RÓŻNI LUDZIE Żona Igora była… dziwna. Piękna, owszem: naturalna blondynka z czarnymi oczami, kształtna, zgrabna, długonoga, a w łóżku – prawdziwy ogień. Na początku liczyła się tylko namiętność, nawet nie było kiedy się zastanawiać. Potem ciąża, jak to u ludzi – pobrali się, bo tak wypadało. Urodził się syn, także jasnowłosy, czarnooki. Wszystko było jak u każdego młodego małżeństwa: pieluchy, pierwsze kroki i słowa, i Jana zachowywała się normalnie, opiekowała się dzieckiem, zwykła młoda mama. A potem, kiedy syn zrobił się nastolatkiem, Jana nagle zaczęła interesować się fotografią. Ciągle coś fotografowała, zapisała się na jakieś kursy, wiecznie z tym aparatem… — Czego ci brakuje? — pytał Igor. — Pracujesz jako prawniczka, to pracuj. — Prawnikiem — poprawiała spokojnie. — No to prawnikiem. Zajmij się bardziej rodziną, a nie włócz się gdzie popadnie. Sam nie rozumiał, co go drażni. Przecież nie zaniedbywała domu. Obiad ugotowany, czysto, dziecko odrobione – wracał z pracy, kładł się na kanapie przed telewizorem, tak jak powinno być. Ale denerwowało go, że żona jakby znika gdzieś, gdzie nie ma dla niego miejsca. Jest, a jakby jej nie było. Nigdy nie oglądała z nim telewizji, nie dyskutowała o ciekawych rzeczach. Po prostu – nakarmi i znów nie z nim. — Ty jesteś żonatą kobietą czy nie? — denerwował się Igor, kiedy znowu przyłapał ją przy komputerze. Jana milczała. Zamykając się w sobie. Uwielbiała też egzotyczne podróże. Brała urlop i jeździła z plecakiem, z tym swoim aparatem. Igor nie rozumiał. — Pojedźmy do znajomych na działkę. Mają saunę i własną pędzoną wódkę, i w ogóle już pora pomyśleć o swojej działce. Jana odmawiała, ale zabierała Igora na swoje wyjazdy. Raz spróbował. No i nic z tego. Wszędzie obco, mówią w dziwnym języku, a jedzenia nie da się przełknąć – tak ostre. Dla niego pięknem nigdy nie był zainteresowany. Potem Jana zaczęła jeździć bez niego. Odeszła też z pracy. — A co z emeryturą? — oburzał się Igor. — I w ogóle kim ty się stałaś? Myślisz, że zostaniesz wielką fotografką? Wiesz, ile kasy trzeba, żeby się przebić? Jana nic nie odpowiadała. Tylko raz nieśmiało powiedziała: — Będę miała swoją pierwszą wystawę. — Każdy ma wystawę — burknął Igor. — Wielkie osiągnięcie. Na otwarcie poszedł. Nic nie zrozumiał. Jakieś twarze, nawet nie ładne. Pomarszczone ręce, mewy nad wodą. Wszystko dziwne, jak sama Jana. Pośmiał się z niej wtedy. A ona kupiła mu samochód. Proszę, jesteśmy rodziną, korzystaj. Sama nie zrobiła prawa jazdy, jemu podarowała. Zleceniami na sesje zarobiła. Wtedy przestraszył się. Nieprzyjemnie się zrobiło. Co to za dzikie stworzenie zamiast żony? Skąd te pieniądze? Dali faceci? Przecież to niemożliwe, żeby na takim dziwactwie zarobić na samochód. Chyba się puszcza. Nawet jeśli nie teraz, to na pewno prędzej czy później będzie. Próbował ją nawet „wychować” – tak, lekko spoliczkował. Chwyciła za nóż, machnęła na oślep – dwa szwy na brzuchu. Na szczęście nie przyszło jej do głowy, żeby dźgnąć, histeryczka. Potem przepraszała. Ale już nigdy więcej nie podniósł na nią ręki. Kochaneczki uwielbiała bardzo. Wszystkim pomagała, do domu znosiła, leczyła, szukała nowych domów. U nich zawsze mieszkały dwa koty. Niby fajne, łagodne, ale to przecież nie ludzie! Jak można kochać koty bardziej niż męża? Kiedyś padł jej kot, nie zdołała uratować, zdechł na jej rękach w klinice. Jana wtedy rozpaczała! I płakała, i piła