Sąsiadka Jadwiga Nieświecka przestała wchodzić do chaty babci Wery Kowalskiej. Rozeszła się pogłoska, że staruszka zwariowała w podeszłym wieku, bo trzyma w domu dzikiego rosomaka albo upiora.
Babcia Wera, samotna i dobrej duszy, odkryła w swoim ogródku szare, maleńkie kociątko. Przytuliła je mocno, a kiedy nagle spadł deszcz, domowy piec w chacie zakrzyczał trzaskającymi drzwiami.
Kociątko, rozgrzane przy ogniu, wypiło mleko starannie przelane przez babcię Werę. Zniknęła z niej nuda, bo w końcu miał kogo rozmawiać. Maleńki futrzak mruczał, słuchając babciowych piosenek i bawiąc się wełnianą kulką, podczas gdy Wera dziergała skarpety i rękawiczki.
Wioska zawsze przynosiła kupców, a kotek rósł na wielkiego łowcę myszy i szczurów. Znał swoją okolicę jak własną kieszeń, skakał po drzewach i zsunął się wprost, gdy tylko zobaczył babcię. Nie dziwiły ją dziwne nawyki zwierzaka.
Wkrótce zaczęła go nazywać czuło Kocurek. Kocurek odpowiadał. Pewnego dnia sąsiadka zarzuciła, że to nie kot, a raczej rosomak. Babcia nie przejmowała się tym. Lato było upalne, gdy w sadzie zbierała maliny i porzeczki i usłyszała syczenie.
Odwracając głowę, ujrzała olbrzymią żółwą węża, gotowego do ataku. Nogi jej stały się jak watą, a wiek nie pozwalał na szybki ruch. Zanim zdążyła się obudzić, Kocurek poszybował, chwycił węża i rozwiązał go w jednej chwili, po czym bawił się z nim długo, ciągnąc go nawet na wysokie drzewo.
Węża przypadkowo zrzuciła sąsiadka na podwórze, a on wyła niczym prosiaczek. Kocurek, niczym cichy cień, podskoczył i zabrał węża z powrotem, nie zwracając uwagi na krzyki.
Sąsiadka Jadwiga już nie wchodziła do chaty Wery i szerzyła plotki, że staruszka zwariowała, bo trzyma w domu dzikiego rosomaka albo upiora. Babcia nie przejmowała się wielkością kota był jej ukochanym. Głaskała go, a on spał zwinięty na dywaniku przy jej łóżku.
Kocurek kochał wędrować po gęstej trawie, czasem w upale drzemnął tam, ale zawsze wracał do domu, gdy nadszedł czas. Pewnej nocy, babcia zasnęła, nie słysząc nic, nie widząc nic. Zostawiła okienko lekko uchylone, bo kot lubił wychodzić na podwórze.
Do otwartego okna wpełzli dwaj miejscowi pijacy, wiedząc, że babcia właśnie dostała emeryturę. Z ręcznika zrobili jej opaskę. Zobaczywszy śpiącą staruszkę, obudzili ją i zaczęli dopytywać o pieniądze. Przerażona, bez opaski nie mogła mówić, płakała i drżała.
Jeden z włamywaczy, widząc babcię, wydał okrzyk, a opaska natychmiast znalazła się w jej ustach. W domu zaczęło się przewracać wszystko. Nagle pojawił się olbrzymi, kudłaty cień, który wpadł przez okno.
Jeden z przestępców, nie odwracając się, krzyknął:
Borysie, to ty? Coś znalazłeś u sąsiadki? Ona dopiero emeryturę dostała!
Cień skoczył na jednego z nich, wbija się w gardło, potem na drugiego, wbił się w oczy. Ten zaczął jęczeć jak prosiaczek.
Boże! Niebiosa! wykrzyknął, a cień, zwany Domowy, szarpał i syczał, zielone oczy jego płonęły w półmroku. Domowy przeskakiwał z jednej ofiary na drugą. Babcia cicho wyciągnęła opaskę i gwałtownie włączyła światło.
Od razu rozpoznała włamywaczy i z całej siły krzyknęła:
Pomocy! Wszędzie rozbłysło światło.
Mieszkańcy wbiegli do chaty. Na podłodze leżały dwa pijane ciała, jedno twarzą w dół, drugie trzymające się za gardło, całość przelana krwią. Babcia siedziała na łóżku, obejmując Kocurka, który syczał i nie wpuszczał nikogo bliżej.
Wtedy babcia przypomniała sobie sąsiadkę i trzeciego wspólnika złodziei. Mężczyźni rozbiegli się w różne strony, znaleźli jednego w łaźni, gdzie ukrywał się, by czekać na zamieszanie i uciec. Długo go bijano, zabrano mu skradzione złote, które oddano sąsiadce. Nie powiadomiono policji było im drożej samemu.
Złodziei ukarano, grozili, że jeszcze raz spróbują złapać kota. Jeden z nich, jąkając się, krzyknął, że to nie kot, a MAY HUN! widział w telewizji.
Ty podcinaczu, jak się śmiesz! Mój kot nazwać chcesz! wpadła babcia. Sam jesteś taki!
Tak skończył się ten sen, pełen dźwięków i cieni, gdzie prawda przeplatała się z dziwnością.



