27 marca 1994, Piątek
Dziś wstałam wcześnie pachniało wiosną. Czekałam na taki dzień od miesięcy; śnieg już zniknął, choć to dopiero końcówka marca. Wiem, że jeszcze przyjdą chłody, ale jak słońce dziś przygrzało, aż zatęskniłam, by wyjść na dwór, zrobić coś przy domu, podnieść przewrócony płot, naprawić drewutnię.
Myślę, żeby znowu hodować kury, może prosiaczka, pieska, kotka. Starczy, co się będę rozmarzać, uśmiechnęłam się do swoich myśli. Już bym chciała przewrócić ziemię w ogrodzie, brać się za grządki, poczuć zapach tej mojej polskiej ziemi pod nagimi stopami, jak kiedyś, w dzieciństwie, zanurzyć się po kostki w tej miękkiej, ciepłej, aż puszystej ziemi.
Jeszcze pożyjemy, powiedziałam nie wiedzieć czemu na głos.
Dzień dobry.
Aż podskoczyłam. Przy furtce stała dziewczyna, taka jeszcze dziecina. W szarym płaszczyku, jak z technikum, lichych bucikach, w rajstopach, gołe nogi na taką pogodę pomyślałam młodziutka, przemarźnie, buty marne, podeszwy jak z kartonu, szkoda słów odnotowałam w myślach.
Dziewczyna przestępowała z nogi na nogę.
Dzień dobry, rzuciłam chłodno.
Przepraszam, mogę pójść do toalety?
No, idź. Prosto, a potem za róg.
Patrzyłam z zaciekawieniem jak zniknęła pod podwórzu. Ocalona zaśmiałam się w duchu.
Dziękuję, uratowała mnie pani. Szukam pokoju do wynajęcia, pani nie wynajmuje może przez przypadek?
Nie planowałam. A na co ci?
Chciałabym wynająć. W akademiku nie chcę mieszkać, tam piją i palą, chłopaki się kręcą.
Tak? A ile możesz zapłacić?
Pięć złotych… więcej nie mam.
No dobra, wejdź do domu. Chodź, chodź.
Ojej, mogę jeszcze raz do toalety?
Biegnij…
Jak masz na imię? zapytałam, wprowadzając ją do kuchni.
Toja pisnęła jak myszka.
Toja, tak? No Toja… na co ci ten pokój?
Milczała, zbierała się na odwagę.
No? Słucham? Jeśli przyszłaś coś ukraść, u mnie nie ma czego. Kto cię przysłał?
Nikt, sama przyszłam. Pani… Pani jest Anna Zielińska?
Ja, no tak
Pani mnie nie poznaje… mamo? To ja, Toja… twoja córka!
Usiadłam prosto jak struna. Moja twarz, zniekształcona przez mrozy i wichury, nie drgnęła, ale oczy wypełniły się łzami.
Toja… wyszeptałam Córeczka, moja Tojenka…
Tak, mamusiu, to ja… W domu dziecka nie chcieli mi podać twojego adresu, wyobraź sobie. Mówili, że nie wolno, mamusiu… Ale ja poprosiłam panią nauczycielkę, taką dobrą, Patrycję, ona mi pomogła, znaleźliśmy nazwisko, imię, potem adres, i tak trafiłam do ciebie!
Siedzimy razem, obejmuję ją niezdarnie moje dłonie szorstkie, pełne odcisków, chwytają jej sweter grubymi oczkami wydziergany, niepuszczając.
Siedzimy przytulone długo; nie potrzeba słów. To potem już, później, przypominam sobie nauki babci i własne doświadczenia. Krzątam się, gotuję wodę, parzę koperek, pielęgnuję moją Tojenę, moją piękność, moją radość.
Moja Tojenka, dziecko, moje życie. Jest po co żyć, jest… On zesłał, zmiłował się, nie wszystko stracone…
Ogród, prosiaczek, płaszczyk do naprawy. Mam odłożone. Byłam głupia, już chciałam umierać a tu córeczka, moja Toja…
***
Mamusiu…
No co tam, serduszko?
Tojenka wzięła ciastko z talerza, który upiekłam. Policzki jej się zaokrągliły, córeczkę ubrałam jak lalaczkę, sama też odmłodniałam.
