Skomplikowane szczęście

Skomplikowane szczęście

Co znaczy, że się rozwodzimy? Darek, żartujesz sobie?

Małgorzata patrzyła na męża jak na kosmitę. Rozwód? Po prawie dwudziestu pięciu latach razem! Za dwa tygodnie mieli świętować rocznicę albo już nie? Myśli plątały się jak makaron. Jak teraz z kolacją, gośćmi? Zaproszenia już rozesłane Rodzina przyjedzie. Przyjaciele wydzwaniają, pytają co kupić A Irenka, jej najlepsza przyjaciółka, już nawet prezent przysłała. Szkoda, że nie przyjedzie, ale w szóstym miesiącu ciąży na samolot się przecież nie pcha. Niech siedzi w domu. Spotkają się jeszcze, poświętują drugi raz. Irenka w ogóle odegrała kluczową rolę w powstaniu ich związku. To ona właśnie poznała Małgosię z Darkiem, swoim kolegą ze studiów. A potem na weselu najgłośniej wrzeszczała: Gorzko!, chowając się za bukietem, który Małgosia nie rzucała w tłum, tylko po prostu wręczyła przyjaciółce.

No, nie rozumiem, co twój Kuba jeszcze wymyśla? Taką dziewczynę przepuści?
Gdzie on pójdzie? Irenka poprawiała Małgosi fryzurę. Wszystko w swoim czasie, Gosiu. Chłop niedojrzały po co mi taki? W najlepszym razie rozwód za dwa lata. I potem walka o podział majątku, dzieci, gości, bo akurat wszyscy mnie wtedy będą uwielbiać? Dzięki, postoję! Już lepiej poczekam na swój sezon.
Dwa lata? Ty to masz rozmach! Małgosia śmiała się do łez, widząc, jak przyjaciółka walczy o swój makijaż z miną wojowniczki.

Na pół gwizdka to ja nie umiem żyć. Jak już robić to całość!
A dzieci, Irenka? Od razu cały komplet?
No jasne! Najlepiej bliźniaki. Jedno męczenie, a potem święty spokój. Mam szansę u mnie w rodzinie i u Kuby też był precedent.
Komplet, wiadomo, potem trzeba wychować.

Dwójkę łatwiej niż jedno konkurencja, towarzystwo do zabawy i tytuł Matki Roku. Mało?
Nie przesadzaj! Małgosia śmiała się, a w duchu była pewna, że Irenka zawsze dostaje to, czego chce.

No i miała rację. Los uznał jednak, że lepiej ją rozśmieszyć zamiast bliźniaków, dał trojaczki. Pewnie z góry śmiali się, widząc, jak sobie poradzi.

Poradziła sobie znakomicie, trzeba przyznać. Rodzina Kuby ją kupiła z miejsca. Nie kłaniała się nikomu, mówiła rzeczowo, ale rękę do pomocy miała nieodzowną głównie polegała na tym, że umiała doskonale zorganizować męża. A że Kuba nie rwał się do roli zbawcy świata, Irenka potrafiła mu przemówić do rozsądku:

Zostaw teraz, to jak będziesz potrzebował pomocy, wystawią ci wała pod nos. Chcesz ziemniaczki z grzybami na kolację? To jedź do mamy, zmontuj jej szafę. Tobie zajmie dwie godziny, a dla niej będzie frajda.

Efekt? Jak Irenka potrzebowała wsparcia przy dzieciach dwie babcie i jeden dziadek do dyspozycji całą dobę. Mogła więc po ciężkim porodzie zaraz rzucić się do nauki na uniwerku.

Ty zwariowałaś, Irena! Kiedy ty niby na to czas znajdujesz?! Małgosia aż się zmartwiła.

Zastanów się, kto śmiałby wystawić trójdzieciowej matce pałę? I mózg mi się nie wyłącza, a po urlopie wychowawczym mam papiery i doświadczenie ekonomistka i prawniczka w jednym. Lepsze to, niż siedzieć bezczynnie!

Dyplom zdobyła, a potem znalazła niezłą robotę, przekonując szefową, że jej pensja spokojnie wystarczy na opiekunkę.

