Gdzie ja mam ten gar z galaretą postawić? W lodówce nie ma w ogóle miejsca, wszystko zawalone tymi twoimi… jak to się mówi… carpaccio i awokado, tfu, język można sobie połamać mruczała z niezadowoleniem kobieta, próbując wcisnąć ogromny emaliowany gar na dolną półkę, przesuwając przy tym schludnie poustawiane pojemniki.
Małgorzata, stojąc przy kuchni i mieszając sos do mięsa na gorąco, głęboko westchnęła, licząc w myślach do dziesięciu. To był dopiero początek. Goście weszli do środka 20 minut temu, a w mieszkaniu panował już zgiełk jak na bazarze w Bydgoszczy wszystko kręciło się wokół nich, a mieszkanie właścicieli traciło swój dotychczasowy porządek.
Ciociu Wiesiu, proszę postawić to na balkonie. Teraz jest przecież mróz, balkon zamknięty, nic się tej galarecie nie stanie odpowiedziała Małgorzata łagodnie, starając się nie podnosić głosu. A w lodówce mam składniki do sałatek, nie można ich zamrażać.
Na balkon?! obruszyła się ciocia Wiesia, masywna kobieta ze świeżą trwałą i w wielkim, kwiecistym szlafroku, który przywiozła ze sobą i założyła zaraz w przedpokoju. Przecież tam kurz z ulicy się unosi! I w ogóle, nie trzyma się jedzenia na podłodze! Dobra, przesunę te twoje słoiki z zielskiem, nikt tego i tak nie je. Mężczyźni muszą mieć mięso, nie jakieś siano!
Małgorzata posłała błagalne spojrzenie mężowi. Tomasz, wysoki i spokojny, kroił chleb przy kuchennym stole i usiłował zniknąć z pola widzenia. Doskonale znał charakter ciotki Wiesi i jej córki, Eweliny kuzynki Małgorzaty, która właśnie wnikliwie komentowała jakość glazury w łazience.
Tomek, pomóż cioci zanieść galaretę na balkon zdecydowanie powiedziała Małgorzata. Pusto tam na szafce i wszystko przetarte. Żadnego kurzu.
Tomasz posłusznie wstał, zabrał ciężki gar od opornej ciotki i zniknął w przedpokoju. Ciocia Wiesia, pozbawiona ciężaru, od razu skupiła uwagę na Małgorzacie.
A co taka blada jesteś, Małgosiu? Dieta znowu? Skóra i kości! Ewelinka moja córka zdrowa, radosna, miło popatrzeć. Ty się wysuszasz w tej Warszawie. I ten remont… Szary, nudny. Nie można by dać tapet ze złotem? Takie piękne teraz są, wygląda porządnie!
Lubimy minimalizm, ciociu Wiesiu odpowiedziała krótko Małgorzata, próbując sos. Każdy ma swój gust.
W tym momencie do kuchni weszła Ewelina. Starsza o trzy lata, ale zawsze zachowuje się tak, jakby była o dekadę starsza i miała prawo pouczać Małgorzatę o życiu. Za nią biegali jej dwaj synowie pięcio- i sześcioletni z rękami umorusanymi czekoladą.
Gosiu, czy u ciebie jest tylko prysznic w łazience? jęknęła rozczarowana Ewelina, siadając i zakładając nogę na nogę. Myślałam, że będzie wanna! Jak ja mam umyć chłopaków wieczorem? Oni lubią się taplać!
Ewela, robiliśmy remont pod siebie. Wolimy prysznic. Dzieciaki można przecież opłukać pod prysznicem, już nie są niemowlęta ripostowała Małgorzata, czując narastającą frustrację.
Goście przyjechali z Poznania na święta, bo rodzina musi się spotykać i trzeba zobaczyć stolicę. Małgorzata, wychowana w tradycji polskiej gościnności, nie umiała odmówić, choć pamiętała doskonale ostatni taki najazd trzy lata temu, po którym przez tydzień czyściła mieszkanie i uspokajała nerwy.
