Piesek
Ola i jej syn, Kacper, mieszkali sami. Ojciec chłopca oczywiście istniał, ale nie był im potrzebny. Kacper jeszcze nie pytał o tatę. W przedszkolu dzieci bardziej interesują się zabawkami niż tym, czy ktoś ma ojca, czy nie.
Ola postanowiła, że lepiej, by Kacper nie wiedział, jak szaleńczo zakochała się w jego ojcu, który okazał się być żonaty, gdy tylko dowiedział się o ciąży. Miał problemy z żoną, ale nie mógł odejść, bo jej ojciec był jego szefem. Gdyby zrobił inaczej, zostałby bez grosza, a Oli taki mężczyzna na pewno nie byłby potrzebny. Poradził jej, by pozbyła się dziecka, póki jeszcze czas, bo alimentów i tak by nie dostała. A jeśli spróbowałaby walczyć, tylko by na tym straciła…
Nie nachylała się więc, zniknęła z jego życia i sama wychowała Kacpra. Chłopiec wyszedł jej wspaniały i to jej wystarczało.
Ola pracowała jako nauczycielka w szkole podstawowej, a pięcioletni Kacper chodził do przedszkola. Nikt im nie był potrzebny.
Po Nowym Roku do szkoły przyszedł nowy nauczyciel WF-u – wysoki, wysportowany, uśmiechnięty. Wszystkie samotne nauczycielki, których w gronie pedagogicznym było większość, od razu zaczęły się do niego uśmiechać i zabiegać o jego uwagę. Tylko Ola nie patrzyła w jego stronę i nie śmiała się z jego żartów. Może dlatego właśnie on zwrócił uwagę na nią.
Pewnego dnia, gdy wyszła po lekcjach ze szkoły, przed nią zatrzymał się SUV. Z samochodu wysiadł nauczyciel WF-u i otworzył przed Olą drzwi od strony pasażera.
– Proszę – uśmiechnął się, skinąwszy głową w stronę siedzenia.
– Dziękuję, ale mam blisko – odpowiedziała zdezorientowana.
– I tak lepiej jechać niż iść, nawet jeśli niedaleko – zauważył logicznie.
Ola zawahała się, ale w końcu wsiadła. Nauczyciel zatrzasnął drzwi, włączył silnik i zapytał o adres.
– Nie pamiętam dokładnie. Wiem tylko, gdzie jest przedszkole – odparła, spuszczając wzrok.
– Jakie przedszkole? – Zmarszczył brwi.
– To, do którego chodzi mój syn – wyjaśniła.
– Masz syna? Duży? – Dlaczego od razu przeszedł na „ty”?
– Kacper. Ma pięć lat – odpowiedziała i sięgnęła po klamkę. – Lepiej pójdę pieszo. Otworzyła drzwi.
– Zaczekaj. Podwiozę was – przekręcił kluczyk.
Ola zatrzasnęła drzwi. Co szkodzi, jeśli podrzuci ją po Kacpra? I tak nic z tego nie będzie. Po co facetowi kobieta z „bagażem”, skoro wokół pełno wolnych i bez dzieci?
– Jeśli pan nie śpieszy się… – westchnęła.
– Nie śpieszę. Nikt na mnie nie czeka. Nie mam ani żony, ani dzieci – odparł, jakby odgadując jej wątpliwości.
– A dlaczego? Straszny charakter? Kobiety nie wytrzymują? Czy którąś tak pan skrzywdził, że teraz boi się związków? – zapytała Ola.
– Oho, jaka ostra. Nie spodziewałem się. Z wyglądu taka spokojna. Było wszystko – i miłość, i ból. Ale do ślubu nie doszło, i to nie tylko z mojej winy. Nie wyszło. A charakter… Nie ma ludzi idealnych, szanowna Olu. Ty też nie jesteś taka, jak wyglądasz.
– Żałuje pan, że mnie podwiózł? Proszę skręcić w tę ulicę – powiedziała szybko.
Samochód zatrzymał się przed przedszkolem.
– Zaczekam – powiedział nauczyciel, gdy Ola wysiadła.
Zatrzymała się przy aucie.
– Nie trzeba. Mieszkamy tuż obok. Nie chcę, żeby syn zadawał potem pytania. Rozumie pan, panie Marku? – Spojrzała na niego surowo, jak na niepojętliwego pierwszaka. – Nie czekaj na nas. Zamknęła drzwi i poszła po syna.
Gdy po dziesięciu minutach wyszła z przedszkola, trzymając Kacpra za rękę, odetchnęła z ulgą, ale i z lekkim rozczarowaniem. Wszystko jasne. Kobieta z dzieckiem mu nie pasuje. I dobrze. „Nam też on nie jest potrzebny” – pomyślała.
Ale następnego dnia Marek znów czekał pod szkołą.
– Myślałaś, że uciekłem, gdy dowiedziałem się o synu? A tu niespodzianka. Wsiadaj. Do przedszkola? – zapytał zwyczajnie.
Ola uśmiechnęła się i skinęłaKacper uśmiechnął się do matki, tuląc do siebie pieska, a Ola zrozumiała, że prawdziwe szczęście nie przychodzi z zewnątrz, ale rodzi się w sercu, gdy kocha się i jest się kochanym.