Ale przecież ci się ledwo zepnie!
Na razie nie potrzebuję opiekunki, babcie ogarniają, ale nie muszą tego wiedzieć lepiej, żeby się nie martwiła. A doświadczenie się przyda. Siedzę na minimalnej, ale potem sama dyktuję warunki!

Małgosia patrzyła na przyjaciółkę jak na żywy dynamit. Jak ona to robi, że się nie rozłazi w szwach? Sama od dziecka wchodziła w życiowe dylematy jak śliwka w kompot. Nawet pończochy w przedszkolu musiała wybierać pół godziny.

Przynajmniej masz pewność, że jak już coś zdecydujesz, to na sto procent. Ja wiecznie miotam się jak śledź w miednicy! Ty, Gosiu, to klasyczny konserwatysta. Takich świat potrzebuje.

Konserwatyzm! Ano, docenił go aż się rozwiódł! Lodowata ironia. Przecież jakoś szło Brak dzieci zawsze wisiąc nad związkiem, ale pogodziła się z tym przed laty, uznając, że skoro nie ma to już nie będzie. Próbowała być wolontariuszką w domu dziecka, ale wiedziała, że nie umiałaby pokochać cudzego dziecka tak, by zostać jego matką. Brakowało jej czegoś. Sama nie wiedziała czego.

Jeszcze nie spotkała pani swojego dziecka dyrektorka ośrodka, pani Barbara, patrzyła na nią uważnie, gdy razem obchodzili choinkę z dzieciarnią. Małgosia wbijała wzrok w maluchy z taką rozpaczą, że i doświadczonej pani Basi zrobiło się jej szkoda. Kiedy pani spotka zniknie. Problemy, trudności nie będą się liczyć.
A jak nie spotkam? Może ja po prostu nie jestem na to gotowa… Małgosia bez entuzjazmu rozstawiała upominki na stołach. Może nie każdy jest stworzony do bycia matką?

Może i nie. Lepiej to wiedzieć zawczasu niż zrobić krzywdę i sobie, i dziecku. Widziała pani Maćka? Dwa razy wrócił do domu dziecka.
Dramat! Jak to? Małgosia była w szoku.
Pierwsza rodzina wzięła go jako sierotę, ale potem urodziło się im własne dziecko i Maciek stracił miejsce. Druga za dużo na głowie, za mało uczuć dla czwartego.
To przerażające szepnęła Małgosia.
I przysięgam: lepiej było dla niego, gdyby wcale nie był adoptowany. Dziś mały, zrezygnowany staruszek, nie wierzy w nikogo. Żeby go pokochać, trzeba posiadać miłość na całą planetę.

Wtedy Małgosia niemal pobiegła składać papiery na adopcję, ale opamiętała się po telefonie od Ireny:
Na pewno dasz radę? A jeśli jednak nie? Gosiu, pomyśl dziesięć razy. Nie rób tego z litości. To dziecko, nie pies. Chcesz? Przyślę ci jedno swoje na próbę, zobaczysz jak to jest i zdecydujesz

Małgosia odmówiła. Do domu dziecka już potem nie pojechała, ale Maćka nie potrafiła wyrzucić z głowy. Stał się dla niej niewidzialnym drogowskazem: żyj tak, żeby nikogo nie skrzywdzić.

Objęła się ramionami. Zimno A przecież tylko jesień, kaloryfery grzeją! Co robić? Może pomóc Darkowi się spakować? Co zabrać? Ciepłe rzeczy też? W Polsce lato krótkie, zima długa To nie to samo co u mamy w Krakowie, tam człowiek nie wie, co to mróz! Wszystko by oddała teraz, żeby móc znowu z nią pojechać w góry Ale mamy już nie ma. Darka też zaraz nie będzie.

A ta cała wolność? Phi! Po co jej wolność? Chce tylko męża. Znowu śniadania przy kawie i rozmowy wieczorami. Spontaniczne wypady za miasto czy do teatru. U nich nigdy nic nie było zaplanowane co najlepsze, było nagłe, dzikie i nieuporządkowane. Darek potrafił zadzwonić:
Gosiu, co robisz?
Zakręcona jestem! Mam dwa spotkania, potem bank.
Daj spokój! Rzuć wszystko, jedźmy gdzieś się przejść!

