Sekrety cioci Liny

Dzień 24 marca 1993

Gdy byliśmy małymi, nazywaliśmy ją wśród siebie wróżka. Niska, pulchna, zawsze chodziła po podwórku z białym pudlem na smyczy i wyciągała nam słodkie przysmaki z kolorowej torby. Gdyby tego typu ludzi było więcej, życie rozświetlałoby się jak słoneczny poranek, bo same byłyby słońcem.

Grałyśmy w piaskownicy, bawiliśmy się w Kozakrozbójnika, puszczaliśmy łódeczki po kałużach. Jak kiedyś śpiewał Andrzej Zaucha: Zostaliśmy piratami, dzielnymi wędrowcami marynarzami. Gdy wspominam dzieciństwo, widzę zawsze podświetlony słońcem dziedziniec, pełen klocków, autek i lalek. Byliśmy jednością jeden za wszystkich i wszyscy za jednego. Wtedy nie pojawiały się w gazetach nagłówki typu Nastolatki podcinały oczka kociakom czy Psu podano ogień. Dobro unosiło się w powietrzu. Owszem, zdarzał się ktoś złośliwy, ale został wychowany. Dorośli, rówieśnicy wszyscy wstrzymywali mu rękę i wstydzili się jego czynów.

Mieliśmy też ciocię Lenę. Była niczym mała, nieco wyższa od dziecka, z bujnymi kręconymi włosami i w zawsze kwiecistych sukienkach. Lubiła kolorowe koraliki. Codziennie wychodziła na podwórze ze swoją kudłatą białą suką, którą nazwała Kropka. Gdy rzucaliśmy samochodziki, samoloty i lalki, razem pędziliśmy do niej. Ciocia Lena była jak łagodny duch starego kamieniczka przy ulicy Mokotowskiej. Młodzi rodzice zostawiali nam ją, gdy musieli iść do pracy. Prowadziła nas po przedszkolach, opowiadając ciekawe historie i doskonale dziergała. Wszyscy błysnęliśmy w barwnych czapeczkach i szalikach od cioci Leny można by je nazwać dziś autorskimi.

Nie była naszą prawdziwą ciocią, ale tak nas nazywaliśmy. Jej krewni mieszkali daleko, w Białorusi, i przesyłali jej pudełka pełne słodyczy, kiedy kiedyś w Polsce panował niedobór. Dziś można kupić wszystko, co się chce, ale wtedy było inaczej.

Ciocia Lena rozdawała nam wszystko. Siadała na ławce, a my nieśmiało wyciągaliśmy ręce po kolorowe opakowania, smakowite cukierki, które pachniały jak wiosna. Dziś nie wolno przyjmować od nieznajomych można się zranić, ale Lena nie była obca; była jak nasza rodzina.

– Po co je rozdajesz? Przecież twoi rodzice potrzebują jedzenia, a twój mąż jest chory i potrzebuje lekarstw. mawiała surowa sąsiadka z drugiego piętra, z cienkimi wargami.

Słyszeliśmy tę rozmowę z przyjaciółką Zuzanną. Nie zrozumieliśmy wszystkiego, ale słowa utkwiły w pamięci. Lena odpowiedziała:

– Zię, o czym myślisz? To dzieci, małe szkraby. Gdzie ich matki i ojcowie wezmą cukierki? A ja dostaję je od rodziny, która nie zapomina. Niech smakują dobrej czekolady, niech czują radość! Co mam chronić? Trzeba się dzielić! Patrz, jak im się świecą oczy, jak mnie przytulają. Czuję w nich szczęście, jakbyśmy płynęli na morzu mleka i arbuzów. Boże, jak oni są piękni! Szkoda, że nie zostaliśmy pożywieni własnym potomstwem. Tu wszyscy są mi królestwem!

Sąsiadka wybuchła:

– Głupia! Znajdź sobie własne dzieci! Nie daję im nic! potrząsnęła głową i odeszła.

Wypłynęliśmy z krzaków, w których się chowaliśmy.

– Ola! Jagoda! Chodźcie tutaj, co robicie? Mam jabłuszko! zawołała Lena, podając nam czerwone jabłko.

– Ciociu Lena, co to głupia i idiota? zapytała nieśmiało Zuzanna.

Na chwilę minęło mroczne spojrzenie sąsiadki, ale zaraz znowu się uśmiechnęła.

– Słuchałyście Małe dziewczynki. Zróbcie, jakbyście nic nie słyszały. Pamiętajcie: nie bierzcie do serca złych słów, odpuśćcie od razu. Poklepajcie rękę, dmuchnijcie i niech to odleci. Ludzie są różni, ale dobrych jest więcej! Kocham was i przytulam mocno! położyła nas na sercu.

