**Dom dla Nadziei**
Od zawsze podziwiałem starszego brata i od małego brałem z niego przykład. Jadłem to, co Wojtek, nawet jeśli mi nie smakowało. Gdy wychodził bez czapki, ja też ściągałem swoją. Mama krzyczała na niego, żeby natychmiast założył nakrycie głowy, bo inaczej ja się przeziębię.
Różnica wieku wynosiła sześć lat, ale dla mnie to była przepaść. Dlaczego mama nie urodziła mnie przynajmniej dwa-trzy lata wcześniej? Wojtek szedł bawić się z kolegami, a mnie nie brał.
— Nie jestem twoją niańką. Wyśmieją mnie, jeśli będę chodził z malcem — mówił pobłażliwie.
Zaczynałem ryczeć.
— Przestań! Albo nie narysuję ci więcej smoków.
I milkłem w sekundę, jakby ktoś wyłączył przełącznik.
Wojtek świetnie rysował. Patrzyłem, zauroczony, jak jego ołówek szybko sunie po kartce. Próbowałem naśladować, ale wychodziły mi tylko bazgroły. Wtedy siadał obok i cierpliwie tłumaczył, jak trzymać kredkę, z jaką siłą przyciskać. To były najszczęśliwsze chwile mojego dzieciństwa.
Oczywiście, kłóciliśmy się, nawet bili. Dostawałem od starszego brata po głowie. W odwecie chowałem mu kredki albo domalowywałem wąsy do portretów w jego szkicowniku. Wojtek nazywał mnie krótkiem i szczeniakiem — czego nie cierpiałem.
Pewnego dnia jednak zabrał mnie do parku, gdzie spotykali się chłopcy z okolicy. Chowali się za krzakami i palili papierosy.
— Jeśli powiesz rodzicom, połamię ci nogi — rzucił przez zęby, spluwając na ziemię.
I nie wątpiłem, że to zrobi. Nawet gdy dostawałem od niego mocno, nigdy się nie skarżyłem.
W szkole wiedzieli, że jestem bratem Wojtka, więc nie zaczepiali. Brat nie był chuliganem, ale bali się go. Trenował boks, bił się do krwi. Nikt nie mógł z nim równać.
Wymogłem na mamie, żeby zapisała mnie na te same zajęcia. Ale, tak jak z rysowaniem, nic mi nie wychodziło. Nie lubiłem się bić. W końcu rzuciłem, przyznając się do porażki wobec starszego brata. Przestałem starać się być jak on i rzuciłem się w naukę. I to okazało się moją dziedziną.
Wojtek świetnie walczył, ale w szkole szło mu średnio. Po maturze poszedł na budownictwo. W jego szkicach coraz częściej pojawiał się ten sam kobiecy profil. Nic specjalnego, moim zdaniem.
Teraz miał swoje studenckie życie, w którym nie było miejsca dla mnie. Wracał późno, zamyślony i milczący.
Pewnego dnia znalazłem w jego notatniku kartkę z wierszem. Od razu wiedziałem, komu go poświęcił — dziewczynie z rysunków.
— Mógłbyś znaleźć sobie ładniejszą — rzuciłem przy kolacji. — Na przykład Olę Nowak. Najładniejsza w klasie. Ba, w całej szkole! Taka powinna być twoją muzą. — I zacytowałem fragment jego wiersza.
Nie zrozumiałem, co się stało. Ocknąłem się na podłodze z twarzą w ogniu.
— Co ci się stało? Znowu się biłeś? — Mama spojrzała na mnie podejrzliwie przy kolacji.
Wojtek prychnął i dalej zajadał makaron z sosem.
— Poślizgnąłem się na lodzie — mruknąłem przez zaciśnięte zęby.
Mama spojrzała na niego znacząco. Wzruszył ramionami. Wyjęła z zamrażarki kawałek mięsa, owinęła w ścierkę i podała mi.
— Przyłóż do policzka.
Na piątym roku Wojtek oznajmił, że bierze ślub i w weekend przyprowadzi narzeczoną.
— Że co, masz zamiar się ożenić? — roześmiałem się.
— Masz coś przeciwko? — spojrzał na mnie groźnie.
Zrozumiałem, że lepiej nie drwić — mogłem dostać w szczękę po raz drugi.
— Nie, cieszę się! Mieszkać będziecie osobno, więc wreszcie będę miał pokój tylko dla siebie. Wreszcie nie będę musiał słuchać twojego chrapania. Tylko nie zmień zdania.
Wojtek się zrelaksował, klepnął mnie po ramieniu.
— Nie zmienię. Masz szczęście, braciszku.
Nadia okazała się miłą, ładną dziewczyną z jasnobrązowymi oczami, zadartym noskiem i kręconymi, ciemnoblond włosami. Trzymała Wojtka za rękę i odważnie odpowiadała na pytania rodziców. Było widać, że kocha go do szaleństwa. Zazdrościłem. Dla mnie Wojtek był najlepszym bratem. A ta Nadia…
Przy stole zerkałem na nią ukradkiem. I im dłużej patrzyłem, tym bardziej mi się podobała.
— Nie gap się tak na dziewczynę brata — szepnęła mama, gdy Wojtek wyszedł odprowadzić Nadię.
— Ja? Znajdę sobie lepszą.
Po ślubie Wojtek przeprowadził się do Nadii i jej matki. Do domu wpadał rzadko. Dorósł w mgnieniu oka. Po studiach dostał pracę w największej firmie budowlanej w mieście. Rok później urodził im się syn. W małym mieszkaniu zrobiło się ciasno, więc Wojtek zaczął budować dom. Sam projektował, sam nadzorował. Koledzy pomagali. Ojciec wspierał finansowo.
Ja w tym czasie skończyłem liceum i — po raz pierwszy — nie poszedłem w jego ślady. Zdałem na prawo. Drwiłem, że budowlanka to zajęcie dla nieudaczników. Mądrzy ludzie pracują głową, nie rękami.
Pewnego dnia mama wysłała mnie do brata z ubraniami dla siostrzeńca. Nadia nabrała kobiecych kształtów, była piękniejsza niż kiedykolwiek. Zaczerwieniłem się, wręczając jej paczkę.
— Wejdź — wciągnęła mnie do przedpokoju, śmiejąc się. — Wojtek wyjechał służbowo, a linka w łazience mi się zerwała. Naprawisz?
I naprawiłem. Potem wręczyła mi synka i poszła nakrywać do stołu. Chłopiec długo mi się przyglądał, a potem wtulił się we mnie. Serce mi zmiękło. Trzymać go było cudownie. Patrzyłem, jak Nadia krząta się w kuchni.
Po raz pierwszy spojrzałem na nią oczami mężczyzny. I przepadłem. Od tamtej pory śniła mi się. We śnie spacerowaliśmy we trójkę nad jeziorem, karmiliśmy kaczki…
Oczywiście, spotykałem się z dziewczynami, nawet z Olą Nowak. Ale wydawały mi się płytkie i samolubne.
Trzy dni później Nadia zadzwoniła do mamy, a ta prawie upuściła słuchawkę.
— Może spóźnił się na pociąg? Albo telefon się rozładował… — Mama patrzyła na ojca przerażonym wzrokiem. — Jedziemy.
— CoPo latach zrozumiałem, że dom, który zbudował Wojtek, stał się w końcu domem także dla mnie, dla Nadii i naszych dzieci, bo prawdziwa rodzina to nie tylko ściany, ale więzi, które przetrwają nawet największe burze.