I Małgosia rzucała wszystko, a godzinę później kroczyli milcząc przez las. I było dobrze…

Teraz “dobrze” zostało tylko w przeszłości. Jej przeszłości. Darek będzie miał swoje przyszłe z nową wybranką i dzieckiem Dziecko! Czy o to chodzi? A może ich małżeństwo od początku było pomyłką? Tego Małgosia nie umiała przełknąć. Przecież była kobietą! A nie wybranką, która nawet przez ćwierć wieku nie potrafiła uszczęśliwić jednego faceta na tyle, by nie wpadł mu do głowy rozwód…

Stała przy kuchennym oknie, przyciskając kolana do gorącego grzejnika, próbując zmusić się do działania. Słyszała, jak Darek krząta się, trzaska szufladami. Trzęsła się cała, aż doniczka z jedyną w domu rośliną zaczęła zjeżdżać po parapecie. Kiedy wreszcie trzasnęły drzwi, opuściła dłonie na parapet i tak ścisnęła palce, jakby chciała połamać wszystko dookoła. Potem prostując się, zrzuciła doniczkę na podłogę i wrzasnęła.

Nie pomogło. Czarny jak smoła ziemio-gruz rozrzucony po kuchni jakby ją otrzeźwił. Tak, wszystko czarne. Nic jasnego nie będzie i nie może być bo światło wyszło razem z Darkiem i zostawił ją samą, w totalnej ciemności

Oprócz jednego.

Oderwała się w końcu od grzejnika, przeszła przez odłamki do sypialni i chwyciła telefon.

Irkaaa
To nawet nie był płacz To był wycieńczony zwierzęcy skowyt. Ale Irenie nie musiała nic tłumaczyć.
Darek odszedł?
Taaa
No to jutro u ciebie.
Oszalałaś?! Nie! Ja nie chcę, Irka, przysięgam, nie wybaczyłabym sobie, gdyby coś się tobie czy dziecku stało! Małgosia urwała, coś zaczynając rozumieć. Ty wiedziałaś?!
Przeczuwałam. Kiedy ostatni raz byliście, Darek nie patrzył mi w oczy. Ale wtedy nie wiedziałam, dlaczego. Gosi, wszystko na dobre wyjdzie!
Co na dobre? Nie mam już nic! Całe życie do szamba Co ja mam robić?!
Kup sobie sukienkę!
Co?? Małgosia oniemiała.
Tak, kup sukienkę. Tę, na którą żal ci było pieniędzy. W tej chwili idź i kup! Potem mi pokażesz. Nie siedź w domu! Kup sukienkę, potem wsiadaj w pociąg czy samolot i przyjeżdżaj. W góry pójdziemy, przewietrzymy głowy.
Irka, przecież będziesz zaraz rodzić! Gdzie w góry?!
Co z tego? My nie pod namiot! Hotel z łazienką obok i tyle. Fedek ma treningi, dziewczyny wyjechały wykorzystajmy moment! Za pół godziny dajesz mi numer pociągu! Nie denerwuj ciężarnej kobiety!

Irenka się rozłączyła, a Małgosia patrzyła na telefon jakby to była broń jądrowa. Co teraz?

Wstała i podeszła do lustra. Oto ona. Każdy rok na twarzy. Już nie dziewczyna. Ale i nie staruszka. Jeszcze nie czas na emeryturę! Jeśli Darek liczy, że zwinie się w kłębek niech czeka! Irenka ma rację. Czas wstać.

Rozesłała SMS-y, odwołując zaplanowane imprezy. Szybki telefon do knajpy. Uff, zrobione.

Czas brać się za sprzątanie. O miotle zapomniała, że ma dwa odkurzacze! Usiadła na podłodze i solidnie wyczyściła całą kuchnię. Potem poszła po sukienkę. Ta czerwona, wystrzałowa ukochana. Zawsze wybierała stonowane rzeczy, kolory nie rzucają się w oczy, żeby tylko nie zwracać uwagi. Irka była odwrotnością kochała bycie w centrum uwagi. Teraz Małgosi też tego zachciało się spróbować. Może jeszcze nie jest za stara na czerwony jedwab?

Nie zobaczyła w lustrze złamanej kobiety. Zmęczoną na pewno. Ale nie przegraną. Jest w niej jeszcze energia, której nikt już nie odbierze.