koniak, i siebie winiła. Trwało to wiele dni. Igor miał dość, rzucił rozżalony: — Zostało ci jeszcze tylko za karaluchami płakać! Natknął się wtedy na jej ciężki wzrok, zamilkł, trzasnął drzwiami, wyszedł. Niech robi, co chce. Przyjaciele współczuli, koleżanki żony też były po stronie Igora. Wszyscy mówili, że Jaśka przewróciło się w głowie, straciła kontakt z rzeczywistością. Wtedy znalazł pocieszenie u sąsiadki, która była przy okazji dziecięcą przyjaciółką Jany. Irka była prostsza, bardziej zrozumiała. Pracowała jako ekspedientka, nie interesowało ją żadne „sztuka”, zawsze była gotowa i do seksu, i do rozmowy. Co prawda za dużo piła, ale przecież nie zamierzał się z nią żenić… Czekał, aż Jana się zorientuje, wścieknie, zrobi awanturę, scenę zazdrości, powybija talerze. Wtedy powie: „A ty sama – gdzie się podziewasz?” Potem sobie wybaczą wszystkie zdrady i rodzina wróci do normy. I Irenkę będzie można zostawić. Ale Jana milczała. Tylko patrzyła jakoś źle. A w łóżku – całkiem się rozeszło. Cała się spinała, jak próbował ją pogłaskać. Przeniosła się do osobnego pokoju. Syn dorósł, skończył studia na uniwersytecie. Taki sam, jak matka: czarnooki, jasnowłosy i dziwny. — Kiedy wnuki? — pytał Igor. Denis tylko się śmiał, że najpierw chce coś zrobić w życiu, a i prawdziwą miłość spotkać. Wtedy będą wnuki, ojciec. Obcy, niezrozumiały. Matczyna krew. On i Jana zawsze mieli pełną harmonię, rozumieli się bez słów. Igor czuł się zbędny, przerażały go te czarne oczy, których nie potrafił odczytać. Wciąż szukał pocieszenia u Irki. Aż w końcu Jana się dowiedziała. Ktoś z sąsiadów powiedział. Igor zresztą wcale się nie ukrywał. Wrócił któregoś dnia do domu, a żona siedziała przy stole, paliła papierosa. I cicho, niemal szeptem: — Wynoś się stąd! Wynocha z domu! A oczy miała takie czarne, straszne, podkreślone sińcami. Poszedł do Irki. Czekał, kiedy żona go poprosi, by wrócił. Po tygodniu napisała na WhatsAppie, że trzeba pogadać. Ucieszył się, wziął prysznic, wyperfumował się drogimi perfumami. A Jana od progu: — Jutro idziemy składać wniosek o rozwód. Reszta jak we śnie. Rozwód, papierki, podpisy, z mieszkania zrezygnował, po dobroci, bo było po jej rodzicach… — I co teraz będziesz robić? Żyć jako rozwódka? — spytał złością. Chciał jeszcze dodać: „Komu ty jesteś potrzebna?”, ale się powstrzymał. Jana się uśmiechnęła. Pierwszy raz od lat uśmiechnęła się do niego tak szczerze i szeroko: — Jadę do Gdańska. Dostałam tam poważny projekt. — Tylko nie sprzedawaj mieszkania — poprosił jakoś głupio. — Gdzie wrócisz? — Nie wrócę — spokojnie odpowiedziała żona, a właściwie już była żona. — Wiesz, kocham od dawna innego człowieka. Też fotografa, z Gdańska, z nim jest mi niesamowicie ciekawie. Ale myślałam, przecież jestem mężatką, zdradzać mi obrzydzenie, a jakoś nie było powodu do rozwodu. Po prostu my jesteśmy różni ludzie. Z powodu tego się nie rozwodzą? A może tak? — Nie rozwodzą się — potwierdził Igor. — A jednak się rozwiedli — zaśmiała się Jana. — Na początku się wściekłam, jak się o Irce dowiedziałam. Ale potem pomyślałam – wszystko na lepsze. Będę szczęśliwa, ty też. Żeń się z nią i niech wam się wszystko układa. I odeszła. — Nie ożenię się — powiedział Igór do jej pleców. Ale Jana już nie usłyszała. Od tego czasu żadnych wieści od niej. Tylko raz w roku krótkie życzenia na WhatsAppie: „Wszystkiego najlepszego! Zdrowia i szczęścia! Dziękuję za syna”.

