Sasza nie znosiła dni, kiedy do domu dziecka przychodzili potencjalni rodzice adopcyjni! Bo przez siedem lat, które spędziła tutaj, ani razu nikt jej nie wybrał.

Oliwka nie znosiła dni, kiedy do domu dziecka przychodzili potencjalni rodzice! Przez siedem lat, które tutaj spędziła, nie wybrano jej ani razu.

Kiedy była malutka, nie mogła się doczekać tych odwiedzin. Patrzyła z otwartymi oczami na eleganckie panie i panów wydawali się jej czarodziejami, którzy zabiorą ją do swojego pałacu! Nowa mama miała ją tulić do snu, a nowy tata huśtać ją na barana. I miała mieć własny pokój. Nie musiałaby już znosić Marcina, który zawsze ciągnął ją za warkocz i przezywał Szczygiełkiem.

Oliwka nawet nie wiedziała, co to znaczy, ale czuła, że to okropnie przykre. A Marcin ciągle swoje:
Szczygiełek! Szczygiełek!

Miała pięć lat, kiedy trafiła do domu dziecka w Krakowie. Jej rodzice zginęli w wypadku. Przez długi czas nie mogła zrozumieć, dlaczego mama i tata nie przychodzą. Dlaczego ją zostawili.

Z czasem dotarło do niej, że naprawdę ich już nie ma. Stopniowo zaczęła zapominać ich twarze, głosy, zapachy, dom, w którym razem żyli.

Jak bardzo pragnęła, by kiedyś ją wybrano! Ale cudów nie było, a ona z każdym rokiem coraz głębiej wierzyła, że pewnie nikt jej nie wybierze. Nie była ładną dziewczynką.

Nowych rodziców zawsze znajdowały urocze, śliczne dziewczynki z kokardkami i uśmiechami jak z reklamy cukierków.

Marcin nie przestawał jej dokuczać, choć teraz już wiedziała, że szczygiełek to po prostu ptak.

Tego dnia znów przyszli kandydaci na rodziców. Wszystkich dziewczynkom zaplecione kokardki w świeże warkocze. Tylko Oliwka ścięła sobie włosy jak chłopak. Już nie chciała, by ktoś o niej decydował. Postanowiła, że w swoim życiu to ona będzie wybierać.

Wychowawczynie były w szoku, a Marcin, jak zwykle rzucił jej za plecami:
Szczygiełek!

Oliwka miała już wtedy dwanaście lat, Marcin był o trzy lata starszy.

I znowu tego dnia nikt jej nie wybrał. Krzywe, krótko ścięte włosy i gniewne spojrzenie odstraszały.

Trzy lata później Marcin opuścił dom dziecka. Pożegnał się ze wszystkimi, potem niespodziewanie podszedł do Oliwki.

To na razie, Szczygiełku?
No, na razie rzuciła chłodno.

Wytrzymaj tu jeszcze parę lat! Tylko trzy! Potem cię zabiorę do siebie! powiedział serio.

Ty mi? Kto powiedział, że ciebie wybiorę? Głupi jesteś! fuknęła.

Spojrzał na nią uważnie, z czymś dziwnym w spojrzeniu, po czym odszedł bez słowa.

Gdy zamknęło się za nią ostatnie drzwi domu dziecka, Oliwka wyszła na główną ulicę i głęboko wciągnęła powietrze wolność, dorosłość. Z brzydkiego kaczątka zmieniła się w pięknego łabędzia. Mali poczuła, jak długie, lśniące włosy spływają jej po plecach. Zielone oczy, wdzięczna sylwetka. Ruszyła w stronę swojego rodzinnego mieszkania.

Nagle usłyszała znajomy głos:
Cześć, Szczygiełku!

Odwróciła się przed nią stał Marcin.

Czego tu szukasz? zapytała ostro.

Obiecałem cię zabrać. Właśnie po to przyszedłem stanął przed nią.

Przecież mówiłam, że teraz sama będę wybierać! spojrzała na niego z dołu. Marcin w międzyczasie wyrósł na kawał chłopa, szerokie ramiona, dorosły mężczyzna.

Wybierz mnie, Oliwka! poprosił cicho.

Zastanowię się odpowiedziała i ruszyła do bloku.

Marcin szedł za nią aż pod samą klatkę. Poczekał aż weszła do środka i odszedł. Ale od tego dnia siadał pod jej oknami każdej nocy. Siadał na ławce i czekał, aż w jej mieszkaniu zgaśnie światło.

Gorące lato ustąpiło jesiennym szarościom, a potem przyszła zima. Marcin wciąż przychodził i siadał na tej samej ławce. Pewnego zimowego wieczoru Oliwka podeszła do niego.

Przysiadła obok i zapytała:
Nie masz tego dość? Przecież tu zamarzniesz.

Dam radę. Tylko wybierz mnie, proszę powiedział i patrzył na nią uważnie, z czułością.

Oliwka zerwała się z ławki jak oparzona i pobiegła do mieszkania. Zza firanki patrzyła, jak Marcin wpatruje się w jej okna.

31 grudnia, Oliwka spieszyła się po pracy do domu. Trzeba jeszcze nakryć do stołu, założyć nową sukienkę. Sylwester za chwilę! Marcina nie było na ławce. Serce jej zamarło… Może coś się stało?

Po godzinie, gdy już kończyła przygotowania i nalała sobie kieliszek szampana, spojrzała przez okno. Marcina nie było. W brzuchu ścisnęło ją złe przeczucie… Strach wił się w środku jak ciasny węzeł.

Co robić? Szukać? Ale gdzie? Nie mam nawet jego adresu, telefonu! Głupia! Jaka ja głupia! ganiła się w myślach.

W tym momencie coś rozbłysło pod jej oknem!

Pewnie już fajerwerki pomyślała i podeszła zobaczyć.

Na śniegu ogromnymi, płonącymi literami pojawił się napis:
WYBIERZ MNIE, OLIWKA!!!

A Marcin siedział na ławce, patrzył na jej okno, machając radośnie rękąOliwka wybiegła na zewnątrz, w szlafroku i kapciach, nie czując mrozu ani pod stopami, ani na policzkach. Marcin stał obok płonącego napisu, z uśmiechem niepewnym, ale prawdziwym jak nigdy wcześniej. W ręce trzymał małą srebrną szkatułkę.

Nareszcie się zdecydowałam powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. Wybieram ciebie, Marcinku… urwała, wzruszona do łez.

Marcin tylko rozłożył ramiona. Oliwka rzuciła się w jego objęcia, czując, że w końcu trafiła do domu tego prawdziwego, którego szukała przez całe życie.

Dookoła rozbłysły fajerwerki, a nad nimi tańczyły iskierki, jakby cały świat świętował ich wybór. Gdzieś za plecami Marcina zawyły petardy, ktoś krzyknął szczęśliwego nowego roku, a Oliwka po raz pierwszy poczuła, że przeszłość wcale nie musi być więzieniem.

Bo życie nie wybiera za nas to my wybieramy życie. A czasem, jeśli bardzo długo czekamy, los czeka razem z nami.

Przytuleni pod zimowym niebem, śmiali się i płakali naraz. W tej jednej nocnej chwili Szczygiełek nauczył się latać sam, a marzenia, choć nie od razu się spełniają, potrafią nagle, niespodzianie rozsypać się nad głową jak tysiące gwiazd.

Rate article
Fajna Tajna
Sasza nie znosiła dni, kiedy do domu dziecka przychodzili potencjalni rodzice adopcyjni! Bo przez siedem lat, które spędziła tutaj, ani razu nikt jej nie wybrał.