RÓŻNI LUDZIE
Żona Pawła to był dziwny przypadek. Piękna, aż słońce na nią za dnia patrzyło naturalna blondynka z czarnymi oczami, figura nie do opisania, nogi jak z pocztówki, piersi, które przyciągały wzrok nawet przekupki na targu. W łóżku ogień święty. Najpierw była namiętność i czasu na myślenie nie starczało. Potem ciąża. No to się pobrali, jak Pan Bóg przykazał.
Urodził się syn, taki sam blondas z czarnymi oczami. I było wszystko, jak u ludzi. Pieluchy, kaszki, pierwsze kroki, pierwsze słowa. I Jadzia zachowywała się po ludzku gruchała nad dzieckiem, zwykła taka młoda mama.
Potem zaczęło się, kiedy syn został nastolatkiem. Jadzia ni stąd, ni zowąd wkręciła się w fotografię. Ciągle coś pstrykana, na jakieś kursy się zapisała. Aparat miała już pewnie przymocowany do ręki na śrubki.
No czego ci brakuje? pytał Paweł. Pracujesz jako prawniczka, to pracuj.
Prawniczką poprawiała Jadzia.
No prawniczką. Rodzinie więcej uwagi poświęcaj, a nie kręcisz się nie wiadomo gdzie.
I sam nie wiedział, co go tak drażni. Przecież ona domu nie zaniedbywała. Obiad ugotowany, porządek zrobiony, szkoła syna zapewniona przychodził chłop z pracy, kładł się na kanapie przed telewizorem, jak Pan przykazał. A jednak wkurzało go to, że żona ginie gdzieś, gdzie dla niego nie ma miejsca. Niby jest, a jakby jej nie było. Telewizji z nim nie oglądała, ni nie komentowała ciekawych tematów. Nakarmi, odsunie talerz i znów gdzieś idzie.
Ty czyja żona jesteś, czy nie? złościł się, znowu zastając ją przy komputerze.
Jadzia milczała. Zamykając się w sobie.
Jeszcze ukochała wszelkie wojaże do egzotycznych krajów. Zwalnia się na urlop i śmiga z plecakiem, aparacik obowiązkowy. Paweł nie rozumiał.
Jedźmy lepiej do Staszka na działkę. Zrobili saunę, bimber mają przedni. A i nam już czas by było działkę kupić.
Jadzia odmawiała, ale za to proponowała wycieczki razem. Raz spróbował. Szału, mówiąc szczerze, nie było! Obcy ludzie, mówią w niezrozumiałym języku, jedzenie nie do przełknięcia. A widoki? No, nigdy nie był fanem krajobrazów.
Później Jadzia już jeździła bez niego. Aż w końcu złożyła wypowiedzenie w kancelarii.
A emerytura? Paweł, aż spieniony. Ty w ogóle za kogo się masz? Myślisz, że jesteś jakaś wielka fotografka? Wiesz ile forsy trzeba, żeby się wybić?
Jadzia nie odpowiadała. Tylko raz nieśmiało rzuciła:
Mam pierwszą wystawę. Swoją.
Też mi wyczyn, wystawa. burknął Paweł. Wszyscy mają wystawę.
Ale na otwarcie poszedł. Nic z tego nie zrozumiał. Jakieś twarze, i to wcale nie ładne. Ręce pomarszczone, mewy nad wodą. Wszystko jakieś dziwne, zupełnie jak sama Jadzia.
Wyśmiał ją więc wtedy. A potem Jadzia kupiła mu samochód. Tak po prostu oto, korzystaj, przecież jesteśmy rodziną. Sama do prawa jazdy nie podeszła, jemu wręczyła. Zarobiła z tych zdjęć i z jakichś zleceń.
Wtedy zrobiło mu się nieswojo. Jakoś dziwnie. Co to za zwierz w domu zamiast żony? Skąd ta kasa? Chłopy dały? Przecież niemożliwe, żeby na takich głupotach zarobić na auto. Coś kręci? Zejdzie na manowce, nawet jak jeszcze nie, to na pewno kiedyś.
