Serce kota dudniło głucho w piersi, myśli krążyły niespokojnie, dusza bolała. Co musiało się stać, że jego pani oddała go obcym ludziom? Dlaczego go zostawiła?
Kiedy na parapetówkę kupionego z ogromnym wysiłkiem, skromnego mieszkania w bloku, podarowano mi całkiem czarnego brytyjskiego kota, przez chwilę byłem w szoku
Moje nowe gniazdko jedna ustawna kawalerka w Warszawie, na którą z trudem uzbierałem od dawna odkładane złotówki nie było jeszcze do końca urządzone. Sporo spraw zaprzątało mi myśli, a tu jeszcze kotek? Otrząsnąłem się z zaskoczenia, spojrzałem w bursztynowo-żółte oczy młodego futrzaka, westchnąłem, uśmiechnąłem się i zapytałem znajomą, która przyniosła go w kartoniku:
To kocur czy kotka?
Kocur!
Dobrze, kocur, będziesz Bazylem powiedziałem, zwracając się do kociaka.
Otworzył maleńką paszczę i cicho, z pokorą zamruczał Miau…
*****
Okazało się, że brytyjczyki to bardzo przyjazne stworzenia. Bazyl szybko zadomowił się w mojej kawalerce i od trzech lat żyliśmy sobie jak bratnie dusze. Odkryłem też, że mój kot ma wrażliwą naturę i dobre serce.
Codziennie radośnie witał mnie z pracy, grzał w nocy, oglądał ze mną seriale wtulony pod bokiem albo biegał za mną podczas sprzątania, zawsze blisko. Życie z kotem nabrało nowych barw miło wracać tam, gdzie zawsze ktoś czeka i rozumie pół słowa. Czasem śmiech, czasem melancholia, ale zawsze bliskość i ciepło.
Wydawało się żyć i cieszyć się, ale
Od jakiegoś czasu zaczęła dokuczać mi prawa strona brzucha. Początkowo zrzucałem winę na niewygodne spanie lub tłuste jedzenie, ale ból narastał. Udałem się zatem do lekarza.
Diagnoza była poważna. Cały wieczór przepłakałem w poduszkę. Bazyl, wyczuwając mój stan, cicho tulił się i próbował ukoić mnie melodyjnym mruczeniem. Nie wiadomo kiedy, przy jego dźwiękach zasnąłem. Rano, po przemyśleniu sprawy, postanowiłem nie mówić o chorobie bliskim nie chciałem litości ani niezręcznych prób pomocy.
Miałem jeszcze iskierkę nadziei, że lekarze jakoś poradzą sobie z moją przypadłością. Zaproponowano mi cykl leczenia, który mógłby poprawić sytuację.
Zacząłem martwić się o Bazylego. W głębi duszy, pogodzony z faktem, że mój los może potoczyć się źle, postanowiłem znaleźć kotu nowy dom i dobrych właścicieli. W internecie wystawiłem ogłoszenie rasowy kot oddam w dobre ręce.
Pierwsza osoba, która zadzwoniła, spytała, czemu oddaję dorosłe zwierzę. Bez większego namysłu powiedziałem, że spodziewam się dziecka, a w trakcie ciąży wyszła u mnie alergia na kocią sierść.
Po trzech dniach Bazyl w transporterze oraz z całym swoim dobytkiem wyruszył do nowych właścicieli, a ja trafiłem do szpitala
Dwa dni później zadzwoniłem, by dowiedzieć się o Bazylu. Nowi właściciele, pokornie przepraszając, wyjaśnili, że kot uciekł pierwszego wieczoru i nie udało im się go odnaleźć.
Pierwszy odruch chciałem uciec ze szpitala, ruszyć na poszukiwania. Poprosiłem nawet dyżurującą pielęgniarkę, by mnie wypuściła surowo kazała mi wracać do sali.
Moja sąsiadka z łóżka, starsza pani o dobrym sercu, zauważyła moją rozterkę i zapytała, co się stało. Zalałem się łzami i opowiedziałem jej wszystko.
Poczekaj z tym żalem, chłopcze powiedziała łagodnie jutro przyjedzie do kliniki lekarz z Krakowa, podobno świetny specjalista. Mój syn, biznesmen, załatwił mi konsultację, a ja nie chciałam zmieniać szpitala. Poproszę go, by rzucił okiem na twoje wyniki może nie jest tak źle, jak myślisz.
*****
Bazyl, wyjmując się z transportera, zrozumiał, że jest w obcym mieszkaniu. Ktoś nieznajomy wyciągnął do niego rękę, próbując pogłaskać
Kocie nerwy nie wytrzymały. Uderzył łapą, skoczył w ciemny kąt.
Paweł, nie ruszaj go na razie, niech się oswoi usłyszał Bazyl spokojny kobiecy głos, ale to nie był głos jego pana.
Serce kota dudniło głucho w piersi, myśli krążyły niespokojnie, dusza bolała. Co musiało się stać, że pan go oddał obcym? Dlaczego go zostawił?
Bursztynowe oczy przeszukiwały pokój w lęku. Bazyl zauważył otwarte okno. Skacząc przez pokój, czarny cień przemykał i wyskoczył na zewnątrz!