RÓŻNI LUDZIE

Żona Marcina była… dziwna. Bardzo piękna, to prawda: naturalna blondynka z czarnymi oczami, wyjątkowo zgrabna, długonoga, biuściasta. I w łóżku istny ogień. Początkowo była tylko namiętność, nawet nie było czasu zastanawiać się nad czymś innym. Potem pojawiła się ciąża. No to pobraliśmy się, jak należy.

Urodził się syn, także jasnowłosy i czarnooki. I mieliśmy wszystko jak wszyscy: pieluchy, pierwsze kroki, pierwsze słowa. I Justyna zachowywała się normalnie, tuliła dziecko, taka zwyczajna młoda mama.

Zmieniło się, gdy syn stał się nastolatkiem. Justyna nagle zaczęła pasjonować się fotografią. Bez przerwy coś pstrykała, zapisała się na jakieś kursy. Z aparatem wiecznie pod pachą.

Czego ci brakuje? pytałem. Pracujesz jako prawniczka, to pracuj.

Prawnikiem, poprawiała mnie Justyna.

No prawnikiem. Więcej rodzinie poświęcaj czasu, a nie szwędasz się nie wiadomo gdzie.

Sam nie rozumiałem, co mnie drażni. Przecież nie zaniedbywała domu. Obiad ugotowany, czysto, nauka syna na niej. Przychodziłem z pracy, kładłem się na kanapie przed telewizorem, jak należało. Ale wkurzało mnie to, że żona znika gdzieś, gdzie dla mnie nie ma miejsca. Jest, a jakby nie było jej wcale. Nigdy nie oglądała ze mną telewizji, nie rozmawiała o ciekawych rzeczach. Nakarmi, i znów idzie do siebie.

Ty jesteś żoną czy nie? irytowałem się, znowu zastając ją przed komputerem.

Justyna milczała. Zamknięta w sobie.

Jeszcze uwielbiała jeździć po egzotycznych krajach. Brała urlop i z plecakiem włóczyła się wszędzie z tym swoim aparatem. Nie rozumiałem tego.

Jedźmy do znajomych na działkę. Zrobili saunę, mają świetną swojską wódkę. I sam poważnie myślę nad własną działką.

Justyna odmawiała, ale zapraszała mnie na swoje wyjazdy. Raz spróbowałem. No i co z tego? Wszystko obce, gadają w dziwnym języku, jedzenie piekielnie ostre. A tak szczerze, piękno krajobrazów nigdy mnie nie ruszało.

Więc Justyna zaczęła jeździć bez mnie. Nawet z pracy zrezygnowała.

A co z emeryturą? oburzałem się. I w ogóle, co ty sobie wyobrażasz? Wielka fotografka niby? Wiesz, ile trzeba pieniędzy, żeby się przebić?