Nawet próbował ją wychowywać lekko, policzek dał. Chwyciła za kuchenny nóż, rąbnęła na oślep dwa szwy na brzuchu. Dobrze, że nie wpadło jej dmuchnąć w niego jak należy, histeryczka. Potem przepraszała. Ale od tamtej pory już mu się ręce nie podnosiły.
Koty kochała do szaleństwa. Wszystkim pomagała, do domu znosiła, leczyła, opiekowała się, nowym właścicielom oddawała. U nich w domu zawsze były dwa własne koty. Miłe, kochane, ale przecież to nie ludzie! Jak można je lubić bardziej niż męża?
Raz zdechł jej kot, nie udało się uratować, odszedł jej na rękach w klinice i po nim to się załamała. Płakała, piła koniak, winiła siebie. Dniami to trwało. Pawłowi już się płakać chciało, w końcu rzucił pełen żalu:
Może jeszcze za karaluchami będziesz rozpaczać?
Trafił na ciężkie spojrzenie, zamilkł, machnął ręką, wyszedł. Niech robi, co chce.
Znajomi współczuli, przyjaciółki żony też były po stronie Pawła. Mówili, całkiem odleciała, straciła kontakt z rzeczywistością. No i wtedy znalazł pocieszenie u sąsiadki notabene przyjaciółki Jadzi z podstawówki. Irka była prostsza i bardziej przewidywalna pracowała w sklepie, sztuka ją guzik obchodziła, zawsze gotowa i na pogaduszki, i do łóżka. Trochę tylko mocniej popijała, ale hej, kto by się przejmował, przecież nie miał zamiaru żenić się z nią
Czekał, aż Jadzia zauważy, oburzy się, zrobi awanturę, zdemoluje talerze. Wtedy powiedziałby: A sama co? Ciągle cię w domu nie ma! Potem już tylko przebaczenie, rodzinna zgoda, a Irkę można rzucić.
Ale Jadzia milczała. Tylko patrzyła dziwnie. W łóżku całkiem się posypało kurczyła się, gdy tylko próbował się zbliżyć. Przeniosła się do osobnego pokoju.
Syn już dorósł, skończył Uniwersytet Warszawski. Cały w matkę: czarne oczy, włosy białe jak mleko i dziwak.
Kiedy wnuki? wypytuje Paweł.
Filip tylko się śmiał, że najpierw coś chce w życiu zrobić, jeszcze może prawdziwą miłość spotkać. Wtedy dopiero, ojcze, wnuków się spodziewaj. Dziwny, obcy. Matczyna krew. Oni z Jadzią mieli zawsze tę swoją harmonię, rozumieli się bez słów. Pawłowi wydawało się, że jest tam zbędny, a te czarne oczy go przenikały na wylot, aż ciarki przechodziły po plecach. Raz po raz więc szukał pocieszenia u Irki.
W końcu Jadzia się dowiedziała. Ktoś z sąsiadów powiedział, Paweł przecież się z tym nie krył. Przychodzi do domu, a żona przy stole pali, tak cicho, pod nosem:
Wypierdzielaj. Wynoś się z domu!
A oczy czarne, straszne, obwiedzione sińcami.
Poszedł do Irki. Czekał, aż żona go wezwie z powrotem. Po tygodniu napisała na WhatsAppie, że musi pogadać. Ucieszył się, wykąpał, wypsikał droższej wody kolońskiej. Ale Jadzia od progu:
Jutro idziemy składać papiery rozwodowe.
Dalej wszystko jak w transie. Rozwód, papiery, podpisy, ze swojej części mieszkania zrezygnował po ludzku, bo to od jej rodziców była.
I co teraz, będziesz mieszkać jak stara panna? spytał ze wściekłością, wychodząc z sądu. Już-już chciał rzucić komu ty będziesz jeszcze potrzebna?, ale się ugryzł w język.