Wtedy było jeszcze w starej dwójce na Mokotowie z przetartym linoleum. Teraz Małgorzata i Tomasz wprowadzili się wreszcie do przestronnego trzypokojowego mieszkania z nowiutkim, wymarzonym remontem. To było ich miejsce na ziemi, ich duma. Każdy szczegół był przemyślany, każdy centymetr wywalczony w niełatwych negocjacjach z ekipą.
Małgorzata szczególnie kochała ich sypialnię. Tam była strefa zakazana: granatowe ściany, ciężkie zaciemniające zasłony, ogromne łóżko z ortopedycznym materacem za grube tysiące złotych, miękki dywan pełnia relaksu. Z Tomaszem ustalili, że sypialnia NIE jest dla gości; ich pokój zostaje zamknięty. Dla odwiedzających był duży rozkładany narożnik w salonie i na wypadek potrzeby – rozkładana sofa w gabinecie Tomasza.
Mamo, chce mi się pić! zawodził młodszy syn Eweliny, szarpiąc ją za rękaw.
Idź poproś ciocię Gosię o sok rzuciła Ewelina. Gosiu, daj im coś do picia, bo zmęczeni po podróży.
Małgorzata wyjęła z lodówki karton soku jabłkowego i nalała do dwóch szklanek.
Tylko ostrożnie, nie rozlewajcie, tu jest prawdziwa drewniana podłoga uprzedziła.
Przesadzacie z tym parkietem, roześmiała się ciocia Wiesia. Dom dla ludzi, nie na pokaz. Jak dzieci rozleją, to się wytrze. Gosiu, trochę się spinacie, żyjecie jak jacyś państwo w Warszawie.
Tomasz wrócił z balkonu i widząc napięcie, rzucił pojednawczo:
Może siądziemy do stołu? Już piąta, zaraz zaczniemy żegnać stary rok.
Zasiadło kompletne zamieszanie. Dzieci biegały wokół stołu, łapały plasterki kiełbasy i sera, Ewelina głośno nadawała przez telefon, relacjonując znajomej jak dotarły, ciocia Wiesia krytykowała każdą potrawę.
Sałatka z krewetkami?! podniosła na widelcu owoc morza z wyraźnym obrzydzeniem. Ja tego nie rozumiem. Śledzik pod pierzynką to jest porządne. Tu tylko zielenina i guma. Gosiu, ugotowałaśbyś zwykłe ziemniaki z koperkiem, a to jakieś puree z truflowym olejem… zapach dziwny jakby się zepsuło.
To delikates, mamo leniwie dorzuciła Ewelina, odkładając komórkę. Ale ja lubię proste jedzenie. Gosiu, podaj pieczarki. Sama robiłaś czy kupne?
Kupne, z bazarku odpowiedziała Małgorzata.
No oczywiście. Swoich ci się nie chciało skwitowała ciocia Wiesia. Ja swoje przywiozłam, zaraz otworzę, poczujecie co to prawdziwe grzyby!
Małgorzata milcząc przeżuwała, patrząc w talerz. Tomasz pod stołem ścisnął jej dłoń. Wytrzymaj, tylko trzy dni mówiły jego oczy.
Około ósmej, gdy butelka szampana była już pusta, a dzieci w końcu przykleiły się do tabletów, pojawił się temat noclegu.
Och, zmęczyłam się jak nigdy, plecy odpadają narzekała ciocia Wiesia, masując krzyż. Cały pociąg trząsł, czułam się jak w starej przyczepie kempingowej. Muszę się położyć, wyciągnąć nogi.
Tak, mamo, powinnaś wypocząć, potwierdziła Ewelina. Gosiu, gdzie nam pościeliłaś?
Czekała na to pytanie.
Przygotowałam salon narożnik rozkłada się szeroko, spokojnie dla dwóch dorosłych. Ewelina z chłopcami mogą spać w gabinecie, sofa rozkładana, a na wszelki wypadek mamy jeszcze wysoki materac dmuchany, można rozłożyć w salonie.
Zapadła cisza. Ciocia Wiesia przestała jeść, a Ewelina podniosła zdziwione brwi.
