Rywalizacja od dzieciństwa: historia pewnej nadziei

Kamil wyszedł na ganek rodzinnego domu, wciągnął w płuca ciepłe wieczorne powietrze wsi i przysiadł na starej ławce, która skrzypiała pod nim tak samo, jak w dzieciństwie. Po chwili do domu podszedł powoli Tomek. To był ten sam przyjaciel, z którym Kamil dorastał ramię w ramię, ale wiele lat temu coś poszło nie tak…

„No i jak tam życie?” – zapytał Tomek, poklepując Kamila po ramieniu po męsku.

„Jakoś leci” – skinął głową Kamil. „Pracuję, kupiłem mieszkanie w mieście.”

„Spoko” – przytaknął Tomek z uznaniem. „Zawsze byłeś bystry. Nie to co ja…”

„Daj spokój!” – uśmiechnął się Kamil. „Rodzice mi opowiadali, że masz teraz najładniejszy dom w okolicy. Podobno sąsiedzi biorą z ciebie przykład.”

„Ty też nie masz najgorzej – mieszkanie w mieście. Kupiłeś coś nie gorszego niż ja wybudowałem.”

Rozśmiali się. A potem, jakby z przyzwyczajenia, poszli do domu Tomka. Wyciągnęli chleb, jajka, kiełbasę. Postawili butelkę domowej nalewki. Nalali po kieliszku, obaj skrzywili się – rzadko piją.

Nagle Tomek powiedział:

„Słuchaj… A Wiola… Wiesz?”

Kamil zdrętwiał:

„Co?”

„Wyszła za mąż. Za jakiegoś… z sąsiedniej wioski. Teraz uczy w naszej szkole.”

„Wiola?” – powtórzył Kamil, a w piersi coś mu się ścisnęło. „Nie wiedziałem…”

„Ja też nie wierzyłem. Myślałem, że minie… Ale trzy dni harowałem przy kombajnie – i nie przeszło. Rozumiesz?”

Znów nalał. Wypili, a potem siedzieli w milczeniu, wpatrując się w swoje kubki z herbatą.

Nagle obaj podnieśli wzrok i wybuchnęli gromkim śmiechem – tak, jak śmiali się w dzieciństwie. Do łez, do czkawki.

„No i proszę” – otarł łzy Tomek. „Tyle lat przez nią… a tu tak się potoczyło.”

„No” – przytaknął Kamil. „Turniej sobie zrobiliśmy. Kto lepszy, kto wytrwalszy, kto głośniejszy. A ona – raz, i poszła w siną dal z kimś innym.”

„Mądra była” – niespodziewanie stwierdził Tomek. „Zdecydowała po swojemu. A my się staraliśmy…”

„No właśnie” – zamyślił się Kamil. „Ale tak naprawdę nie na próżno. Ty dom postawiłeś, ja w szpitalu oddziałem kieruję. Oboje coś w życiu osiągnęliśmy.”

„Właśnie!” – ożywił się Tomek. „Mamy po dwadzieścia dziewięć lat. Życie dopiero się zaczyna!”

„A tak w ogóle, to ty pierwszy zacząłeś” – przypomniał Kamil.

„Może i tak. Ale ty kontynuowałeś. Bystry, cholera.”

„Więc i ja byłem nie mniej głupi. Oboje byliśmy” – uśmiechnął się Kamil.

„Pamiętasz, jak po szkole siedziała na tej ławce i patrzyła na nas obu tak samo? Ani tobie, ani mnie – nikomu.”

Znowu zamilkli. Wspominali.

Z Tomkiem Kamil znał się od urodzenia – przyszli na świat niemal tego samego dnia. Dorastali razem, żyli przez płot. Razem się bawili, w jednej szkole uczyli, w jednej ławce siedzieli. Do ósmej klasy byli nierozłączni.

A potem w klasie pojawiła się Wiola.

Wyrosła jakby w ciągu jednego lata. Z rozkrzyczanej dziewczynki na rowerze zmieniła się w smukłą dziewczynę z długim jasnym warkoczem. I wszystko się zmieniło. Przyjaciele stali się rywalami.

Tomek ciągnął do techniki, majsterkował przy traktorze ojca. Kamil – do książek i zwierząt. Jeden szedł w pole, drugi – do laboratorium.

Wiola patrzyła na obu tym samym wzrokiem, od którego serce traciło rytm.

Po szkole Kamil wyjechał na studia do miasta, a Tomka wzięli do kombajnu. Wiola zaczęła zaoczne i pojawiała się raz u jednego, raz u drugiego. Przynosiła wieści: kto więcej zarobił, kto dostał podwyżkę stypendium. Ale z nikim się nie związała.

Nawet wojsko nie pogodziło przyjaciół. Stali się mężczyznami, każdy poszedł swoją drogą. Tomek wybudował dom, kupił pierwszą we wsi terenówkę. Kamil został lekarzem, obronił doktorat. Ale wciąż – obaj byli kawalerami. Wciąż – samotni. Wciąż – w pamięci mieli tamtą dziewczynę z jasnym warkoczem.

I teraz siedzą w kuchni, zmęczeni, z przyciemnionymi przez czas oczami – i śmieją się. Gorzko i jasno.

„A tak w ogóle, to dobrze, że wyszła za mąż” – powiedział w końcu Kamil. „Poważnie. Może on ją naprawdę kocha.”

„Może…” – cicho odpowiedział Tomek. „Mam nadzieję, że kocha. Bo inaczej… Szkoda było.”

Zamilkli. Potem Tomek uderzył pięścią w stół:

„Wiesz co? A może urządzimy toast. Za nią. Za nas. Za to, że życie idzie dalej.”

„No” – uśmiechnął się Kamil. „Za to, że wciąż jesteśmy obok. I że nie jesteśmy wrogami.”

Tomek nalał po ostatnim kieliszku.

„Za Wiolę.”

„Za Wiolę.”

Szkło zadźwięczało. A za oknem wieczór zamieniał się w noc. Nad starą ławką pochylały się dwa cienie – już nie chłopcy, ale jeszcze nie starcy. Po prostu dwaj ludzie, których życie raz złączyło i już nie rozdzieliło.

A Wiola… No cóż, niech będzie szczęśliwa. Zasłużyła sobie.

Rate article
Fajna Tajna
Rywalizacja od dzieciństwa: historia pewnej nadziei