Justyna nie odpowiadała. Tylko raz nieśmiało wyznała:

Będę miała pierwszą wystawę. Moja autorska.

Każdy teraz ma wystawę, odburknąłem. Wielkie rzeczy.

Ale na otwarcie poszedłem. Nic nie zrozumiałem. Jakieś twarze, nawet nieładne. Pomarszczone ręce, mewy nad wodą. Dziwne to wszystko, jak sama Justyna.

Pośmiałem się z niej wtedy. A ona po pewnym czasie kupiła mi samochód. Proszę bardzo, jesteśmy jedną rodziną, korzystaj. Sama nawet nie zdała na prawo jazdy, podarowała mi. Zarobiła na zdjęciach, biegała na zlecenia.

Wtedy poczułem strach. Zrobiło się nieswojo. Co to za istota w moim domu, zamiast żony? Skąd te pieniądze? Dali jej faceci? Przecież nie da się zarobić na samochód na takim bawieniu się. Chyba puszcza się? Nawet jeśli nie, to na pewno kiedyś tak będzie.

Nawet próbowałem ją wychowywać ot, lekko spoliczkowałem. Chwyciła nóż kuchenny, zamaszyście cięła na oślep dwa szwy na brzuchu. Dobrze, że nie przyszło jej do głowy dźgnąć. Potem przepraszała. Ale już więcej na to jej nie pozwoliłem.

Koty kochała bardzo. Pomagała wszystkim, przynosiła do domu, leczyła, oddawała do adopcji. U nas zawsze mieszkały dwa koty. Nic sobie, miłe, dobre, ale to nie ludzie! Jak można je kochać bardziej niż męża?

Kiedyś zdechł jej kot, nie udało się go uratować, umarł jej na rękach w klinice. Jak Justyna to przeżywała! I ryczała, i whiskey popijała, i siebie obwiniała. Tydzień to trwało. Miałem już dosyć, rzuciłem w złości:

Zacznij może jeszcze karaluchy wspominać!

Przeniknęła mnie ciężkim spojrzeniem, zamilkłem, wyszedłem. Rób co chcesz, pomyślałem.

Koledzy współczuli, przyjaciółki żony trzymały moją stronę. Wszyscy twierdzili, że Justyna całkiem zwariowała, nie zna umiaru. I wtedy znalazłem pocieszenie u sąsiadki, a zarazem dawnej koleżanki Justyny z dzieciństwa. Irena była dużo prostsza i bardziej zrozumiała. Pracowała w sklepie, nie interesowała się sztuką, zawsze gotowa na seks i rozmowę. Prawda, dużo piła, ale przecież nie muszę się z nią żenić.

Czekałem, aż Justyna zauważy, zrobi awanturę, scenę zazdrości, może pozbija naczynia. I wtedy powiem: A ty? Gdzie ty znikałaś? A potem wybaczymy sobie wszystko, rodzina się ułoży, a Irenę rzucę.

Ale Justyna milczała. Patrzyła tylko nieprzyjemnie. Nawet w łóżku wszystko się popsuło. Spięta, odsuwała się ode mnie za każdym razem, gdy próbowałem się do niej zbliżyć. Przeniosła się do osobnego pokoju.

Syn dorósł, skończył studia. Wyszedł cały w matkę: czarnooki, jasnowłosy i taki sam dziwny.

Kiedy wnuki? pytałem.

Dawidek tylko się śmiał: że chciałby zrobić coś w życiu, i prawdziwą miłość spotkać. Wtedy będą wnuki, tato. Obcy, niepojęty dla mnie. Matczyna krew. Oni z Justyną zawsze mieli pełną harmonię, rozumieli się bez słów. Czułem się wykluczony, aż ciarki przechodziły od tych czarnych oczu, których nie sposób było odczytać. Coraz częściej szedłem po pocieszenie do Ireny.