Podróż wypadła z przesiadką, ale dobrze lepiej mieć czym się zająć.

Wypad z Irenką w góry magiczny. Wędrowały, czasem milcząc, czasem gadając bez końca, doganiając słowa sprzed wszystkich lat. Małgosia czuła, jak zaczyna puszczać napięcie. Przyjaciółka umiała rzucać takie argumenty, że to, co wydawało się sprawą życia i śmierci dzień wcześniej przestawało mieć znaczenie.

Wracaj. Co ci tam samej po biznesie? U nas w mieście też pełno dzieci, żłobków, klubów, można otwierać ile wlezie. Tata twój przecież chory, chciałaś go wziąć na swoje. Przemyśl tu masz wszystko, tam już niewiele.

Myślała. I podjęła decyzję.

Rozwód, sprzedaż mieszkania i auta, załatwianie formalności związanych z biznesem, na który wydała fortunę. Zamknęła ten etap, zachowując wspomnienia i doświadczenia. Z trudem spotkała się z Darkiem, by dopełnić formalności, po czym usunęła go z kontaktów i nakazała sobie: koniec!

Kraków przywitał ją jabłoniowym kwieciem typowa wiosna. Od razu lżej się oddychało. Z ojcem nie zamieszkała, kupiła mieszkanie niedaleko. Kobieta, na którą się natknęła w drzwiach, okazała się nową miłością jej taty. Lucyna była ciepła i życzliwa, od razu Małgosia ją polubiła. Za ojca się tylko ucieszyła rodzice bardzo się kochali, ale nie sądziła, że po śmierci mamy będzie do końca życia cierpieć w samotności.

A pan Adam jeszcze całkiem na chodzie, nie, Małgosiu? Lucyna patrzyła na jej ojca z takim zachwytem, że tylko głupi by się nie domyślił miłość! I w takim wieku można kogoś spotkać No to może i ona kiedyś jeszcze…

Minął rok. Dwa kluby dziecięce otwarte w nowych dzielnicach pracowały na pełnych obrotach codziennie brakowało rąk do pracy i czasu na smuty. Styl, fryzurę, nawet psa wszystko zmieniła. Troska jednak czasem wracała. Wieczorami siedziała po ciemku w kuchni z zimną herbatą i marzyła, żeby Darek przyszedł, zrobił ciepłą herbatę i spytał:
Co jest, Gosi? Źle? Opowiedz mi wszystko.

Wiedziała, że trzeba zamknąć przeszłość, ale nie umiała. Darek nie chciał odejść ze wspomnień.

Zaległości podatkowe po sprzedaży firmy ucieszyły ją lekko, bo trzeba było jechać, załatwiać sprawy osobiście obowiązek daje energię!

Poszło szybko. Miała jeszcze dzień wolny do odlotu. Spacerowała po dawnych kątach, poszła nawet zobaczyć stary dom i jedną salę klubu dziecięcego. Przystanęła przy oknie dzieci rysowały, a nauczyciel ryczał jak niedźwiedź, dzieci śmiały się do rozpuku. Super! Najważniejsze, żeby ciekawie, z pomysłem to jest dzieciństwo.

Pokręciła się jeszcze chwilę po okolicy. Po krótkim wahaniu wlazła do starego parku, gdzie chodzili w weekendy. Zobaczyła mężczyznę na ławce przy fontannie z wózkiem. I nagle ją tknęło To Darek. Przysiadła z boku. On wyglądał na bardzo przybitego; szpakowaty, przygarbiony.

Nie mogła tego znieść znała go zbyt dobrze, żeby się odsunąć w najgorszym momencie.

Darek

Znów uciekł wzrokiem, jakby bał się spojrzeć w oczy.
Cześć, Gosiu.
Usiadła obok i zapytała, jakby to miało jakikolwiek sens.
I jak tam?
Najbardziej bezsensowne pytanie w historii. Ale została, patrząc jak Darek kiwa wózkiem i w końcu podnosi na nią wzrok.
Źle. Bardzo źle, Gosiu.
A dlaczego?
Bo jestem sam. Bo wszystko straciłem. Przez głupotę.
Co ty wygadujesz… Masz wszystko, co najlepsze spojrzała na wózek.
Chłopiec czy dziewczynka?
Córka. Ewa.
Młoda żona, dziecko czego trzeba więcej?
Żony już nie ma. Mila zmarła przy porodzie.