Pewnego dnia nie było cioci Leny w dziedzińcu przez dwa dni. Pierwszego dnia graliśmy normalnie, ale wciąż zaglądaliśmy pod jej drzwi, pytając mamy: Gdzie ciocia Lena? Może odpoczywa? Może jest chora? Nie niepokojcie jej! odpowiadały mamy.

Drugiego dnia nie czekaliśmy. Zebraliśmy się ośmiu cztery dziewczynki i czterech chłopców i wyruszyliśmy do jej mieszkania po drodze, wiedząc, gdzie mieszka. Nie szliśmy z pustymi rękami. Kacper namalował niebo i słońce, Bartek wziął ulubiony flamaster, aby podarować, Jagoda i Jarek z plasteliny ulepili kluski, Zuzanna niosła kwiat w doniczce, a bliźniaki, Marta i Paweł, przynieśli dżem, a ja przyniosłem naleśniki moja mama robiła je z takim kunsztem, że topiły się w ustach, złociste, z masłem. Mama kiwała się z uśmiechem, wprawnie przewracając patelnię, a naleśnik w powietrzu odbijał się i znów lądował.

– Idźcie, przynieście cioci Lenie! Ona nas karmi, teraz my jej? poklepała mnie po warkoczach mama.

Kiedy dotarliśmy, drzwi, przyozdobione rzeźbionymi okienniczkami, były lekko uchylone. Ciocia Lena otworzyła nie od razu w szlafroku, z połamanymi włosami, trzymała się za bok i była blada. Gdy nas zobaczyła, rozbłysła jak wiosna.

– Hej, dzieciaki! Skąd tak przybyłyście? krzyknęła, obejmując nas i wprowadzając do pokoju.

Dom cioci był skromny, dwupokojowy, z kolorowymi zasłonami, pochyłym stolikiem i starą szafą. Na ścianie wisiały ręcznie robione swetry, a w kącie stał staruszkowy telewizor. Z łóżka podniósł się szary, karochaty mężczyzna, uśmiechając się nieśmiało.

– To mój mąż, Wiktor. Jest chory i nie rusza się z domu. Ja też trochę słabnę. Dajcie się wytęsknić, a ja wam podam słodycze! podskoczyła Lena.

– Możemy pomóc! Idziemy do sklepu, wywieszamy dywany, wynosimy śmieci zaproponował Kacper z podniesioną brodą.

– Nie, kochani, usiądźcie proszę na tej kołdrze, powiedziała Lena, podając nam talerz z własnoręcznie zrobionymi naleśnikami.

Jagoda położyła na stole swój klusek z plasteliny, a my wszyscy przyłączyliśmy się do śpiewu i poezji. Powoli bladość zniknęła z twarzy cioci i jej męża. Lena nawet spróbowała poprowadzić z nami krąg ludowy, śmiejąc się głośno.

Na pożegnanie szepnęła mi do ucha:

– Zapytaj mamusię o przepis na naleśniki. Są tak pyszne, że nie jadłam ich od lat. Nie umiem już nic gotować, wszystko mi się przypala.

Zgodziła się, później przywiózła kartkę z przepisem, ale śmiała się, że i tak nie wyjdą tak jak u niej.

Mama zaczęła ją częściej zapraszać do domu. Przynosiła ręczniki, podziwiała jej futrzane kapcie, siadała na małym fotelu w kuchni i podawała jej masło do naleśników ze słodkim skondensowanym mlekiem. Czasem oblizywała palce i prosiła o ręcznik, by wytrzeć ręce.

Lena opowiadała, że jej mąż od lat nie może chodzić, ale ona czerpie radość z opieki nad nim i nad nami. Kocha wszystkie zwierzęta rano i wieczorem nosiła miskę z kaszą lub makaronem dla psów, które spotykała na ulicy. W tamtych latach nie było schronisk, a bezdomne pieski rozbijały się przy jej drzwiach.

– Złota kobieta. Dawca wszystkiego! mawiała mama, rozmawiając z tatą.

– Złoto? Czy to jakaś żółta zabawka? zapytałam, uśmiechając się. Mama przytuliła mnie i wyjaśniła, że złoty człowiek to ktoś wyjątkowo dobry.

Pamiętam, jak Lena wracała do domu z dużą butelką. Dwie suczki, szczeniaki, stanęły jej na drodze i zawołały:

– Nie karm już tych złych psiaków! Nie wzywaj dzieci do siebie! Jesteś biedna, udajesz, że masz pieniądze! wykrzykiwały kobiety z podwórka, grożąc, że ją wyklączą.