Aż Justyna się dowiedziała. Ktoś z sąsiadów jej powiedział. Zresztą, nie specjalnie się ukrywałem. Przychodzę kiedyś do domu, a żona siedzi przy stole, pali papierosa. I tak cicho mówi, szeptem:

Wynoś się stąd! Wynoś się z tego domu!

A oczy takie czarne, straszne, z podkrążeniami.

Poszedłem do Ireny. Czekałem, aż żona zawoła mnie z powrotem. Po tygodniu napisała na WhatsAppie, że musimy pogadać. Ucieszyłem się, wykąpałem, pachnidłem się drogimi perfumami. A Justyna od progu:

Jutro składamy papiery rozwodowe.

Dalej wszystko jak we śnie. Rozwód, papiery, podpisy, zrzekłem się swojej części mieszkania, uczciwie, bo to żona dostała ją po rodzicach…

I co teraz, będziesz mieszkać samotnie jako rozwódka? rzuciłem z żalem pod urzędem stanu cywilnego. Miałem powiedzieć jeszcze komu będziesz potrzebna, ale się powstrzymałem.

Justyna uśmiechnęła się. Pierwszy raz od wielu lat szczerze i szeroko uśmiechnęła się do mnie:

Jadę do Krakowa. Mam tam poważny projekt fotograficzny.

Tylko nie sprzedawaj mieszkania, poprosiłem bez sensu. Gdzie wrócisz?

Nie wrócę, spokojnie odpowiedziała była już żona.
Wiesz, od dawna kocham innego. On też jest fotografem, z Krakowa, jest mi przy nim fascynująco. Ale myślałam, jestem mężatką, zdrada byłaby obrzydliwa, ale rozwód? Przecież nie mamy powodu do rozwodu. Po prostu jesteśmy różnymi ludźmi. Czy to wystarczy do rozwodu? Może nie?

Nie rozwodzą się z tego powodu, potwierdziłem.

A jednak się rozwiedliśmy, zaśmiała się Justyna. Najpierw wściekałam się, gdy się dowiedziałam o Irenie. A potem uznałam, że to dla nas obu lepiej. Będę szczęśliwa, i ty też będziesz. Ożeń się z nią, niech wam się układa.

I wyszła.

Nie ożenię się, powiedziałem za nią cicho.

Ale Justyna już nie słyszała.

Od tamtej pory żadnych wieści od niej nie było. Tylko raz w roku krótka wiadomość na WhatsAppie: Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! Zdrowia i szczęścia. Dziękuję za syna.

Dziś rozumiem, że byliśmy razem, bo tak wypadało, bo tak trzeba, a nie z prawdziwej bliskości. Czasem ludzie mogą być razem, a nigdy się nie spotkać naprawdę. Do dziś zostało mi to jej jedno szczere życzenie: Dziękuję za syna. I to chyba najważniejsza nauka z całego mojego życia.

