Minęło już wiele lat, a pamiętam ten czas, jakby to było wczoraj. Byliśmy wtedy młodą rodziną ja z żoną, dwójką maluchów i całą naszą gromadką mieszkaliśmy w ciasnym, stareńkim pokoju na Służewie. Każdy kąt był na wagę złota, a o prywatności nawet nie marzyliśmy. Rozmowy o większym lokum przewijały się codziennie, ale brakowało odwagi, a przede wszystkim pieniędzy.
Życie jednak szybko przyspieszyło bieg kiedy dowiedzieliśmy się, że za dziewięć miesięcy pojawi się na świecie trzecia pociecha, nie było już odwrotu. Wiedzieliśmy z Wandą, że musimy znaleźć nowy dom. Jedynym wyjściem było sprzedać ten nasz maleńki kącik i dorzucić trochę oszczędności. Wyliczyliśmy wszystko skrupulatnie i udało się mogliśmy pozwolić sobie na trzypokojowe mieszkanie na warszawskiej Pradze, w wiekowej kamienicy z duszą. Mieszkanie było już odnowione, tylko meble trzeba było ustawić.
Przez pierwsze tygodnie płynęło nam się jak w bajce. Niestety, szybko przekonaliśmy się, że rzeczywistość potrafi popsuć najlepszy nastrój. Mieszkańcy z wyższych pięter, twardo zakorzenieni lokatorzy, postanowili nam pokazać, kto tu rządzi. Zbili się w grupkę, wymieniając spojrzenia pełne pogardy i wytykając nas palcami.
Nie minął dzień, żebyśmy nie słyszeli nowych zażaleń.
Dlaczego tak długo trzymaliście otwarte drzwi na klatce? usłyszałem jednego wieczoru.
Nosiliśmy szafę dla dzieci, inaczej się nie dało tłumaczyłem spokojnie.
Dlaczego parkujesz samochód pod moim oknem?
Parę metrów dalej nie znajdę miejsca, mieszkam na pierwszym piętrze i pod moim oknem to już tylko chodnik odpowiedziałem, sam już nie wiedząc, czy to wyjaśnienie coś zmieni.
Kiedy pewnego popołudnia przyczepili się do naszych dzieci, ledwo powstrzymałem nerwy.
Wasze pociechy hałasują, jak wracają z przedszkola! A później puszczacie im bajki tak głośno, że nie da się odpocząć!
Ależ, szanowna pani, mieszkacie nad nami Nasz dźwięk raczej nie dociera w górę próbowałem.
Kulminacją była wizyta, gdy mojej Wandzie, która za miesiąc miała rodzić, przyszły zrobiła nagłą wizytę kontrolną dwie sąsiadki.
Prosimy natychmiast wyjaśnić, kto wpuścił na klatkę obcego człowieka! Podobno pani mąż, wychodząc na papierosa, zezwolił mu wejść!
Mój Henryk w życiu nie palił odpowiedziała stanowczo Wanda.
Ten facet chodził od drzwi do drzwi i proponował dorabianie kluczy do domofonu! zagrzmiała sąsiadka, jakby miała do czynienia z największym przestępcą.
Kiedy dowiedziałem się o tym po powrocie do domu, nie wytrzymałem. Poszedłem na piętro i dosadnie, choć z szacunkiem, wyłożyłem, co o tym wszystkim myślę i poprosiłem o zakończenie ciekawskich dochodzeń.
Od tego czasu nasze relacje nabrały dystansu. Sąsiedzi już nie mówili dzień dobry, lecz my żyliśmy spokojnie. Z biegiem lat znalazłem w tym wszystkim nutę śmiechu, bo wiedziałem, że w polskich kamienicach zawsze rządzą własne prawa i nikt tu długo nie jest szefem.



