Sąsiad wiedział zbyt wiele

**Dziennik Wandy Kowalskiej**

Sąsiad wiedział za dużo.

— Wandziu! Wandziu, zaczekaj! — wołał sąsiad, Jan Nowak, machając rękami i niemal biegnąc za mną pod blok. — Dlaczego tak się spieszysz? Musimy porozmawiać!

— Nie mam czasu, Janie. Muszę odebrać wnuczkę z przedszkola — odparłam, próbując go wyminąć, lecz zagrodził mi drogę.

— Wnuczka może poczekać. To ważna sprawa, dotyczy twojego męża, Marka. — W oczach sąsiada błyszczało coś niepokojącego. — Wiesz, gdzie był wczoraj?

Zamarłam. W piersi coś się ścisnęło, ale starałam się nie okazywać zdenerwowania.

— Oczywiście, że wiem. Na działce. Plewił marchew.

— Na działce? — Jan uśmiechnął się kpiąco. — Ciekawe. Ja widziałem go koło trzeciej na ulicy Mickiewicza. Pod apteką „Pod Orłem”. Z jakąś kobietą. Rozmawiali bardzo poufnie.

Słowa uderzyły mnie jak obuchem. Marek rzeczywiście wyjechał wcześnie rano, mówił, że wróci na kolację. A wieczorem przyszedł zmęczony, brudny, narzekał na bolący kręgosłup po pracy w ogródku.

— Pomyliłeś się — powiedziałam cicho. — Mój mąż cały dzień był na działce.

— Pomyliłem? — Jan wyciągnął telefon. — Mam nawet zdjęcie. Jakość kiepska, bo z daleka, ale Marka widać.

Nie chciałam patrzeć, lecz oczy same zwróciły się ku rozmazanemu obrazkowi. Sylwetka rzeczywiście przypominała Marka — ta sama postawa, ten sam sposób trzymania rąk w kieszeniach.

— Kim jest ta kobieta? — wyszeptałam.

— Tego nie wiem. Ale się dowiem. Mam znajomości, Wando. Wszędzie moi ludzie. — Schował telefon i spojrzał na mnie z udawaną troską. — Nie martw się za bardzo. Faceci są słabi. Może to nic poważnego.

Odwróciłam się i ruszyłam do klatki, czując, jak drżą mi nogi. Za plecami usłyszałam zadowolony głos sąsiada:

— Jak coś wykryję, od razu ci powiem! Jesteśmy przecież sąsiadami, musimy sobie pomagać!

W domu usiadłam w kuchni i długo wpatrywałam się w okno. Czterdzieści trzy lata małżeństwa. Dwoje dzieci, dwoje wnuków. Czy naprawdę w naszym wieku możliwe są takie głupoty?

Marek wrócił z pracy o zwykłej porze, pocałował mnie w policzek, umył ręce i zasiadł do kolacji.

— Jak na działce? — zapytałam niewinnie, obserwując go.

— Normalnie. Marchew, pietruszka. Zmęczony jestem, bolą plecy. — Przeciągnął się, trzeszcząc kręgami. — Jutro znów jadę, trzeba skopać grządki.

— A do miasta nie wstępowałeś? Może po maść na plecy?

Mąż spojrzał na mnie zdziwiony.

— Po co? Wszystko miałem ze sobą. Chciałaś coś kupić?

Odwróciłam się do kuchenki. Albo Marek kłamie znakomicie, albo Jan się pomylił. Ale zdjęcie…

— Marek, widziałeś dzisiaj Jana Nowaka?

— Sąsiada? Tak, rano w windzie. Dziwny się zrobił, wypytywał, dokąd jadę, po co. Jak śledczy. — Zmarszczył brwi. — A co ci mówił?

— Nic specjalnego. Tylko się przywitał.

Noc była bezsenna. Przewracałam się z boku na bok, nasłuchując oddechu męża. Czterdzieści trzy lata razem, a teraz te wątpliwości. Czy naprawdę może być inna kobieta? W naszym wieku?

Rano Marek jak zwykle wybrał się na działkę. Pocałował mnie, wziął termos i jedzenie.

— Wrócę wieczorem — powiedział. — Może kupię rybę, jeśli trafię na świeżą.

Odprowadziłam go do windy. Nie minęło pół godziny, gdy zadzwonił dzwonek. Jan Nowak stał w drzwiach z triumfującą miną.

— Wando, mogę wejść? Mam nowiny.

— Proszę — westchnęłam.

Sąsiad usiadł w kuchni, odchrząknął uroczyście.

— No więc, o tej kobiecie już wiem. Nazywa się Lidia Woźniak. Pracuje w przychodni na Słowackiego, pielęgniarka. Owdowiała trzy lata temu. Dzieci mieszkają za granicą. — Zrobił pauzę, lubując się efektem. — Twój Marek zna ją od pół roku. Poznali się w kolejce do lekarza.

— Skąd to wiesz? — spytałam cicho.

— Moja żona ma kuzynkę w rejestracji. Wie wszystko. Mówi, że często ich widuje — w stołówce, na ławeczce przed przychodnią. — Pochylił się. — I jeszcze coś: twój mąż chodzi na wizyty co tydzień. Do kardiologa. Wiedziałaś o tym?

Zbladłam. Marek nigdy nie narzekał na serce. Zawsze mówił, że jest zdrowy jak koń.

— Nie wiedziałam — przyznałam.

— No widzisz! Ukrywa przed tobą. A po co, jeśli nie ma się czego wstydzić? — Jan zadowolony skinął głową. — Radzę go śledzić. Jutro, na przykład. Sprawdzić, czy naprawdę jedzie na działkę.

— Nie będę śledzić własnego męża! To… nieładne.

— Co nieładnego? Jesteś żoną, masz prawo wiedzieć. — Wstał. — No dobrze, twoja sprawa. Ja swój sąsiedzki obowiązek spełniłem.

Po jego wyjściu rozpłakałam się. Czterdzieści trzy lata bezgranicznego zaufania. Nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło, że Marek mógłby mnie zdradzić. A teraz…

Wieczorem Marek przywiózł rybę — śliczne płocie. Opowiadał, jak brały, jaka była piękna pogoda. Zwyczajny, znajomy, swój. Czy naprawdę potrafiłby kłamać?

— Marku — zaczęłam ostrożnie. — Byłeś ostatnio u lekarza? Może coś ci dolega?

Zastygł z nożem w ręce.

— Skąd to pytanie?

— Tak sobie. Jesteśmy już nie młodzi, trzeba dbać o zdrowie.

— Wszystko w porządku. Po co mi lekarze? — Wrócił do czyszczenia ryb, ale zauważyłam napięcie w jego ramionach.

— Jeśli coś cię boli, powiesz mi?

— Oczywiście. A co, ktoś ci coś powiedział? — Spojrzał na mnie, a w jego oczach mignął niepokój.

— Nikt. Po prostu się martwię.

Następnego dnia Marek znów wybrał się na działkę. Po pół godzinie wyszłam i ja. Postanowiłam poznać prawdę.

Przychodnia na Słowackiego była niedaleko. Usiadłam na ławce naprzeciwko, zasłaniając się gazetą. CzTego samego dnia wieczorem, gdy Marek wrócił z działki, usiadłam z nim w kuchni i powiedziałam: „Wiem o twoim sercu, wiem o Lidii, i wiem, że powinniśmy być ze sobą szczerzy po tylu latach”.

Rate article
Fajna Tajna
Sąsiad wiedział zbyt wiele