Małgosia zacisnęła dłoń na ławeczce. Dziwnie, ale zamiast złości poczuła tylko żal do młodej dziewczyny, która za szybko chciała sobie ułożyć życie. Darek nigdy nie pił, tamtego dnia też nikt nie wie, jak to się stało. Efekt tej przypadkowości spał teraz w wózku

Milczeli długo, potem zaczęli mówić naraz, przekrzykując się, próbując nadrobić dwa lata bólu. Mała Ewa obudziła się, a wieczór napełnił się światłem latarni i śmiechem dzieci

Małgosia podeszła do wózka, przyjrzała się małemu obliczu i nagle gdzieś głęboko poczuła: tak, tego się nie da wyjaśnić, to się czuje.

Pół roku później pani Barbara zaprosiła Małgosię do gabinetu i przyprowadziła ciemnowłosego chłopca.
Maciek, wiesz po co tu jestem?
Po mnie.
Chcesz ze mną mieszkać?
Nie wiem. I tak mnie pani odda.
Czemu?
Wszyscy mnie oddają.

Ja nie wszyscy. Wiesz, dlaczego?
Nie.
Bo wiem, co to znaczy stracić wszystko. Nikt ci serca nie złamie, jeśli ja będę twoją mamą.
Czym jest mama?
To ktoś, kto nigdy cię nie skrzywdzi.
Pani mnie żałuje?
Popatrzyła na niego uważnie.
Nie. Nie chodzi o litość chcę cię kochać. Chcę, żebyś był szczęśliwy. A Ewa będzie miała starszego brata. Pomożesz mi?
Chłopak długo patrzył w milczeniu, w końcu dotknął czerwonej sukienki.
Fajna powiedział nieśmiało.
Bardzo. Kupiłam ją, gdy było mi źle. Od tej pory to mój ulubiony kolor.

Chcę spróbować.
Maćku, my nie będziemy próbować. My to po prostu zrobimy. Będziemy rodziną jeśli pozwolisz. Pomożesz mi?
Skinął głową. I Małgosia w końcu odetchnęła.

A dwa lata później, cała banda sapiących pod górę Małgosia, Darek, Ewa i Maciek szła w górach, rozrabiając jak w przedszkolu.
Ewa! Tam za drzewem są wilki!
Nieee!
I niedźwiedzie! Wielkie i głodne.
Bo ich mama nie gotuje kaszy!
Nasza mama umie kaszę.
To niech da niedźwiedziom!
Mamo, Ewa mówi, że trzeba misiom kaszy ugotować!
Z kluskami? Małgosia lekko dyszała, doganiając dzieci.
Nie! Oni nie lubią z grudkami!
Ot, sprytna! śmiała się Małgosia. To tylko ty nie lubisz. Misie by się ucieszyły!
Oddaj moją porcję jutro!
A miód?
Tego już nie oddam! zaśmiała się Małgosia. A ty co, Ewa, będziesz cały czas na rękach?
Na rączkach najlepiej!
To idź do taty! przekazała córkę Darkowi, pogłaskała Maćka po głowie. Maćku, co z tymi niedźwiedziami?
Mamo, na razie nie chcę do domu. Jak Ewa zacznie dokarmiać zwierzaki, to już się z hotelu nie ruszymy. Niech lepiej pochodzą głodne!
Małgosia zaśmiała się i spojrzała na całą swoją ekipę.
Ewa, nakarmimy misie później, a ja się nauczę robić kaszę jak należy.
Okej! zgodziła się Ewa z radosną lekkością dziecka.

Maciek puścił do niej oczko.
Oj, mamo!
Oj, synku! odpowiedziała Małgosia. Oczka na siostrze nie spuszczaj! Bo zaraz nie tylko misie nakarmimy jeszcze jakiegoś yeti przygarniemy. A potem cała szajka do domu! Przecież ich też trzeba pokochać!

Nad polaną wybuchł głośny śmiech, echo poturlało się w dal, a dzień dopiero się zaczynał jasny, pełen słońca i nadziei.

Rate article
Fajna Tajna
Skomplikowane szczęście