Mamusiu…
No, mów łobuziaro.
Mamusiu, zakochałam się!
Tego to się nie spodziewałam.
Tak. Mamusiu, on jest taki fajny. Ma na imię Mikołaj. Chce cię poznać…
Ja… nie wiem…
A w duchu pomyślałam, że kończą się beztroskie dni. Dał, to i zabierze.
Mamusiu, co ci?…
Nic, córeczko, nic. Wyrosłaś, tak szybko. Nie zdążyłam się nacieszyć, przebacz mi, Tojenko…
Mamo, jak możesz… Ja… Tylko ty! Wiesz, jak cię kocham? Jak długo cię szukałam… Mamusiu, kochana…
Poznałam Mikołaja chłopak ze wsi, konkretny, pracowity, polubiłam go od razu. Za takiego to i nie grzech córkę wydać.
Czasy biedne niektórzy nie mieli co jeść, a inni psy lepiej karmili niż ludzi.
Ale nam się układało. Pracowałam jako krawcowa, zakład zamknęli, poszłam do spółdzielni, płacili dobrze. Toję ubrałam elegancko, Mikołajowi też pomogłam.
On nie próżnował, nowy płot postawił, z braćmi dom wyremontowali, stodołę dla prosiaczka zbudowali. Dom rozbrzmiał śmiechem, odkąd wróciła Toja, ukochana moja.
W sercu mi się rozjaśniło, zachciało się żyć na nowo, z całą siłą, za wszystkie stracone lata, to co chciałam zapomnieć tylko nocami jeszcze czasem zalewa mnie żal, że westchnienia pohamować nie mogę…
Mamusiu, boli coś?
Nie, kruszynko, śpij spokojnie.
Mogę z tobą?
Jasne przysuwam się do ściany, ustępując miejsca.
Moje maleństwo, dziewczynko serce mi pęka z miłości. O, taka jest ta matczyna miłość. Dzięki Ci, Boże.
Wesele zrobiliśmy, młodzi zostali ze mną w domu, a ja rozkwitam jak mak. Nawet w pracy zauważyli, zawsze poważna Anna nie umie powstrzymać uśmiechu.
Wnuczek czy wnuczka będzie! szepczę koleżankom w przerwie. Ale się denerwuję…
Szczęśliwa Anna Zielińska ma córkę, wzdychają koleżanki, jak ona ją kocha.
Wnuk! Wnuczek się urodził, Antoś! Po mojej mamie nazwaliśmy, Tojka nawet nie protestowała. Śliczny, nie mogę się napatrzeć, dziewczyny…
Ja niemowląt na rękach nigdy nie trzymałam tylko Toję, tyle lat temu… Przytulam, a serce aż wali od szczęścia.
Myślę już tylko o Antosiu najlepszy, najpiękniejszy. I tak bardzo babcię kocha, nigdzie się bez niej nie rusza.
Mikołaj się wziął za dalszą budowę, dom piękny wystawił, i dla mnie miejsce znalazł. Jak tu bez mamy?
Chłopcy Mikołaj z braćmi firmę otworzyli budowlaną, sklep z materiałami założyli, wszyscy cicho, spokojnie żyją.
I kolejna radość wnuczka będzie!
Szyłam sukienki, szykowałam stroje dla Marysi piękna dziewczynka. Cały dom rozbrzmiewa dziecięcym śmiechem.
Wszystko mi się układało, tylko coraz częściej pali w piersi, mocno…
Mamo, mamusiu, czemu nie mówiłaś nic? Gdzie boli?
Dobrze, córeczko, dobrze…
***
… Za późno, nie możemy nic zrobić.
Panie doktorze, jak to… moja mama…
Rozumiem, bardzo mi przykro.
***
Córeczko, Tojenko… czas już na mnie, przepraszam… Przez ciebie jeszcze pożyłam, uratowałaś mnie wtedy, przyszłaś do mnie, moja droga…
Mamusiu, nie mów tak…
Córeczko, posłuchaj. Nie jestem twoją matką, Toja. Wybacz…
Mamo! Mamusiu, nawet tak nie mów! Jesteś moją mamą, nie chcę słyszeć nic innego! Słyszysz? Tylko ty!
