*Dziennik osobisty*
Przyjechałem do wsi do dziadka Franciszka, żeby odetchnąć świeżym powietrzem i uciec od miejskiego zgiełku. Tym razem jednak miałem w bagażu nie tylko ubrania, ale też prawdziwy wykrywacz metali. Dziadek od progu obserwował mnie kręcącego się z tą dziwną maszynerią, aż w końcu nie wytrzymał:
— Co ty tam kombinujesz, Wojtku? Wędkę na ryby zabrałeś?
— Dziadek, to nie wędka. To prawie profesjonalny wykrywacz. W internecie czytałem, że podobno u was przed laty zakopano złoto. Chcę spróbować je znaleźć.
Staruszek uśmiechnął się pod nosem, zamyślił się i powoli wskazał w stronę pola za ogrodem:
— Legendę tę słyszałem jeszcze od mojego ojca… I wiesz, chyba nawet wiem, gdzie to złoto może być. Szkoda tylko, że teraz stoi tam dom.
Podskoczyłem z ekscytacji:
— To może uda się ich przekonać, żeby mnie tam wpuścili?
Dziadek wzruszył ramionami i mrugnął porozumiewawczo:
— Może. Tylko wątpię, żeby pozwolili ci kopać. Nawet jeśli coś znajdziesz – wszystko zgodnie z prawem będzie należeć do nich. Dom to ich. Ale jeśli naprawdę chcesz spróbować… możemy pójść inną drogą.
Zmarszczyłem brwi:
— Jak to „inną drogą”?
— W tym domu niedawno przyjechała do rodziców dziewczyna, ich córka. Mądra, dobra… I skromna, nie rozpuszczona. Oto twój prawdziwy skarb.
— Dziadek, znowu swoje! Nie przyjechałem tu za dziewczynami, tylko za skarbem.
— A kto mówi, że nie za skarbem? — roześmiał się dziadek. — Tylko pamiętaj, że każdy ma swój skarb. Jeśli się z nią zaprzyjaźnisz i opowiesz jej o swoim pomyśle, może uda się namówić rodziców, żeby pozwolili ci poszukać. A jak coś znajdziesz, to może i podzielą się z tobą.
Zawahałem się, ale iskra w oczach nie zgasła:
— A ty jesteś pewien, że ten skarb tam jest?
— Pewien jak tego, że żyję. Ojciec mi kiedyś opowiadał, że sto lat temu, gdy rewolucja szalała, jakiś urzędnik uciekając, zakopał złoto. Szukali go wtedy, pół wsi przewrócili do góry nogami – i nic. Potem postawili dom… i ślad zaginął.
— I ty całe życie o tym wiedziałeś, a nie szukałeś?
— A jak miałem szukać? Łopatą wszystko przekopać? Nie miałem takiego urządzenia jak ty. A teraz… przyjechałeś.
— No dobrze. Ale jak mam zagadać do tej dziewczyny?
— To już nie do mnie, tylko do losu. Chodź, przejdźmy się tak, jakbyśmy przypadkiem obok szli. Ja zacznę rozmowę o mszycach – patrz, jabłonie obgryzione. A ty się przedstaw, zagadaj. No, bądź mężczyzną!
Jeszcze się trochę wahałem, ale w końcu się zgodziłem. Po dziesięciu minutach staliśmy już przy furtce starego domu. Dziadek wdał się w pogawędkę z gospodarzem, a ja spotkałem wzrok dziewczyny, która wyszła przed dom. *Kinga*. Ciemne włosy, brązowe oczy i lekki, szczery uśmiech. Zapomniałem, po co tu przyszedłem.
Rozmawialiśmy. Później poszliśmy nad jezioro, a potem zaprosiła mnie, żebym pomógł jej rozłożyć nową osłonę na winorośl. Wykrywacz metali leżał w pudełku nietknięty. Każdego wieczoru wracałem do dziadka tylko po to, żeby się przespać. Nie mówiłem ani o złocie, ani o urządzeniu. Skarby przestały mieć znaczenie.
Po tygodniu szykowałem się do wyjazdu. Dziadek siedział na ławce, pykając fajkę, i uśmiechał się pod wąsem:
— No i co, znalazłeś swój skarb?
Spojrzałem w niebo, gdzie gęstniał zmierzch, i uśmiechnąłem się:
— Znalazłem, dziadku. Tylko nie ten, którego szukałem.
— A nie mówiłem… Prawdziwe złoto nie leży w ziemi. Jest w ludziach.
I wykrywacz został na wsi – w szopie, pod kocem. A Kinga – w moim sercu.