Rate article
Fajna Tajna
RÓŻNI LUDZIE Żona Igora była… dziwna. Piękna, owszem: naturalna blondynka z czarnymi oczami, kształtna, zgrabna, długonoga, a w łóżku – prawdziwy ogień. Na początku liczyła się tylko namiętność, nawet nie było kiedy się zastanawiać. Potem ciąża, jak to u ludzi – pobrali się, bo tak wypadało. Urodził się syn, także jasnowłosy, czarnooki. Wszystko było jak u każdego młodego małżeństwa: pieluchy, pierwsze kroki i słowa, i Jana zachowywała się normalnie, opiekowała się dzieckiem, zwykła młoda mama. A potem, kiedy syn zrobił się nastolatkiem, Jana nagle zaczęła interesować się fotografią. Ciągle coś fotografowała, zapisała się na jakieś kursy, wiecznie z tym aparatem… — Czego ci brakuje? — pytał Igor. — Pracujesz jako prawniczka, to pracuj. — Prawnikiem — poprawiała spokojnie. — No to prawnikiem. Zajmij się bardziej rodziną, a nie włócz się gdzie popadnie. Sam nie rozumiał, co go drażni. Przecież nie zaniedbywała domu. Obiad ugotowany, czysto, dziecko odrobione – wracał z pracy, kładł się na kanapie przed telewizorem, tak jak powinno być. Ale denerwowało go, że żona jakby znika gdzieś, gdzie nie ma dla niego miejsca. Jest, a jakby jej nie było. Nigdy nie oglądała z nim telewizji, nie dyskutowała o ciekawych rzeczach. Po prostu – nakarmi i znów nie z nim. — Ty jesteś żonatą kobietą czy nie? — denerwował się Igor, kiedy znowu przyłapał ją przy komputerze. Jana milczała. Zamykając się w sobie. Uwielbiała też egzotyczne podróże. Brała urlop i jeździła z plecakiem, z tym swoim aparatem. Igor nie rozumiał. — Pojedźmy do znajomych na działkę. Mają saunę i własną pędzoną wódkę, i w ogóle już pora pomyśleć o swojej działce. Jana odmawiała, ale zabierała Igora na swoje wyjazdy. Raz spróbował. No i nic z tego. Wszędzie obco, mówią w dziwnym języku, a jedzenia nie da się przełknąć – tak ostre. Dla niego pięknem nigdy nie był zainteresowany. Potem Jana zaczęła jeździć bez niego. Odeszła też z pracy. — A co z emeryturą? — oburzał się Igor. — I w ogóle kim ty się stałaś? Myślisz, że zostaniesz wielką fotografką? Wiesz, ile kasy trzeba, żeby się przebić? Jana nic nie odpowiadała. Tylko raz nieśmiało powiedziała: — Będę miała swoją pierwszą wystawę. — Każdy ma wystawę — burknął Igor. — Wielkie osiągnięcie. Na otwarcie poszedł. Nic nie zrozumiał. Jakieś twarze, nawet nie ładne. Pomarszczone ręce, mewy nad wodą. Wszystko dziwne, jak sama Jana. Pośmiał się z niej wtedy. A ona kupiła mu samochód. Proszę, jesteśmy rodziną, korzystaj. Sama nie zrobiła prawa jazdy, jemu podarowała. Zleceniami na sesje zarobiła. Wtedy przestraszył się. Nieprzyjemnie się zrobiło. Co to za dzikie stworzenie zamiast żony? Skąd te pieniądze? Dali faceci? Przecież to niemożliwe, żeby na takim dziwactwie zarobić na samochód. Chyba się puszcza. Nawet jeśli nie teraz, to na pewno prędzej czy później będzie. Próbował ją nawet „wychować” – tak, lekko spoliczkował. Chwyciła za nóż, machnęła na oślep – dwa szwy na brzuchu. Na szczęście nie przyszło jej do głowy, żeby dźgnąć, histeryczka. Potem przepraszała. Ale już nigdy więcej nie podniósł na nią ręki. Kochaneczki uwielbiała bardzo. Wszystkim pomagała, do domu znosiła, leczyła, szukała nowych domów. U nich zawsze mieszkały dwa koty. Niby fajne, łagodne, ale to przecież nie ludzie! Jak można kochać koty bardziej niż męża? Kiedyś padł jej kot, nie zdołała uratować, zdechł na jej rękach w klinice. Jana wtedy rozpaczała! I płakała, i