Na szczęście był to tylko drugi piętro, a pod oknem rozciągał się zadbany trawnik. Stąd Bazyl rozpoczął powrotną drogę do domu…
*****
Lekarski autorytet okazał się być sympatyczną kobietą po czterdziestce. Przedstawiła się jako Maria Pawłowa, przejrzała uważnie kartę leczenia, poprosiła, bym położył się na lewym boku. Długo badała, pytała o ból, prześwietliła jeszcze raz dokumentację i wykonała dodatkowe badania.
Nie spodziewałem się już niczego, wróciłem do łóżka w sali, gdzie leżała moja sąsiadka.
No jak tam, co powiedzieli? zagadnęła.
Na razie nic, przyjdą jeszcze sprawdzić wyniki.
No trudno. U mnie potwierdziła, niestety, diagnozę oznajmiła smutno.
Bardzo mi przykro i dziękuję za wszystko powiedziałem, nie bardzo wiedząc, jak pocieszyć kogoś, kto właśnie dowiedział się, że odchodzi.
Po pół godzinie Maria Pawłowa weszła z innymi lekarzami do sali.
Panie Kamilu, mam dla pana dobre wieści! Choroba jest w pełni uleczalna. Zleciłam już odpowiedni kurs leczenia, dwa tygodnie odpoczynku i będzie pan zdrowy powiedziała z uśmiechem.
Kiedy lekarze wyszli, sąsiadka szepnęła:
No i super. Cieszę się, że przed odejściem zdążyłam zrobić coś dobrego. Proszę, bądź szczęśliwy.
*****
Bazyl nie miał kompasu ani gwiazdy przewodniej. Szedł do domu, kierując się kocim instynktem. Droga przez miejskie przeszkody była pełna niebezpieczeństw i zabawnych przypadków.
Nie znał ani ulic, ani podwórek, a jeszcze wczoraj był udomowionym arystokratą. Teraz musiał się bronić omijał głośne ulice, biegł chyłkiem, skakał przez trawniki, wspinał się na drzewa, kiedy uciekał przed psami, zawsze zmierzał w stronę celu.
W jednym z cichych podwórek, zaskoczony hałasem ruchliwej drogi, spotkał starego kota z okolicy. Tamten bez wahania rozpoznał w Bazylu obcego i rzucił się z agresją. Tym razem Bazyl nie wycofał się z arystokraty przeistoczył się w groźnego bandytę.
Starcie trwało krótko, miejscowy koci szef odskoczył do krzaków z podrapanym uchem. Bazyl szedł dalej, bo drogę do domu wyznaczał mu nie honor osiedla, tylko tęsknota.
Przypominając sobie dzikich przodków, Bazyl nauczył się spać na gałęzi, szukał rozwidleń wygodnych dla snu. Och, wstyd się przyznać podjadał resztki ze śmietnika i podkradał jedzenie podkarmianym przez mieszkańców kotom.
Pewnego razu natknął się na gromadkę podwórkowych kundli, które zagoniły go na rachityczne drzewko, szczekały, skakały i próbowały go dosięgnąć. Ludzie z pobliskiego bloku odpędzili psy, a pewna pani próbowała zwabić Bazyla do siebie kawałkiem kiełbasy. Z głodu i strachu dał się pogłaskać i wziąć na ręce. Ale
Kiedy się wyspał i najadł, przypomniał sobie, dokąd podążał. Wyskoczył z mieszkania, gdy kobieta wychodziła przez bramę, i zasmyknął przez drzwi klatki kontynuując swoją drogę do domu…
*****
Wyszłem ze szpitala, wróciłem do mieszkania w Warszawie. Słowa starszej pani, która życzyła mi szczęścia, długo chodziły mi po głowie. Radość z dobrej diagnozy była ogromna, ale serce bolało za Bazylem nie wyobrażałem sobie wracać do pustego mieszkania, gdzie nikt nie czeka.
Przełykając łzy, zaraz po wejściu do mieszkania zatelefonowałem do ludzi, którzy mieli Bazyla, poprosiłem o dokładny adres. Pojechałem do nich, dowiedziałem się, jak było z ucieczką i postanowiłem szukać śladów kota.
Wszyscy wkoło tłumaczyli, że to niemożliwe, wystarczyły dwa tygodnie, że domowy kot nie poradziłby sobie w mieście, ale nie chciałem tego słyszeć.
Ruszyłem pieszo, zaglądając na każdy podwórko, odgarnięcia krzaków, piwniczne okna, próbowałem myśleć kategoriami kota, który nigdy nie opuszczał mieszkania. Wołałem Bazyla, patrząc w ciemne kąty.
Już blisko domu zrozumiałem, że kot mógł przepaść bez śladu; przecież jak miałby tu się dostać nie znał miasta, a ja, idąc z przystankami, szedłem dwie godziny.
Wszedłem na własne podwórko, łzy cisnęły się do oczu, serce ściskało smutek. Przez zamglone spojrzenie zauważyłem czarnego kota idącego do mnie po chodniku. Jakiś czarny kot przemknęło w mojej głowie.
Zatrzymałem się, wpatrzyłem się I wtedy dotarło do mnie to Bazyl! Rzuciłem się w stronę kota z okrzykiem Bazyl!
A kot nie wybiegł do mnie nie miał już siły. Usiadł, zmrużył oczy z radości i cicho zamruczał: Dotarłem!
Dziś wiem, że miłość to nie tylko słowa ani gesty to odwaga, by walczyć o bliskich i nigdy nie tracić nadziei, nawet gdy wszystko wydaje się stracone.



