Dzisiaj znów przypomniałam sobie tamtą zimę. W tym roku na Podkarpaciu mróz był nieubłagany – termometry pokazywały minus czterdzieści stopni, a nocą zamarzało jeszcze bardziej, jakby sama natura chciała wystawić nas na próbę.
“Janek, ubierz się cieplej! Załóż ten sweter, który dla ciebie zrobiłam, wełniany” – powiedziała do męża Krystyna, odprowadzając go wzrokiem do pracy.
Mimo siarczystego chłodu obowiązki w gospodarstwie nie mogły czekać. Krowy, głodne i niecierpliwe, domagały się nakarmienia. Janek, już niemłody, blisko emerytury, jak zwykle szykował się do pracy. A Krystyna została w domu – czekała na córkę z wnukiem, ale ta zadzwoniła z miasta:
“Mamo, nie ryzykujemy podróży, póki mróz nie złagodnieje. Przyjedziemy w weekend, za tydzień.”
“Dobrze, córeczko. A nuż autobus zepsuje się w taki mróz? Trzymajcie się ciepło” – odpowiedziała Krystyna, chowając niepokój głęboko w sercu.
Odłożyła telefon i zamyśliła się, wspomnienia powróciły jak fala. Przed oczami stanęła jej tamta zima sprzed prawie pięćdziesięciu lat, gdy jako młoda Kasia jechała z przyjaciółką Basią do babci Basi w zapomnianej wsi. Wtedy też mróz był dotkliwy, spadał do minus trzydziestu pięciu, ale młodość dodawała odwagi.
“Kasia, jedź ze mną do babci!” – namawiała Basia. – “Zimowe ferie, sama będę się nudzić, a ty zobaczysz naszą wieś. Tylko musimy jeszcze dojechać z miasteczka, ale damy radę!”
Obie miały po szesnaście lat. Kasia, po długich namowach, przekonała matkę i spakowała się do drogi. Ciepłe ubrania, duch pełen zapału – mróz nie był im straszny. Autobus dowiózł je do większej wioski, ale kierowca odmówił jazdy dalej:
“Kończymy tu! Droga zawiana, traktor nie przejechał. Nie ruszę, utkniemy!” – burknął, ignorując protesty pasażerów.
Kasia i Basia, jak wszyscy, wysiadły.
“Kasia, do wsi jeszcze z dziesięć kilometrów” – westchnęła Basia. – “Gdzie w taką pogodę? Chodźmy do cioci Zosi, siostry mamy. Przenocujemy, a rano zdecydujemy. Mama dała adres na wszelki wypadek.”
Tak też zrobiły. Ciocia Zosia nakarmiła je gorącym żurem, napoiła herbatą z miodem i położyła w maleńkiej izbie. A rano sąsiad, wujek Tadeusz, zgodził się je podwieźć do wsi saniami. Ciocia Zosia już wieczorem wszystko załatwiła:
“Tadeusz, weź dziewczyny, trzeba je do babci zawieźć.”
“A jakże, nie mogę nie pomóc!” – odparł wesoło. – “Zawiozę je w mgnieniu oka!”
Kasia i Basia wskoczyły na sanie.
“No, dziewczyny, okryjcie się kocem, bo zmarzniecie!” – zatroszczył się wujek Tadeusz, poprawiając ciężki kożuch i ruszył.
Sanie sunęły po zaśnieżonej drodze. Za wioską ciągnął się las sosnowy, a dalej – bezkresne pola przykryte białym całunem. Droga była wyboista, miejscami zawiana, ale koń szedł pewnie.
“Wujku Tadeuszu, a ile pan ma lat?” – spytała Basia, by przerwać ciszę.
“Koło siedemdziesiątki piątki” – uśmiechnął się. – “Ale jeszcze niczego sobie! Latem pasam owce, jestem bacą. Nasze wrzosowiska to cudo, wszystko kwitnie, pachnie. Przyjedźcie latem, zobaczycie sami!”
**Opowieść z duszą**
Wujka Tadeusza we wsi wszyscy lubili. Życzliwy, szczery, potrafił opowiadać tak, że zapominało się o mrozie i długiej drodze. Gdy jechali, rozmawiali o byle czym, aż nagle wujek Tadeusz zmrużył oczy i rzekł:
“Tą drogą, dziewczyny, kiedyś przywiozłem moją Hanię. Dawno, z pięćdziesiąt lat temu. Można powiedzieć, że ją… porwałem.”
“Porwał pan?” – zdziwiła się Basia. – “Niech pan opowie!”
“To ta pani Hania, co nas żegnała?” – dodała Kasia.
“Ona, moja Hanka” – potwierdził, a jego oczy rozbłysły. – “Wtedy była młodziutka, jak wy.”
Kasia i Basia zamarły, by nie uronić ani słowa.
“Dawne to dzieje” – zaczął wujek Tadeusz. – “Pojechałem do tej wsi, gdzie was teraz wiozę. Ojciec wysłał mnie w sprawach do stryja Józka. Miałem dwadzieścia pięć lat, nieżonaty, szukałem dziewczyny, co by serce rozgrzała. We wsi nie znalazłem.”
Przyjechał do stryja Józka. Ten miał syna, Kazika, równolatka Tadeusza.
“Siema, Tadzik!” – przywitał go Kazik. – “Tata w oborze, zaraz wróci. A wieczorem pójdziemy do klubu, u nas dziewczyny jak malowanie!”
W klubie rozbrzmiewała muzyka. Dziewczęta wirowały w tańcu, podbiegały do Tadeusza, ciągnęły go w wir. Ale on, złapawszy oddech, zobaczył ją – tę, która właśnie weszła. Niska, z długim, lnianym warkoczem, w białych karpiakach i zgrabnym kożuszku, zdjęła chustkę, a jej policzki płonęły od mrozu.
“Kazik, kto to?” – spytał Tadeusz, nie odrywając wzroku.
“Hanka, córka wujka Stacha, sąsiada. Dobra dziewczyna, ale ojciec to bestia. Z nim lepiej nie zadzierać” – odparł Kazik.
Tadeusz nie zwlekał – podszedł do Hanki. Tańczyli cały wieczór, śmiali się, rozmawiali. Hanka okazała się pełną energii i otwartości. Później odprowadził ją z Kazikiem do domu. Kazik zostawił ich samych pod drzwiami.
Od tamtej nocy Tadeusz zaczął jeździć do wsi coraz częściej. Hanka nie dawała mu spokoju. Ale gdy pewnego dnia wspomniał o ślubie, zobaczył jej łzy:
“Ojciec nie odda mnie do innej wsi. Mówi, że jeszcze za wcześnie, i że już ma kandydata, miejscowego. Zabrania mi się z tobą widywać.”
“Nie, Hanko, ty jesteś moja” – powiedział stanowczo. – “Czekaj, przyjadę po ciebie.”
**Pogoń w śnieżną noc**
Tadeusz zamilkł, patrząc na zaśnieżone pola, jakby znów przeżywał tamten czas. Basia nie wytrzymała:
“No i co dalej, wujku?”
“A dalej – odmowa” – westchnął. – “Ojciec Hanki, Stach, pokazał mi drzwi. PowPowiedział, że córka nigdzie nie pojedzie, ale ja wiedziałem, że Hanka mnie kocha, więc wróciłem po nią w środku nocy, zabrałem ją saniami, a jej ojciec w końcu nas pobłogosławił i do dziś żyjemy razem.



