— Halina Stanisławówna! Halina Stanisławówna, zaczekaj pani! — krzyczał sąsiad Jan Kowalski, wymachując rękami i niemal biegnąc za kobietą przed klatką schodową. — Dokąd się pani tak spieszy? Musimy porozmawiać!
— Nie mam czasu, panie Janie, muszę odebrać wnuczkę z przedszkola. — Halina próbowała go ominąć, lecz mężczyzna zagrodził jej drogę.
— Wnuczka poczeka. Sprawa jest poważna, chodzi o pana Wojciecha. — Oczy sąsiada błyszczały podejrzanie. — Wie pani, gdzie był wczoraj mąż?
Halina zastygła. W piersi ściśnęło się nieprzyjemnie, ale starała się nie okazywać niepokoju.
— Oczywiście, że wiem. Na działce. Plewił marchew.
— Na działce? — Jan Kowalski uśmiechnął się krzywo. — Ciekawe. A ja widziałem go koło trzeciej na ulicy Mickiewicza. Pod apteką. Z jakąś kobietą. Rozmawiali… bardzo blisko.
Słowa uderzyły Halinę jak młot w skroń. Wojciech wyjechał rano, mówił, że wróci na kolację. A wieczorem przyszedł zmęczony, ubłocony, narzekał na ból pleców od pracy w ogródku.
— Pomylił się pan — szepnęła. — Mój mąż cały dzień spędził na działce.
— Pomyliłem? — Jan sięgnął do kieszeni po telefon. — Mam nawet zdjęcie. Pewnie, trochę rozmazane, robione z daleka, ale pana Wojciecha widać wyraźnie.
Halina nie chciała patrzeć, lecz oczy same przemknęły ku ekranowi. Sylwetka rzeczywiście przypominała męża. Ta sama przygarbiona postawa, ten sam sposób trzymania rąk w kieszeniach.
— Kim jest ta kobieta? — wyszeptała.
— Tego nie wiem. Ale się dowiem. Mam przecież znajomych, Halino Stanisławno. Wszędzie ktoś siedzi. — Schował telefon i spojrzał na nią z fałszywym współczuciem. — Niech się pani nie martw— Nie martwi się pani na zapas — mruknął Jan Kowalski, choć w jego głosie słychać było absurdalną satysfakcję z wywołanego zamętu.