Tak, tak… córeczko… Tam na półce jest zeszyt, mój pamiętnik… Przepraszam, Tojenko. Kocham cię, dziecko…
Ja też cię kocham, mamo… Mamo… Mamo…
***
Toja, zjadłabyś coś…
Tak, Mikołaj… Zaraz… Idź na razie.
Siedziałam w pokoju mamy, czytałam jej zeszyt. Tam była jej cała prawda szorstka, pogmatwana, czasem wesoła.
Matka, Antonina, ojciec zginął na wojnie.
Anusia, Aneczka, Anulka…
Zakochała się w złodzieju, eh… Śmiała, niepokorna. Życie było zabawne, niebezpieczne, krew szumiała. Poszła z nim… Potem bagno na lata.
On zniknął w więzieniu. Wszystkich straciła.
Może byłby ten maluszek, ale przeziębiła się w śniegu, gdy mu pomagała w ucieczce z kolegami młodość, głupota…
Wszystkiego się wyrzekła, kobiecej natury, macierzyństwa…
Nie została ani z dzieckiem, ani z kotem, tylko dom po matce. Osiedlała się powoli, trochę topniała, cicho żyła.
Lekarze kazali czekać a to, czy to. Chodziła do kościoła, wyprosiła przebaczenie…
I zesłał jej nieoczekiwane szczęście nie umiała przepuścić tej szansy. Chciała tylko choć przez chwilę poczuć, jak to być mamą…
Toja, córeczka, światło życia. Nie sądziła, że tyle pożyje opisuje siebie w trzeciej osobie tak, szczęście to szczęście, zwyczajnie żyję, pracuję.
Mam córkę, duszę mojego serca. Nawet choroba jakby się cofnęła.
Wybacz, Boże, proszę o jeszcze, abym wnuczki poniańczyła, córce pomogła…
Na początku bała się, że Toja odkryje prawdę, że nie jest matką, tylko jakąś daleką rodziną, czy błąd. Potem się przestała bać, zaczęła zwyczajnie żyć. Uwierzyła, że zasługuje…
Przepraszam, córeczko, przepraszam kochana, że ukradłam cię twojej matce. Takie mam to skradzione szczęście…
Mamusiu płacze Toja najdroższa moja Mam nadzieję, że mnie słyszysz.
Wiedziałam, prawie od razu się domyśliłam. Gdy u ciebie mieszkałam, koleżanka zapytała, czy to na pewno moja rodzina mówiły, że w danych było inne imię. Znalazłam tę drugą Annę, z ciekawości.
Ona sama zrezygnowała ze mnie. Wyszła za mąż, przeszkadzałam jej. Mamo…
Żyje sobie, ma rodzinę, nigdy nie chciała mnie poznać, mamo.
Bała się, żeby nas razem nie widziano, pieniędzmi mnie próbowała przekupić…
Odeszłam, uciekłam, mamo. Pamiętasz, jak wtedy tak ciężko chorowałam? Gorączka… Ty, najdroższa, dziękuję Bogu, że zesłał mi ciebie. Tak długo cię szukałam, tak bardzo cię kocham.
Jak dobrze, że pomylili się wtedy a może to nie był przypadek, tam na górze wiedzieli najlepiej, do kogo mnie posłać.
Co ja teraz zrobię bez ciebie, mamo…
Toja, Tojenka…
Mikołaj, pozwól mi popłakać… matkę pochowałam…
***
Babciu, a babcia Ania, była dobra?
Najlepsza, kochanie.
A ładna była?
Najładniejsza, Aniu.
A kto ją tak nazwał?
Nie wiem, może mój tata, albo babcia.
Twój dziadek, albo twoja babcia?
Tak, tak.
A mnie tak samo nazwaliście, jak prababcię?
Tak, kochanie, tak zrobiliśmy.
Ona mnie widzi?
Oczywiście, i obserwuje cię, i na pewno będzie ci pomagać.
Ja cię kocham, prababciu Aneczko rzuca wianuszek mniszków na grób prababci.
Ja też, kochanie szumi brzoza i my cię kochamy… podchwytuje wiatr.



