Dziś stoję przed lustrem w białej sukni i wciąż nie mogę uwierzyć, jak to się potoczyło. Suknia leży idealnie – mama trzy tygodnie dopasowywała każdą fałdkę, każdą perełkę. A teraz to piękno zwisa na mnie jak całun.
– Małgosiu, gotowa? – w drzwiach pojawia się ciocia Zosia, przyjaciółka mamy. – Goście się zbierają, auta podjechały.
– Gotowa – kłamię, poprawiając welon. – Ciociu, może jednak odwołamy? To takie… nie tak.
– Co ty mówisz, dziecko! – załamuje ręce. – Matka tyle sił włożyła, złotówek wydała! Goście przyjechali, stół nakryty. A ten twój Tomek… – ciocia kręci głową. – Sam sobie winien. Nie miał czego uciekać w ostatniej chwili!
Mama wchodzi z oczami czerwonymi od płaczu, ale z twardym spojrzeniem.
– Koniec jęczenia, Małgosia! – mówi stanowczo. – Nie pozwolę temu palantowi zepsuć nam święta. Urządzimy wesele! Niech cały Lublin widzi, jaką mam piękną córkę!
– Mamo, ale to absurd! Ślub bez pana młodego! Co ludzie powiedzą?
– A co mają powiedzieć? – Mama podchodzi, prostuje mi kolczyki. – Powiedzą, że Walentyna Nowak to kozak! Że nie siedzi w domu i nie szlocha, tylko pokazała wszystkim, że jej córka zasługuje na najlepsze! Ot, co powiedzą!
Westchnęłam. Mama była w swoim stylu – gdy coś postanowiła, nie dało się jej przekonać. Zdecydowała wczoraj wieczorem, kiedy Tomek zadzwonił i oznajmił, że nie jest gotowy na małżeństwo.
– Mamo, wyobrażasz sobie ten wstyd? – próbuję jeszcze.
– Wstyd to czekać całe życie na niegodziwego faceta! My pokażemy, że damy radę bez niego! – Mama odwraca się do drzwi. – Koniec gadania! Idziemy!
W sali czeka już ze czterdzieści osób. Rodzina, sąsiedzi, koledzy mamy z pracy. Wszyscy szeptali, rzucali współczujące spojrzenia. Czułam się jak w teatrze absurdu.
– Ojej, Małgosiu, jaka śliczna! – podbiega kuzynka Kinga. – A gdzie… no wiecie… jak sprawy?
– Jak widzisz – odpowiadam sucho.
Mama wchodzi na małe podium, gdzie zwykle grają muzycy, i zabębnia łyżeczką w kieliszek.
– Kochani! – zaczyna. – Dziś wyjątkowy dzień. Moja córka Małgorzata wychodzi za mąż… za swoje nowe życie! Za wolność od niegodziwców! Za prawo do szczęścia!
W sali zapadła cisza. Ktoś zakrztusił się nieporadnie.
– Waldek, oszalałaś? – syknęła jej siostra Nina.
– Przeciwnie! Po raz pierwszy w życiu wróciłam do rozumu! – odparłaż żywo mama. – Małgosia, chodź tu!
Niechętnie podeszłam. Mama objęła mnie za ramiona.
– Oto ona, moja piękność! Mądra, dobra, złota rączka! A ten… jak mu tam… Tomek, był jej niegodny! I niech wszyscy wiedzą – nie płaczemy, bawimy się!
– Mamo, przestań – szepnęłam przez zęby.
– Nie przestanę! – podniosła kieliszek. – Za moją córkę! Za to, że w porę zrozumiała, z kim nie wiązać życia!
Goście niepewnie unieśli kieliszki. Ktoś mruknął: „Za Małgosię”, ktoś inny tylko przełknął milcząco.
– A teraz siadamy! – ogłosiła mama. – Będziemy się bawić!
Usiadłam na honorowym miejscu. Obok stało puste krzesło przystrojone wstążkami – miejsce pana młodego. Widok był żałosny.
– Słuchaj, może sprzątniemy to krzesło? – zaproponowała ciocia Zosia.
– Ani mi się waż! – ucina mama. – Niech wszyscy widzą, kogo tu brakuje! I niech wyciągną wnioski!
Podano sałatki. Goście jedli w milczeniu, rzucając bez znaczenia zdaniami. Atmosfera była napię napięta jak struna.
– Co wy takie markotne? – wstała mama. – Małgosia, opowiedz, jak się z Tomkiem posprzeczałaś!
– Mamo, nie! – zalamowałam się.
– Musisz! – nalegała Walentyna Nowak. – Niech poznają prawdę!
Spojrzałam na pełną salę ludzi, na ich ciekawskie i współczujące twarze. Nagle coś we mnie pękło.
– Dobrze – wstałam. – Opowiem. Tomek wczoraj zadzwonił i powiedział, że się rozmyślił. Że nie gotów wziąć odpowiedzialności, że chce jeszcze pożyć dla siebie. A chodzimy trzy lata! Trzy lata czekałam na oświadczyny, planowałam życie, marzyłam o dzieciach!
W sali zapadła martwa cisza.
– I wiecie co? – ciągnęłam, czując jak złość dodaje mi sił. – Mama ma rację! Dość czekania, aż faceci zechcą nas uszczęśliwić! Potrafię sama być szczęśliwa! Bez Tomka, bez żadnego chłopa, który nie szanuje, co ma!
– Tak trzymaj, córuś! – podchwyciła mama. – My, baby, same sobie panie!
– Ja zeszłego roku zostawiłam mojego Wiktora – ode
Przechodząc obok pustego krzesła przeznaczonego dla nieobecnego pana młodego, Małgorzata mimowolnie zerknęła w lustro, zamiatając dłonią fałdy swojej białej sukni, i w tej chwili pojęła, że ten gest wieczorem nie był pożegnaniem, lecz jak przysięga wobec samej siebie – by już nigdy nie czekać na czyjeś gotowość, żyjąc pełnią życia, które z uśmiechem wymyślała od nowa, całkiem samotna, lecz z radosną dumą, i wcale nie samotna.