Jadzia uśmiechnęła się pierwszy raz od lat do niego, szczerze i szeroko:
Jadę do Gdańska. Dostałam tam fajny projekt!
Przynajmniej mieszkania nie sprzedawaj, po co? Gdzie wrócisz?
Ja nie wrócę spokojnie odparła żona, czyli już była żona. Rozumiesz, ja już od dawna kocham kogoś innego. On też jest fotografem, z Gdańska, świetnie nam razem. Ale myślałam jestem mężatką, zdrada mnie brzydzi, a rozwód tak bez powodu Bo my po prostu jesteśmy różni ludzie. Za to nie rozwodzą się? Czy może jednak się rozwodzą?
Nie rozwodzą się potwierdził Paweł.
A widzisz, a my się rozwiedliśmy zaśmiała się Jadzia. Najpierw mnie wściekłość wzięła, jak się o Irce dowiedziałam. A potem pomyślałam wszystko na lepsze. Ja będę szczęśliwa i ty też. Ożeń się z nią i niech wam się wiedzie.
I poszła.
Nie ożenię się rzucił Paweł za nią.
Ale Jadzia już go nie słyszała.
Od tamtej pory wieści od niej żadnej. Raz w roku tylko WhatsApp: Wszystkiego dobrego na urodziny! Dużo zdrowia! Dzięki za syna.Paweł przez dłuższy czas czuł, jakby z niego coś wyciągnięto. Nie potrafił się odnaleźć u Irki, przez jakiś czas nawet próbował się łudzić, że tak ma być, że kiedyś wróci normalność. Jednak wszystko było nie na swoim miejscu: telewizor grał za głośno, talerze były za tłuste, a nocą cisza aż bolała. Syn zaglądał rzadko, najczęściej przychodził tylko, by pogadać, pożalić się na świat coraz bardziej niezależny, coraz bardziej obcy, tak jak obcy był Paweł samemu sobie.
Pewnej soboty, słońce rzucało cienie na kuchenną podłogę, zadzwonił domofon. Przez chwilę Paweł miał głupią nadzieję, że to Jadzia wróciła z Gdańska, a wszystko się odczaruje jak w złym śnie. Ale to był tylko listonosz paczka ze zdjęciami, z Gdańska. Na jednej Jadzia na tle morza, po pas w wodzie, owinięta kotem, którego trzymała nad głową jak trofeum. Obok niej ten drugi, z dredami i szerokim uśmiechem. Pod spodem notka: Myślę o was ciepło. Filip już był i dał się namówić na robienie zdjęć. Ma oko całkiem po mnie.
Poczuł ucisk w klatce piersiowej nie złość, ani żal. Raczej ulgę, że gdzieś tam Jadzia żyje, śmieje się i zbiera fale swojego życia.
Zadzwonił do syna. Umówili się na kawę w mieście pierwszy raz od lat nie rozmawiali o pracy ani o cenie działek. Filip pokazał mu swoje fotografie. To twoja matka? zapytał Paweł, patrząc na Filipowe ujęcia. Chłopak kiwnął głową, oczy jak węgle, ale dłoń ciepła, silna.
Wiesz, stary Ona zawsze była trochę inna. Ale mnie nauczyła, że jak się coś kocha, trzeba pozwolić temu pójść własną drogą. Nawet ludziom.
Paweł długo patrzył przez okno. W końcu zapytał:
Filip, a ty masz kogoś?
Może uśmiechnął się syn wymijająco. Ale najpierw chcę jeszcze trochę pożyć po swojemu.
I siedzieli chwilę w ciszy, obaj patrząc, jak za szybą tłoczy się świat, pełen ludzi, każdy inny. I w tej różnorodności nagle zrobiło się lżej. Bo czasem różni ludzie żyją różnie. I to, być może, jest jedyne, czego naprawdę warto się nauczyć.



