SERCE ZNOWU BIJE
Kinga urodziła swoją Weronikę nie wiadomo od kogo. Tak się „poślizgnęła” przed ślubem.
Tak, owszem, jeden młody człowiek intensywnie się nią interesował. Prawda, o małżeństwie nie wspominał. Ale był olśniewająco przystojny i uprzejmy. Kinga prowadzała go pod rękę z dumą, mijając babcie „słoneczniki” siedzące przed blokiem. Te emerytki zawsze – niczym słoneczniki za słońcem – odwracały głowy za każdym przechodzącym.
Młody człowiek nigdzie nie pracował. Wolał fruwać przez życie jak motyl. Kinga go karmiła, poiła, układała spać obok siebie. Gotowa była ścielić się kolorowym dywanikiem na jego drodze.
Ale pewnego pięknego dnia adorator oznajmił, że z Kingą jest mu strasznie nudno, że nie docenia go jako mężczyzny. I w ogóle, mogłaby go choć raz zabrać nad morze, jeśli go kocha…
Kinga wypłakała cały tydzień. Potem podarła zdjęcia „niedokochanego” i spaliła. Przez miesiąc cierpiała w samotności. Aż poznała Jacka.
…Pewnego ranka Kinga spieszyła się do pracy. Nerwowo stała na przystanku autobusowym. Nagle obok zatrzymało się taksówka. Kierowca otworzył drzwi i zaproponował podwiezienie. Kinga bez namysłu wsiadła.
W drodze kierowca zagaił rozmowę. Kinga od razu oceniła mężczyznę. Był w średnim wieku, zadbany, ogolony, uczesany, w wyprasowanej koszuli. Urzekła ją także jego galanteria. Cały jego wygląd zdradzał troskliwą kobiecą rękę. Kinga uznała, że to zapewne ręka matki.
Jacek – tak się przedstawił – był całkowitym przeciwieństwem poprzedniego wybranka. Kinga bez wahania zostawiła mu swój numer telefonu. Chciała kontynuować znajomość. To był jedyny raz, kiedy przejechała się taksówką za darmo.
…Zaczęli się spotykać. Jacek obsypywał ją kwiatami, dawał prezenty, kochał czule.
Pewnej wiosny Kinga i Jacek spacerowali po lesie. Czuła radość i lekkość. Kinga zbierała zawilce. Widząc zapał dziewczyny, Jacek dołączył do zbierania. „Plon” był gotowy. Kinga ze swoim bukiecikiem usiadła w aucie.
Jacek wsiadł za kierownicę, a swój wielki bukiet starannie położył na tylnym siedzeniu. Kinga od razu pomyślała: „Dla żony”. Nie odważyła się zapytać. A jeśli okaże się żonaty? W ciągu pół roku zdążyła przywyknąć do uprzejmego Jacka. Wybrała słodkie oszukiwanie siebie. Milczała…
Ale wkrótce do Kingi przyszła żona Jacka. Przyprowadziła dwoje małych dzieci i oświadczyła:
– Proszę, kochanie, zajmij się nimi! Tak bardzo kochają tatusia!
Kinga, zaskoczona, ledwo wyjąkała:
– Przepraszam, nie wiedziałam, że Jacek ma rodzinę. Nie chcę jej burzyć. Nie będę wić gniazda pod cudzym dachem.
Tego samego wieczoru dała „żonatemu” kosza.
…Następnym wybrankiem okazał się Dawid. Był Żydem. Ich romans był krótki i burzliwy. Wdarł się w życie Kingi jak huragan i nagle zniknął.
Poznała go na urodzinach przyjaciółki. Dawid od razu „wziął w obroty” spokojną i miłą dziewczynę. Kinga nie opierała się urokowi charyzmatycznego mężczyzny.
Dawid zdobył ją hojnością, optymizmem i szerokością duszy. Z nim nie było czasu na nudę czy smutek. Zawsze miał w zanadrzu tysiąc pomysłów. Wydawało się, że nigdy nie ma problemów. Kinga była gotowa biec za nim na koniec świata. Ale niestety…
Rok nosił ją na rękach. Potem wyjechał do Izraela. Nie zadomowił się w Polsce. Może klimat mu nie pasował, a może chora matka go wezwała…
Kinga poczuła się porzucona i niepotrzebna. „Dość już cierpienia. Będę żyła sama, ale bez łez”.
I właśnie gdy pogodziła się z losem samotnej kobiety, okazało się, że pod jej sercem rośnie nowe życie. Kinga oniemiała! Po pierwsze – kto jest ojcem? Po drugie – jak żyć dalej? Po trzecie – jak nie oszaleć?
…Urodziła się dziewczynka. Kinga nazwała ją Zuzanną. Zuzia stała się sensem jej życia. Dziewczynka była podobna do Dawida – te same czarne loki, oczy i uśmiech. To jakoś cieszyło Kingę. Może dlatego, że kochała go jak nikogo innego. Patrząc na Zuzię, wspominała beztroskie dni z Dawidem.
Owszem, czasem chciało się wyć z bezsilności i zazdrości do zamężnych przyjaciółek. Ale wychowanie córki zajmowało cały czas. Nie było chwili na płacz.
…Pierwszego września Zuzia poszła do szkoły.
W ławce posadzono ją z chłopcem – Bartkiem. Dziewczynce od razu się nie spodobał. Bartek nazwał ją „kędzierzawą głuptasią”.
Dzieci nie znosiły się na zabój. Nauczycielka musiała ich rozdzielić. Ale i tak bili się na przerwach.
Kinga przyszła do szkoły, by dowiedzieć się, dlaczego Zuzia wraca podrapana.
Nauczycielka, czując się winna, od razu podała adres Bartka. Niech rodzice sami to wyjaśniają.
Kinga, nie namyślając się długo, ruszyła bronić córki. Zapukała pod wskazany adres.
…Drzwi otworzył przystojny mężczyzna. Wycierał ręce w ręcznik wiszący na szyi.
– Do mnie? Proszę wejść. Zapraszam na kawę. Tylko nakarmię tego urwisa. – Zniknął w kuchni.
Kinga zdjęła buty i weszła do małego pokoju. Od razu widać było brak kobiecej ręki – kurz, porozrzucane rzeczy, zapach papierosów.
„No tak…” – pomyślała.
Wrócił z tacą i dwiema filiżankami aromatycznej kawy.
(Ten zapach Kinga zapamięta na całe życie.)
– Czym zawdzięczam wizytę tak pięknej kobiety? – zapytał.
– Jestem mamą Zuzi – zaczęła Kinga.
– Aaa… już wiem. Mój Bartek zakochany jest w pani córce – uśmiechnął się.
– Dlatego Zuzia jest poobijana? – zaatakowała Kinga.
– Hm… Nie rozumiem? – szczerze zdziwił się ojciec.
– Proszę porozmawiać z synem. Dziękuję za kawę. – Kinga wstała.
– Rozmówię się. Spokojnie – uspokajał.
„Urwis” cicho siedział”Urwis” cicho siedział w kuchni, obserwując przez drzwi, jak jego ojciec żegna się z Kingą – nieświadomy, że ta krótka rozmowa zmieni życie ich wszystkich na zawsze.