Lena przytuliła się do butelki, szepnęła cicho:

– Nie krzywdźmy tych małych. Oni są niewinni. Niech grają i śmieją się. Cisza w domu jest straszna, więc niech będą szczęśliwe.

Jedna z kobiet krzyknęła:

– Myślisz, że jesteś królową? Nie masz nic! a Lena w odpowiedzi podniosła rękę i krzyknęła: Nie dotykaj Wiktora!

Wtedy wszyscy podbiegli, krzycząc i próbując mnie powstrzymać. Lena próbowała ich uspokoić, gdy nagle rozległ się gwizdek. Kacper i reszta przybiegli, odciągając kobietę i pozostawiając nas w kręgu, gdzie razem zawołaliśmy:

– Nie obrażajcie cioci Leny! Nie mówcie złych rzeczy! Nie damy się! krzyczały jeszcze niektóre kobiety i odszedły.

Ciocia Lena przytuliła nas mocno. Nie byliśmy huliganami, po prostu jedno za wszystkich i wszyscy za jednego. Naszymi sercami poczuliśmy, że Lena doznała krzywdy, tak jak dziś doznają drobni, dobrotliwi ludzie, którzy karmią ptaki, podają jedzenie bezdomnym i oddają ostatni kawałek chleba, choć sami nie mają co kupić. Są nazywani szaleńcami, a w zamian ceni się siłę, bezczelność i wulgarność. Dobre serca bywają prześmiewane, a bogaci czują się bezpieczni, kiedy mogą wyzyskiwać.

Świat milczy, planeta płacze, bo równowaga została zaburzona. Musimy żyć razem, w zgodzie.

Rok po roku ciocia Lena wyjechała z miasta, jej mąż zmarł, a krewni przyjęli ją do domu. Cały podwórze płakało. Przed odjazdem rozdała nam wafle, płakała, całowała każdego i podarowała dużą puszkę ze wstążkami. Zleciła nam zrobić sekrety wzięliśmy po jednej wstążce, kwiatuszku i kawałek szklanego butelki, zakopaliśmy je w ziemi i później odkopywaliśmy, patrząc, jak pięknie wygląda. Dała nam też wspólne zdjęcie, które mieliśmy trzymać na zmianę.

– przyjadę za rok, sprawdzę, czy jesteście! machnęła w stronę zachodzącego słońca, ciągnąc za sobą walizkę większą od siebie, a za nią biegł jej pudel.

Nie przyjechała już nigdy. Trzymaliśmy sekrety, ale nie było już nikogo, kto mógłby je pokazać. Nie było już cioci, która nazywała nas dzieciakami. Dorastaliśmy, uczyliśmy się, śmialiśmy, a od czasu do czasu w myślach pojawiała się łza, gdy wspominaliśmy Lenę

Ostatni raz umówiliśmy się rok temu w dawnym podwórku. Inny Inny był już kierownikiem w banku, Olga pracowała jako tłumaczka. Reszta rozeszła się po świecie, a nasz dom już nie istniał w jego miejscu wzniósł się nowoczesny blok. Tam, w drogim garniturze, Inny ukląkł i zaczął przekopywać ziemię.

– Czego szukasz? zapytałyśmy Zuzannę i Olę.

– Sekretów cioci Leny. Tyle lat minęło, a wciąż czuję ich ból w sercu. Czy ona żyje? Czy ją jeszcze zobaczę? Próbuję szukać dokumentów, ale nie mogę. Czasem, podczas spotkań, widzę ją przed sobą, podaje mi cukierka. Żona przynosi słodycze z zagranicy, a ja ich nie jem. Tę jedną, z dzieciństwa, najpyszniejszą. Mam jeszcze zdjęcie to wszystko, westchnął Inny.

– Była dobra. wyszeptała Zuzanna.

– Pamiętacie, jak mówiła, że nawet jak dorośniemy, w duszy trzeba pozostać dzieckiem i cieszyć się wszystkim? Bo jak nie, elfowie się obrażą i życie stanie się nudne dodałam.

Te kobiety, które krzyczały na ciebie, ciocia Leny, myliły się. Dorośliśmy, ale nie zapomnieliśmy. Gdy kiedyś serce boli i kłują koty, słyszę jej głos:

– Nie smuć się, kochany. Zjedz cukierka. Wszystko będzie dobrze.

Dziś rozumiem, że prawdziwa odwaga polega nie na sile, lecz na gotowości do dzielenia się tym, co mamy, nawet gdy samOd tej pory noszę w sercu Lenę, by każdy mój gest był kroplą światła w czyimś cieniu.

Rate article
Fajna Tajna
Sekrety cioci Liny