**SERCE ZNOWU BIJE**
Kasia urodziła swoją Maję nie wiadomo od kogo. Jak to mówią – „pośliznęła się” przed ślubem.
Tak, Kasią bardzo interesował się jeden przystojniak. Co prawda, nie proponował małżeństwa, ale był olśniewająco przystojny i uprzejmy.
Kasia brała go pod rękę i dumnie prowadziła obok babć-słoneczników siedzących pod blokiem. Te emerytki zawsze, niczym słoneczniki za słońcem, obracały głowy za każdym przechodzącym.
Młody człowiek nigdzie nie pracował. Wolał fruwać przez życie jak motyl. Kasia go karmiła, poiła i układała spać obok siebie. Była gotowa rozłożyć się jak kolorowy dywanik na jego drodze.
Ale pewnego pięknego dnia adorator oświadczył, że jest z nią potwornie znudzony, że Kasia nie docenia go jako mężczyzny. No i w ogóle, mogłaby go chociaż raz zabrać nad morze, jeśli go kocha…
Kasia płakała tydzień. Potem podarła zdjęcia „niedokochanego” i spaliła je. Przez miesiąc cierpiała w samotności. Aż poznała Darka.
Pewnego ranka Kasia spóźniała się do pracy. Nerwowo stała na przystanku autobusowym, gdy nagle zatrzymała się taksówka. Kierowca otworzył drzwi i zaproponował podwiezienie. Kasia, bez zastanowienia, wsiadła.
Po drodze kierowca zagadał. Kasia od razu oceniła mężczyznę – średniego wieku, zadbany, ogolony, uczesany, wyprasowany. Zachwyciła ją też jego galanteria. Cały jego wygląd zdradzał troskliwą kobiecą rękę. Kasia uznała, że to na pewno ręka jego mamy.
Darek (tak się przedstawił) był zupełnym przeciwieństwem poprzedniego wybranka. Kasia bez wahania zostawiła mu swój numer. Chciała kontynuować znajomość. To był jedyny raz, gdy przejechała się taksówką za darmo.
Zaczęli się spotykać. Darek obsypywał Kasię kwiatami, dawał prezenty, kochał ją czule.
Pewnej wiosny spacerowali po lesie. Kasia zbierała przebiśniegi. Widząc jej zapał, Darek też się przyłączył. „Zbiory” były gotowe. Kasia usiadła w aucie z bukiecikiem, a Darek położył swój większy bukiet na tylnym siedzeniu. Kasi od razu przyszło do głowy: „Dla żony”. Nie pytała. A jeśli jest żonaty? Przyzwyczaiła się już do uprzejmego Darka. Wybrała słodkie oszukiwanie siebie. Milczała…
Ale wkrótce do Kasi przyszła żona Darka. Przyprowadziła dwoje małych dzieci i powiedziała:
– Proszę, kochanie, zajmij się nimi! One bardzo kochają tatę!
Kasia, oszołomiona, tylko wyjęczała:
– Przepraszam, nie wiedziałam, że Darek jest żonaty. Nie chcę burzyć waszej rodziny. Nie będę wić gniazda pod cudzym progiem.
Tego wieczoru pożegnała „żonatego”.
Następnym ukochanym okazał się Giorgi. Był Gruzinem. Ich romans był krótki – jak huragan wdarł się w życie Kasi i równie szybko zniknął.
Poznali się na urodzinach przyjaciółki. Giorgi od razu „wziął w obroty” spokojną Kasię. Ona nie opierała się, uległa jego charyzmie.
Podobało jej się jego szlachetne serce, hojność i optymizm. Z nim nie miała czasu na nudę czy smutek. Giorgi zawsze miał jakieś plany. Wydawało się, że nie zna problemów. Kasia była gotowa biec za nim na koniec świata. Ale niestety…
Miesiącami nosił ją na rękach, aż wyjechał do Gruzji. Nie przyzwyczaił się do Polski – może klimat nie ten, może chora matka go wołała…
Kasia poczuła się porzucona i niepotrzebna. Stwierdziła, że ma dość cierpienia. „Będę żyć sama. Przynajmniej bez łez”.
Gdy pogodziła się z losem samotnej kobiety, okazało się, że pod jej sercem wciąż tli się życie. Kasia osłupiała! Po pierwsze – kto jest ojcem? Po drugie – jak żyć dalej? Po trzecie – jak nie oszaleć?
Urodziła dziewczynkę. Dała jej na imię Weronika. Weronika stała się sensem życia Kasi. Dziewczynka była podobna do Giorgiego – te same loczki, ciemne oczy i uśmiech, który przyciągał. To jakoś cieszyło Kasię. Może dlatego, że kochała go jak nikogo innego. Patrząc na Maję, wspominała beztroskie dni z Giorgim.
Czasem chciało się wyć z bezsilności, z zazdrości o zamężne koleżanki. Ale wychowanie Maji zabierało cały czas. Nie było kiedy płakać.
Pierwszego września Weronika poszła do szkoły. W ławce posadzono ją z chłopcem, Kubą. Majka od razu go nie zniosła, a Kuba nazwał ją „kędzierzawą głuptaską”.
Dzieci nie cierpiały się. Nauczycielka musiała ich rozdzielić, ale i tak bili się na przerwach.
Kasia poszła do szkoły, by spytać, dlaczego jej córka wraca podrapana.
Nauczycielka, czując się winna, dała adres Kuby. „Niech pani sama rozmówi się z jego rodzicami”.
Kasia, bez wahania, poszła bronić Majki. Zapukała pod wskazany adres.
Drzwi otworzył młody mężczyzna. Wycierał ręce w ręcznik zawieszony na szyi.
– Do mnie? Proszę wejść. Zaraz zaparzę kawę, tylko nakarmię tego urwisa – zniknął w kuchni.
Kasia rozzuła się i weszła do małego pokoju. Od razu było widać, że kobieta tu nie zagląda – bałagan, kurz i zapach papierosów.
„No tak…” – pomyślała.
Gospodarz wrócił z tacą i dwiema filiżankami aromatycznej kawy. (Ten zapach Kasia zapamięta na zawsze).
– Czym zawdzięczam wizytę tak pięknej pani? – zadziwił się.
– Jestem mamą Weroniki – zaczęła Kasia.
– Aaa… wszystko jasne. Mój Kuba jest zakochany w pani córce – uśmiechnął się.
– I dlatego moja Maja jest poobijana? – zaatakowała Kasia.
– Hmm… Nie rozumiem? – szczerze zdziwił się tata Kuby.
– Proszę, niech pan porozmawia z synem. Dziękuję za kawę – Kasia zbierała się do wyjścia.
– Jasne, wszystko wyjaśnię. Bez obaw – uspokajał.
„Urwis” cicho siedział w kuchni.
Kasia wróciła do domu. Tej nocy nie mogła spać. Wspominała spotkanie z ojcem Kuby. Coś ją w nim urzekło – ten domowy typ. Słowem – nie mężczyzna, a marzenie! A ta kawa… Żaden adoratorNastępnego dnia Kasia kupiła dwie filiżanki – taką samą jak u niego – i pomyślała, że może jednak warto dać losowi jeszcze jedną szansę, bo przecież serce znów zaczęło bić mocniej.