piła koniak, i siebie winiła. Trwało to wiele dni. Igor miał dość, rzucił rozżalony: — Zostało ci jeszcze tylko za karaluchami płakać! Natknął się wtedy na jej ciężki wzrok, zamilkł, trzasnął drzwiami, wyszedł. Niech robi, co chce. Przyjaciele współczuli, koleżanki żony też były po stronie Igora. Wszyscy mówili, że Jaśka przewróciło się w głowie, straciła kontakt z rzeczywistością. Wtedy znalazł pocieszenie u sąsiadki, która była przy okazji dziecięcą przyjaciółką Jany. Irka była prostsza, bardziej zrozumiała. Pracowała jako ekspedientka, nie interesowało ją żadne „sztuka”, zawsze była gotowa i do seksu, i do rozmowy. Co prawda za dużo piła, ale przecież nie zamierzał się z nią żenić… Czekał, aż Jana się zorientuje, wścieknie, zrobi awanturę, scenę zazdrości, powybija talerze. Wtedy powie: „A ty sama – gdzie się podziewasz?” Potem sobie wybaczą wszystkie zdrady i rodzina wróci do normy. I Irenkę będzie można zostawić. Ale Jana milczała. Tylko patrzyła jakoś źle. A w łóżku – całkiem się rozeszło. Cała się spinała, jak próbował ją pogłaskać. Przeniosła się do osobnego pokoju. Syn dorósł, skończył studia na uniwersytecie. Taki sam, jak matka: czarnooki, jasnowłosy i dziwny. — Kiedy wnuki? — pytał Igor. Denis tylko się śmiał, że najpierw chce coś zrobić w życiu, a i prawdziwą miłość spotkać. Wtedy będą wnuki, ojciec. Obcy, niezrozumiały. Matczyna krew. On i Jana zawsze mieli pełną harmonię, rozumieli się bez słów. Igor czuł się zbędny, przerażały go te czarne oczy, których nie potrafił odczytać. Wciąż szukał pocieszenia u Irki. Aż w końcu Jana się dowiedziała. Ktoś z sąsiadów powiedział. Igor zresztą wcale się nie ukrywał. Wrócił któregoś dnia do domu, a żona siedziała przy stole, paliła papierosa. I cicho, niemal szeptem: — Wynoś się stąd! Wynocha z domu! A oczy miała takie czarne, straszne, podkreślone sińcami. Poszedł do Irki. Czekał, kiedy żona go poprosi, by wrócił. Po tygodniu napisała na WhatsAppie, że trzeba pogadać. Ucieszył się, wziął prysznic, wyperfumował się drogimi perfumami. A Jana od progu: — Jutro idziemy składać wniosek o rozwód. Reszta jak we śnie. Rozwód, papierki, podpisy, z mieszkania zrezygnował, po dobroci, bo było po jej rodzicach… — I co teraz będziesz robić? Żyć jako rozwódka? — spytał złością. Chciał jeszcze dodać: „Komu ty jesteś potrzebna?”, ale się powstrzymał. Jana się uśmiechnęła. Pierwszy raz od lat uśmiechnęła się do niego tak szczerze i szeroko: — Jadę do Gdańska. Dostałam tam poważny projekt. — Tylko nie sprzedawaj mieszkania — poprosił jakoś głupio. — Gdzie wrócisz? — Nie wrócę — spokojnie odpowiedziała żona, a właściwie już była żona. — Wiesz, kocham od dawna innego człowieka. Też fotografa, z Gdańska, z nim jest mi niesamowicie ciekawie. Ale myślałam, przecież jestem mężatką, zdradzać mi obrzydzenie, a jakoś nie było powodu do rozwodu. Po prostu my jesteśmy różni ludzie. Z powodu tego się nie rozwodzą? A może tak? — Nie rozwodzą się — potwierdził Igor. — A jednak się rozwiedli — zaśmiała się Jana. — Na początku się wściekłam, jak się o Irce dowiedziałam. Ale potem pomyślałam – wszystko na lepsze. Będę szczęśliwa, ty też. Żeń się z nią i niech wam się wszystko układa. I odeszła. — Nie ożenię się — powiedział Igór do jej pleców. Ale Jana już nie usłyszała. Od tego czasu żadnych wieści od niej. Tylko raz w roku krótkie życzenia na WhatsAppie: „Wszystkiego najlepszego! Zdrowia i szczęścia! Dziękuję za syna”.