Różnorodne ścieżki

W małym miasteczku, otoczonym ponurymi sosnowymi lasami i szarymi polami, gdzie wiatr pędził suche liście po ulicach, życie toczyło się powoli, jak leniwa rzeka w dolinie. Pod koniec dnia pracy zadzwonił telefon Marka. Melodia, którą wybrała jego dziewczyna Kornelia, przerwała ciszę. Odebrał i usłyszał jej głos:

— Marek, będę w salonie piękności. Zajdź po mnie, wiesz gdzie.

— Dobrze, zaraz będę — krótko odpowiedział i rozłączył się.

Marek wiedział, że Kornelia spędza w salonie co najmniej dwie godziny, więc się nie spieszył. Po pracy zaparkował samochód, a żeby zabić czas, wstąpił do pobliskiej kawiarni.

— Zadzwoni, jak skończy — pomyślał, siadając przy stoliku. Kelner natychmiast podszedł z zamówieniem.

Zjadł, przejrzał wiadomości, obejrzał kilka filmików, ale Kornelia wciąż nie dawała znaku życia. *”Ciekawe, ile dziś wyda?”* — przemknęło mu przez myśl. Choć płacił nie ona, a jej ojciec — wpływowy biznesmen, którego pieniądze płynęły szeroką rzeką. Kornelia nigdy nie oszczędzała.

Spotykali się siedem miesięcy, czasem mieszkali razem w jego skromnym dwupokojowym mieszkaniu. Gdy jednak nudziła ją jego „ciasnota”, wracała do rodziców do wystawnej willi za miastem. Jedynaczka, która nie znała słowa „nie”. Kornelia przedstawiła Marka rodzicom, ale jej matka, Aldona, patrzyła na niego z góry. Zwykły informatyk, 27 lat — co można po nim oczekiwać? Kornelia widocznie przekonała matkę, by nie wtrącała się, więc choć była chłodna, nie robiła mu scen. Marek czuł się w ich domu jak intruz.

I on sam zaczynał rozumieć, że Kornelia to nie ta, o której marzył. Ale myśl o ślubie nie dawała mu spokoju, zwłaszcza po słowach jej ojca: *„Jeśli uczynisz moją córkę szczęśliwą — będziesz miał wszystko. Jeśli ją zmartwisz — pożałujesz.”* Aluzja była jasna.

Kornelia była kapryśna, ale olśniewająco piękna. Marek nie rozumiał, po co tyle czasu w salonie — i bez tego była idealna. Inteligentna, z poczuciem humoru, lecz zarozumiała i rozpieszczona pieniędzmi ojca. Dzień wcześniej oznajmiła:

— Marek, za dziesięć dni lecimy na Malediwy. Tata wszystko opłaci. Jestem zmęczona, potrzebuję odpoczynku.

— Od czego? Nie pracujesz — zdziwił się.

— Tata załatwi ci urlop, nie martw się.

Jej słowa drażniły. Ich relacja stawała się coraz trudniejsza. Marek czuł, że pochodzą z różnych światów, ale wciąż planował się ożenić. Rozmyślając nad kawą, nagle usłyszał:

— Marek, ty? — mężczyzna naprzeciw uśmiechał się jak do starego kumpla.

— Krzysiek? — Marek poderwał się, rozpoznając przyjaciela z dzieciństwa. — Nie wierzę! Ile lat minęło, dwanaście?

— Dorosłeś, stary! — Krzysiek poklepał go po ramieniu. — Wyglądasz jak solidny facet.

— I ty nie chłopak już — zaśmiał się Marek. — Co tu robisz?

— Czekam na siostrę, Kingę. Uczy się w konserwatorium, ostatni rok. Dziś ma koncert, a ja klasyki nie znoszę, więc wpadłem tutaj — uśmiechnął się.

— Kinga? Jak się ma? — ożywił się Marek.

— Genialna! Zwykła dziewczyna ze wsi, a sama się dostała, bez układów — powiedział z dumą.

— Chcę ją zobaczyć! — wykrzyknął Marek.

— Za pół godziny zadzwonię, pojedziemy po nią. Jeśli nie masz planów, dołącz. Sam jesteś?

— Czekam na Kornelię, narzeczoną. Jest w salonie, zaraz przyjdzie.

— Super, przyjedziemy z Kingą — Krzysiek odszedł, obiecując wrócić.

Marek pogrążył się we wspomnieniach. Lato u babci na wsi, gdzie mieszkali Krzysiek i Kinga. Ich podwórko z jabłoniami, jezioro, rzeka. Łowili ryby, piekli je na ognisku, śpiewali przy gitarze. Kinga, chuda dziewczyna z ciemnymi warkoczami, była jego pierwszą miłością. *”Jak teraz wygląda?”* — myślał, nieświadomie uśmiechając się do siebie.

— Uśmiechanie się do ściany jest głupie — usłyszał głos Kornelii.

— Nareszcie — Marek spojrzał na nią, próbując dostrzec, co zmieniło się przez trzy godziny w salonie.

— No i jak? — zadała kokieteryjne pytanie.

— Nieźle — odparł.

— Nieźle?! — oburzyła się. — Wiesz, ile kosztuje ten manicure i zabieg kosmetyczny? Jestem niesamowita, prawda?

— Jak zwykle — skinął głową, by uniknąć kłótni.

— Jedziemy do mnie, czekają goście — oznajmiła.

— Nie mogę, umówiłem się ze starymi znajomymi. Zaraz przyjadą.

Kornelia nadęła się, gotowa do awantury, ale do kawiarni weszli Krzysiek i Kinga. Ta rzuciła się Markowi na szyję:

— Marek, ile lat! Wyrosłeś na przystojniaka!

Zamarł, oszołomiony jej urodą — naturalną, promienną, z ciepłymi brązowymi oczami. Nie chciał przerywać uścisku, ale Kornelia zimno odezwała się:

— Witajcie.

— To Kornelia, moja narzeczona — wyjaśnił Marek. — A to Krzysiek i Kinga.

— Cześć, piękna — uśmiechnął się Krzysiek.

Rozmawiali o przeszłości, a Kornelia milczała, demonstracyjnie ich ignorując. Marek wspominał lato, jabłonie, jezioro.

— Lepiej na Malediwach pod parasolem — przerwała Kornelia. — Basen taty jest większy niż wasze bajoro.

— Ryby tam są? — zażartował Krzysiek.

— W restauracjach, gdzie jem świeże owoce morza — odcięła.

Rozmowa przygasła. Kinga zaproponowała:

— Marek, przyjedź do nas na wieś.

— Na pewno — odpowiedział, spoglądając na Kornelię. — W weekend.

Kornelia oznajmiła:

— Dobrze, pojadę z tobą do tej dziury.

— Nie warto — zmarszczył brwi Marek. — Komary, las, jezioro. Umrzesz z nudów.

— Wezmę wodę mineralną, normalnej tam nie ma — burknęła.

— I przenośną toaletę z mikrofalówką — dodał sarkastycznie.

Na wsi przywitali ich ciepło. Stół nakryty pod jabłonią, smażone kiełbaski. Marek czuł się jak za dzieciństwa. Kornelia tylko marudziła:

— MareNa złość jechać nie musiał, bo zrozumiał, że prawdziwe szczęście kryje się w prostocie i uczciwości, nie w pozłacanych klatkach.

Rate article
Fajna Tajna
Różnorodne ścieżki