kuchni. A teraz ziemniaki się spaliły — wyrzucała mu mama.
— Moje życie się spaliło, a ty płaczesz nad ziemniakami. Tobie łatwo mówić, chodzisz. Co to za problem podać szklankę wody? — warczał tata.
Czasem w gniewie rzucał w mamę kubkiem lub talerzem. Coraz częściej prosił o wódkę. A po drinku wyładowywał złość na mamie, jakby to ona była winna wypadkowi.
— Tato, nie pij, to nie pomoże. Nie masz co robić? Zagraj w szachy, poczytaj książki — prosiłam.
— Co ty wiesz? Chcesz mi odebrać ostatnią przyjemność? W tych książkach same kłamstwa. Czytaj je sobie. W życiu jest inaczej. Jestem do niczego — mruczał.
— Mamo, nie kupuj mu więcej wódki — błagałam.
— Nie kupię, to będzie krzyczał. Ma ciężko… Co teraz możemy? — wzdychała mama.
— Powinien ćwiczyć, a nie pić. Lekarze mówili, że może chodzić. Sam nie chce. Po prostu lubi nas męczyć, a my mu usługujemy — złościłam się.
Żal mi go było, ale nam też nie było łatwo. Pewnego dnia wróciłam ze szkoły zmęczona, bolało mnie gardło. A tata co chwilę wołał. W końcu wybuchnęłam.
— Dość! Ledwo stoję na nogach. Ty masz wózek, sam jedź do kuchni i pij, ile chcesz. Nie jesteś jedyny. Setki ludzi tak żyją, a nawet pracują, startują w paraolimpiadach. A ty nie możesz dojechać do kuchni? No dalej, próbuj sam. Ja muszę przygotować lekcje. — Wyszłam do swojego pokoju.
Słyszałam, jak wózek sunął po podłodze, jak tata postawił szklankę w kuchni, jak zatrzymał się na chwilę pod moimi drzwiami. Spodziewałam się krzyków, ale odjechał dalej. Od tamtej pory stał się bardziej samodzielny.
W ciepłe dni zostawiałam otwarte drzwi na balkon. Tata podjeżdżał i „spacerował” przed progiem — przez wąskie drzwi i wysoki próg nie mógł wyjechać. Trzeba by przerobić framugi, ale skąd wziąć pieniędzy?
— Odwieźcie mnie do domu opieki — mówił po drinku.
— Co ty mówisz?! Jesteś żywy, to najważniejsze. Reszta się ułoży — pocieszała go mama.
— Teraz tak mówisz, ale wkrótce zmęczysz się pieluchami. Będziesz żyć z litości. Po co ci kaleka? Jesteś jeszcze młoda…
Tak mijaliśmy dni. Minął rok, znów nadeszła jesień. Pewnego dnia wybiegłam ze szkoły, ale zanim dotarłam na przystanek, zaczął się ulewny deszcz. Schowałam się pod zadaszeniem, ale krople i tak mnie ochlapywały. Samochody pędziły przez kałuże, obryzgując przechodniów. Stałam tam, zmoknięta jak kura.
Nagle zatrzymał się przy mnie dostawczak. Wysiadł z niego chłopak. Trzymając kurtkę nad głową, podbiegł do mnie.
— Wsiadaj, podwiozę cię.
Byłam zmarznięta, buty przemokły. Wskoczyłam do kabiny, pachnącej benzyną i smarem. W środku było sucho i ciepło.
— Krzysztof — przedstawił się.
— Monika.
— To znaczy Monika? Dokąd jedziemy? — uśmiechnął się.
Podałam adres. W drodze opowiadał, dlaczego został kierowcą.
— Matka sama mnie wychowała. Czas, żem się nią zajął. Sąsiad wziął mnie do warsztatu. Po wojsku zacząłem jeździć zawodowo. Płacą nieźle, a i dorobić można — wozić, przewozić. Jak będziesz potrzebować, dzwoń, zawsze pomogę. — Tak po prostu przeszedł na „ty”.
— A ty uczysz się czy pracujesz? — spytał.
— Pracuję w szkole.
— Fajnie — pochwalił. — Będę podwozić cię pod szkołę, wszyscy będą zazdrościć. Śmiejesz się? Duża furka, nie każdy taką ma.
Było z nim lekko. Może i przydałaby się pomoc? Dałam mu numer. Wieczorem zadzwonił, zaprosił do kina.
— Przepraszam, nie mogę. Tata jest na wózku, nie zostawię mamy samej.
— To wyjdź na chwilę, podjadę pod dom.
— Po co? — spytałam.
— Chcę cię zobaczyć. Spodobałaś mi się — powiedział prosto.
— A może nie jestem w twoim typie? To cię nie martwi? — zapytałam.
— Co, brzydki jestem? Wstydzisz się kierowcy? — odparł ostro.
— Przepraszam, nie chciałam urazić. Dobrze, wyjdę. — Rozłączyłam się.
Następnego dnia usłyszałam klakson. Wyjrzałam przez okno — stał pod blokiem.
— Co się tak krząZobaczyłam, że Krzysztof wcale się nie gniewa, a w jego oczach świeciła ta sama iskra, którą pamiętałam z dziecięcych lat, i wtedy zrozumiałam, że czasami los daje nam drugą szansę, by naprawić to, co kiedyś się popsuło.



