Sąsiedzi z naszej krakowskiej kamienicy postanowili pokazać, kto tu rządzi – bez wyraźnego powodu, uprzykrzając nam życie na każdym kroku

Sąsiedzi z naszej kamienicy postanowili pokazać nam, kto tu naprawdę rządzi, i to właściwie bez żadnej sensownej przyczyny.

To wszystko wydarzyło się jakieś pięć lat temu. Wtedy już wraz z żoną mieliśmy dwójkę dzieci i całą rodziną przeciskaliśmy się w malutkim pokoju w starej kamienicy w Krakowie. Wiadomo, sytuacja była nie do wytrzymania, więc coraz częściej myśleliśmy o przeprowadzce i powiększeniu przestrzeni życiowej. Póki co jednak kończyło się na rozmawianiu o tym po nocach.

Los przyspieszył decyzję, kiedy okazało się, że niedługo urodzi się nam trzecie dziecko. Wtedy stało się jasne, że nie da się już dłużej funkcjonować na tak małym metrażu. Nasza jedyna realna opcja to była sprzedaż starego mieszkania i dorzucenie oszczędności, żeby kupić trzypokojowe lokum choćby na obrzeżach miasta.

Zrobiliśmy więc, co trzeba sprzedaliśmy nasz pokój i za zdobyte pieniądze plus zaskórniaki kupiliśmy wymarzone trzypokojowe mieszkanie w kamienicy na Podgórzu. Mieszkanie było już po remoncie, więc jedyne, co musieliśmy zrobić, to przewieźć nasze graty i meble.

Wydawało się, że nadszedł koniec problemów. Niestety, sielanka nie trwała długo, bo sąsiedzi z wyższych pięter szybko stworzyli własną koalicję i postanowili ustawić nas do pionu, pokazując, że to oni mają ostatnie słowo w kamienicy.

Ciągle mieliśmy na głowie jakieś uwagi i pretensje.

Dlaczego wasze drzwi wejściowe były tak długo otwarte?
Wnosiliśmy meble i kartony, więc nie dało się inaczej tłumaczyłem.
Dlaczego parkujesz swój samochód tuż pod moimi oknami?
Parkuję pod własnym, bo mieszkam na pierwszym piętrze. Twoje są wyżej niewiele mogę z tym zrobić.

Najbardziej zirytowała mnie kolejna sprawa.
Gdy wasze dzieci wracają z przedszkola, latają jak szalone po mieszkaniu! Przez nie nie mam chwili spokoju! I jeszcze te bajki
Ale jak niby mają ci przeszkadzać, skoro mieszkasz piętro wyżej nad nami?

Miarka się przebrała, kiedy sąsiadki postanowiły zrobić awanturę mojej ciężarnej żonie. Przyszły po południu, kiedy byłem w pracy i zaczęły podnosić głos.

Przyszłyśmy coś wyjaśnić.
O co chodzi?
Pański mąż, kiedy wyszedł zapalić papierosa, wpuścił do bloku jakiegoś obcego faceta! Ten człowiek chodził po piętrach i proponował dorabianie kluczy do domofonu!
Mój mąż nie pali odpowiedziała spokojnie żona (i rzeczywiście nigdy nie miałem z papierosami nic wspólnego). Wtedy jeszcze dodały, że jeśli ten dorabiałby klucze, to kto wie, kto by tu później po klatce chodził.

Gdy wróciłem do domu i wysłuchałem całej historii, nie wytrzymałem. Poszedłem do sąsiadów i dość stanowczo nie przebierając w słowach wytłumaczyłem im, że koniec z takimi oskarżeniami i insynuacjami.

Od tamtego momentu życie stało się dużo spokojniejsze. Relacje z sąsiadami się unormowały, choć już nikt z nich nie mówił nam dzień dobry. Z perspektywy czasu śmieję się, że taki polski zwyczaj lepiej nie odzywać się do sąsiada, niż przeprosić za własne zachowanie.

Rate article
Fajna Tajna
Sąsiedzi z naszej krakowskiej kamienicy postanowili pokazać, kto tu rządzi – bez wyraźnego powodu, uprzykrzając nam życie na każdym kroku