To znaczy narożnik? spytała ciocia Wiesia, patrząc na siostrzenicę jak na pomyloną. Gosiu, żartujesz? Mam kręgosłup, chore biodro! Ja nie mogę spać na narożniku, rano nie wstanę! Potrzebuję prawdziwego łóżka. Miękkiego i równego.
Ciociu Wiesiu, narożnik jest ortopedyczny, dla gości kupowaliśmy, twardy, bez szczelin zaczęła tłumaczyć Małgorzata.
Narożnik to narożnik! przerwała cioca To dobre dla młodych. Ja już jestem w wieku! Myślałam, że sypialnię nam odstąpicie, słyszałam że macie tam matras marzenie.
Małgorzata zamarła. Prośby, kaprysy tego się spodziewała. Ale tak bezpośrednie żądanie przejęcia ich prywatnej przestrzeni nie.
Sypialnię? spytał Tomasz, marszcząc brwi. Wiesławo, sypialnia to nasz pokój. My tam śpimy.
No i co z tego? odparła Ewelina. Wy młodzi, sprawni. Wytrzymacie parę dni na narożniku albo na podłodze. Mama potrzebuje wygody. Mi z dzieciakami też byłoby najlepiej w jednym pokoju z mamą. Chłopaki mogą w nocy się przebudzać, w sypialni usłyszę wszystko.
Chwila poczuła jak krew jej pulsuje w twarzy. Chcecie, żebyśmy się przeprowadzili na salon, a własne łóżko oddali wam na święta?
Gosiu, czemu dramatyzujesz? rzuciła cioca Wiesia. Oddali, wyszli Prosimy na parę dni! Goście to goście, trzeba im dać najlepsze! Tak bywało zawsze. Moja mama tak uczyła, i babcia. A ty, widzę, wykształciłaś się w Warszawie, tradycje są nieważne.
Ciociu, tradycje to podjąć i gościć, odpowiedziała stanowczo Małgorzata. Ale sypialnia to kwestia higieny, jak szczoteczka do zębów. Śpimy tam z Tomaszem. Nie odstąpimy łóżka. Przykro mi.
Ewelina stuknęła gwałtownie kieliszkiem o stół.
Gosiu, poważnie mówisz? Żal ci łóżka dla rodziny? Jechaliśmy do ciebie ze stówką kilometrów, z prezentami, a ty nam narożnik, jak psom?
Jak psom? oburzył się Tomasz. Narożnik kosztował dziesięć tysięcy złotych, jest bardzo wygodny. Sam na nim czasem śpię.
Nie obchodzi mnie cena! wrzasnęła ciocia Wiesia. Znaczenie ma szacunek! Twoja matka, świętej pamięci, spaliłaby się ze wstydu widząc jak traktujesz rodzinę. Egoistka, cała w ojca!
To było cios poniżej pasa. Małgorzata pamiętała matkę cichą, pokorną, całe życie znoszącą wybryki własnej siostry, oddającą jej nawet ostatnie grosze. Ciocia Wiesia wyjeżdżała, a jej matce zostawały pusty portfel i ból głowy.
Proszę nie mieszać mamy powiedziała Małgorzata cicho, ale z groźną nutą w głosie. Mama była święta, pozwalaliście sobie na jej dobroć. Ja nie jestem mamą. Znam swoje granice. Sypialnia jest zamknięta. Chcecie spać wygodnie polecam hotel, mogę pomóc zamówić pokój.
Hotel?! Ewelina aż się zadławiła. Wyrzucasz nas? Za pieniądze? Mamo, słyszysz?
Słyszę, córciu, słyszę ciocia Wiesia złapała się teatralnie za serce. O matko, chyba mi ciśnienie skoczyło. Dajcie wody, szybko!
Ewelina rzuciła się do dzbanka, podała wodę, wsunęła jakieś tabletki. Dzieci, wyczuwając atmosferę, zamilkły i obserwowały awanturę.
Dobrze zarządziła Ewelina, gdy ciotka nieco ochłonęła. Albo śpimy w sypialni jak ludzie, albo wyjeżdżamy natychmiast. Nie staniemy nogą w tym domu i wszystkim powiemy, jaka z ciebie wyrodna warszawianka. Wybieraj.
