Sąsiedzi postanowili udowodnić, kto tu naprawdę rządzi. Bez żadnego powodu.
To wszystko zaczęło się pięć lat temu. Ja i mój mąż, Andrzej, mieliśmy wtedy już dwójkę dzieci, a nasza rodzina gnieździła się w malutkim pokoiku w starej kamienicy na Pradze w Warszawie. Nic dziwnego, że krążyły u nas nieustanne rozmowy o większym mieszkaniu. Tylko na rozmowach się kończyło, aż do czasu, gdy okazało się, że spodziewamy się trzeciego dziecka.
Wtedy już żadne wahanie nie wchodziło w grę. Sprzedaliśmy nasze dotychczasowe, ciasne mieszkanko za 350 tysięcy złotych i, dokładając wszystkie oszczędności, kupiliśmy przestronne trzypokojowe mieszkanie w ceglanym bloku na Żoliborzu. Było już po generalnym remoncie wystarczyło rozstawić łóżka, ustawić szafki i poczuć się jak u siebie.
Wydawało się, że los nam sprzyja. Jednak nasze szczęście przerwał sojusz sąsiadów z drugiego i trzeciego piętra. Postanowili, że pokażą, kto tu jest gospodarzem ich kamienica, ich zasady. Zamiast wyciągnąć do nas rękę, dzień po dniu zaczęły się pretensje i uwagi wygłaszane zawsze w trzepiącym nerwy tonie.
Dlaczego drzwi do klatki były przez was tyle otwarte?
Odpowiadałam spokojnie:
Wnosiliśmy komodę i wózek dziecięcy, musiały być chwilę otwarte, prawda?
Dlaczego stawiasz samochód pod moimi oknami?
Tłumaczyłam:
Bo mieszkam na pierwszym piętrze, twoje okna są nad moimi gdzie mam zaparkować?
Kolejne zarzuty doprowadzały mnie do szału.
Twoje dzieci, jak wracają z przedszkola, tupią, biegają i wrzeszczą. Mało tego, puszczasz im bajki głośno! Przez ciebie nie mogę odpocząć!
Ale przecież mieszkasz nade mną! odpowiadałam z niedowierzaniem. Jak moje dzieci mogą ci przeszkadzać?
Ostatnia scena przelała czarę goryczy. Ciężarna, zaledwie miesiąc przed terminem porodu, zostałam w domu sama. Andrzeja nie było, a do drzwi zadzwoniła grupa sąsiadek. Bez zaproszenia wpadły do środka, zaczęły podnosić głos, wymachiwać rękami.
Pani mąż, jak wychodzi na papierosa, wpuścił jakiegoś typa do klatki schodowej. Ten facet chodził od drzwi do drzwi i proponował dorobienie kluczy do domofonu!
Patrzyłam bezsilna:
Andrzej w ogóle nie pali, nigdy nawet nie próbował!
Gdy ten pan dorobi sobie klucz, każdy może wejść! pokrzykiwały podniesionym tonem.
Wieczorem, gdy Andrzej wrócił, nie mógł uwierzyć w to, co mu opowiedziałam. Wściekły, poszedł na górę, do sąsiadów. Już bez ceregieli powiedział wprost, by trzymali się na dystans i dali nam spokój.
Od tamtej pory żyjemy w tej kamienicy spokojniej. Sąsiedzi już nie zagadują do nas na klatce, nie mówią dzień dobry, lecz przynajmniej dali nam wreszcie żyć po swojemu. W Warszawie to już coś.



