**Samotna w tłumie bliskich**
– Mamo, znowu się czymś martwisz? – zirytowana rzuciła Weronika, nie odrywając wzroku od telefonu. – Pomyśl tylko, nie przyjechali na twoje urodziny. Ludzie mają swoje sprawy.
– Jakie sprawy? – cicho zapytała Danuta, ściskając w dłoniach serwetkę. – Kasia obiecała przyjechać z dziećmi, Marek też mówił, że się zwolni. A Tomek wręcz powiedział, że już kupił prezent.
– No i co? – Weronika w końcu oderwała wzrok od ekranu. – Kasia siedzi z chorymi dziećmi, Marek ma problemy w pracy, a Tomek utknął w delegacji w Krakowie. Nikt specjalnie tak nie planował.
Danuta w milczeniu nakrywała stół w salonie. Piękny obrus, najlepsze talerze, które stawiała tylko na wyjątkowe okazje. Siedemdziesiąt lat – czyż to nie wyjątkowa okazja? Cały tydzień kupowała składniki, od rana gotowała ulubione dania dzieci. Śledź w majonezie dla Kasi, ziemniaki z grzybami dla Marka, tort napoleoński dla Tomka.
– Werka, może jeszcze do nich zadzwonimy? – poprosiła. – Może jeszcze zdążą?
– Mamo, daj spokój! – Weronika wstała od stołu. – Muszę już wracać. Jacek sam z dziećmi, zmęczy się.
– Ale prawie nie zjedliśmy…
– Co tu jest? Sałatki jakieś. W domu zjem normalnie.
Danuta patrzyła, jak najmłodsza córka pakuje torbę. Szybko, pośpiesznie, jakby bała się spóźnić na coś ważnego.
– No już, mamo, nie smuć się. Następnym razem się wszyscy zjadą, zobaczysz.
Pocałunek w policzek, trzask drzwi. Danuta została sama za stołem nakrytym dla sześciu osób.
Długo siedziała, patrząc na puste talerze. W mieszkaniu panowała cisza, przerywana tylko tykaniem zegara na ścianie. Tego samego, który dostała od nieżyjącego już męża na trzydzieste urodziny. Ileż świąt obchodzili przy tym stole! Urodziny dzieci, Nowy Rok, zakończenia szkół, wesela…
Danuta wstała i zaczęła sprzątać ze stołu. Śledzia zapakowała do pojemnika – jutro zaniesie sąsiadce Janinie. Ziemniaki też do lodówki. Tort pokroiła na kawałki i schowała. Wyszło ich dużo.
Gdy już wszystko posprzątała, usiadła w ulubionym fotelu męża i wyjęła telefon. Na ekranie świeciły się nieprzeczytane wiadomości.
„Mamusiu, wszystkiego najlepszego! Przepraszam, że nie dojechałam. Dzieci chore, gorączka prawie czterdzieści. Na pewno wpadnę w weekend. Całuję.” Od Kasi.
„Mamo, gratulacje! Problemy w pracy, mogą mnie zwolnić, nie mogę się rozpraszać. Prezent przekażę przez Weronikę. Zdrowia życzę.” Marek, jak zwykle, krótko.
„Mamuś, z okazji jubileuszu! Utknąłem w Krakowie, odwołali pociąg. Nadrobię przy spotkaniu. Kocham.” Tomek, najmłodszy.
Wszyscy przepraszają, wszyscy kochają, wszyscy na pewno przyjadą później. Danuta odłożyła telefon i zamknęła oczy. Zmęczenie nadeszło nagle, ciężkie i kleiste.
Następnego dnia obudził ją dzwonek do drzwi. Na progu stała sąsiadka Janina z bukietem astrów.
– Danusiu, z okazji wczorajszych urodzin! – uśmiechnęła się. – Przepraszam, że nie wczoraj, miałam zawody wnuczka.
– Dziękuję, Janka – Danuta przyjęła kwiaty. – Wchodź, herbatę zaparzymy.
– Jak przebiegło przyjęcie? Dzieci były?
Danuta postawiła czajnik i milczała. Janina zrozumiała bez słów.
– Znowu nie mogli?
– Mają swoje sprawy – cicho odpowiedziała Danuta. – Praca, chore dzieci…
– Danusiu, a mówiłaś im, jak bardzo ci na tym zależało?
– Po co? Nie dzieci przecież, powinni sami rozumieć.
Janina pokręciła głową.
– Powinni, ale nie rozumieją. Moje takie same. Dopóki nie powiesz wprost, nie dociera.
Pili herbatę z resztkami tortu napoleońskiego. Janina chwaliła, pytała o przepis, opowiadała o wnukach. Danuta słuchała i myślała, że z sąsiadką rozmawia się jej łatwiej niż z własnymi dziećmi.
– Danusiu, może znajdziemy sobie jakieś zajęcie? – zaproponowała Janina. – Albo zapiszemy się do klubu seniora. Są tam tańce, śpiewanie.
– Co ty, Janka. Nie mam głowy do takich rzeczy.
– A do czego masz głowę? Dzieci dorosłe, żyją swoim życiem. Dlaczego ty nie możesz żyć dla siebie?
Po wyjściu Janiny Danuta długo rozmyślała nad jej słowami. Żyć dla siebie? A jak to? Całe życie żyła dla innych. Najpierw dla rodziców, potem dla męża, potem dla dzieci. Nawet po śmierci męża wciąż żyła dla dzieci. Pomagała z wnukami, gotowała, prała, gdy przynosili pranie.
Wieczorem zadzwoniła Kasia.
– Mamo, co u ciebie? Jak minęły urodziny?
– Normalnie – odpowiedziała Danuta.
– Weronika mówi, że siedziałyście we dwie. Przecież tłumaczyłam, tu koszmar. Wawrzek z gorączką, Zosia kaszle. Wzywaliśmy lekarza.
– Rozumiem, córeczko. Dzieci ważniejsze.
– Mamo, nie mów tak. Wiesz, że cię kocham. Po prostu pechowo wyszło.
– Wiem.
– Słuchaj, a możesz w sobotę wpaść? Posiedzieć z dziećmi parę godzin? Muszę do lekarza, a z chorymi nie przyjmą.
Danuta chwilę milczała.
– Jasne, przyjadę.
– Dziękuję, mamo! Jesteś najlepsza!
Po rozmowie Danuta usiadła przy oknie i patrzyła na podwórko. Dzieci bawiły się w piaskownicy, mamy gadały na ławkach. Zwykły wieczorny widok, ale dziś wydawał się jej obcy, niedostępny.
W sobotę pojechała do Kasi. Dzieci faktycznie chorowały, choć już wracały do zdrowia. Wawrzek marudził, domagał się uwagi. Zosia wieszała się na babci, prosiła, żeby poczytać.
– Babciu, a czemu nie przychodzisz do nas codziennie? – spytała Zosia, siadając na kolanach.
– A po co codziennie?
– No żebyśmy byli razem. Mama ciągle zajęta, tata w pracy. A z tobą fajnie.
Danuta mocniej przytuliła wnuczkę. Chociaż komuś była potrzebna.
Kasia wróciła po trzech godzinach.
– Mamo, wielkie dzięki! – wyglądała na zmęczoną. – LekW niedzielę Danuta obudziła się z uśmiechem, bo po raz pierwszy od dawna wiedziała, że jej życie należy teraz przede wszystkim do niej.