Małgorzata spojrzała na Tomasza. Siedział z kamiennym wyrazem twarzy, ale w oczach była pełna zgoda. On też miał dość tej bezczelności.
Dziwny wybór, Ewelino powiedziała Małgorzata, wstając. Proponuję wam gościnę, dobry stół, wygodne miejsca do spania. Wy żądacie mojej prywatnej przestrzeni. Jeśli nie chcecie być razem, tylko koniecznie spać na naszym łóżku, to chyba nie mamy wspólnej drogi.
Ach tak?! ciocia Wiesia zerwała się ze stołka, zapominając o kręgosłupie. Zbieraj się Ewelina! Ubieraj dzieci! Nie zostaniemy tu ani minuty! Lepiej spać na dworcu niż u takich krewnych!
Mamo, dokąd teraz? Pociągi nie kursują! spanikowała Ewelina, bo myślała, że Małgorzata ustąpi pod wpływem szantażu.
Taxi wezwiemy! Do Halinki pojedziemy na Pragę! Ona mieszka skromnie, ale odda ostatnią kołdrę! A tu niech się dławią truflami!
Powstało zamieszanie. Ewelina, rzucając wściekłe spojrzenia siostrze, zaczęła pakować rzeczy. Ciocia Wiesia przechadzała się po mieszkaniu, głośno narzekając na niesprawiedliwość losu.
Oddajcie prezenty! rzuciła nagle ciocia, stając w korytarzu. Przyniosłam wam komplet lnianych ręczników! Nie zasłużyliście! Halince dam!
Małgorzata poszła do pokoju, wzięła szorstki, twardy pakiet ręczników i podała z grzecznie.
Proszę. I swoje grzyby też zabierzcie.
Weźmiemy! ryknęła Ewelina, zgarniając słoik. I cukierki dla dzieci też zabieramy!
Tomasz tylko patrzył, oparty o framugę. Wstydził się za dorosłych, którzy zachowywali się gorzej niż dzieci.
Pakowanie trwało piętnaście minut, cały czas ciocia Wiesia zrzędziła, wyciągając stare urazy, strasząc samotnością i brakiem szklanki wody na starość.
Wezwaliście taxi? spytał Tomasz, gdy goście już się ubierali.
Nie potrzebujemy łaski! Sami zamówimy! fuknęła Ewelina, wpatrując się w telefon. Mamo, wychodzimy, auto za chwilę podjedzie. Poczekamy na dworze, tu się nie da wytrzymać.
Wysypali się na klatkę schodową. Ciocia Wiesia ostatni raz trzasnęła nowymi drzwiami z taką siłą, że tynk posypał się z sufitu przedpokoju.
W mieszkaniu zapanowała cisza. Słychać było tylko buczenie lodówki i cykanie zegara w salonie. Na stole pozostała niedokończona sałatka z krewetkami, porozrzucane serwetki, plamy od soku na obrusie.
Małgorzata usiadła powoli na krześle i zasłoniła twarz dłońmi. Jej ramiona zadrżały.
Tomasz podszedł, objął ją i pocałował w głowę.
Już, spokojnie, Gosiu. Poszli sobie.
Małgorzata podniosła głowę. Nie płakała, lecz śmiała się to był nerwowy, ale radosny śmiech.
Tomek, widziałeś? Lepiej na dworcu niż u was! Boże, co za ulga!
Ulga uśmiechnął się Tomasz. Wyobraź sobie, że zostawili galaretę gar na balkonie!
Małgorzata wybuchnęła śmiechem.
Galareta! Największy skarb zostawili! A wiesz, Halinka, do której jadą, mieszka z mężem alkoholikiem w dwunastometrowym pokoju na Pradze. Wyobrażam sobie jej radość w sylwestrową noc.
To już nie nasze zmartwienie zauważył filozoficznie Tomasz, nalewając sobie szampana. Gdy mówili o twojej mamie ledwo się powstrzymałem, by sam ich nie wyrzucić. Dzielna jesteś. Niezwykle odważna.
Po prostu bardzo kocham naszą sypialnię zwierzyła się Małgorzata, upijając łyk z kieliszka Tomasza. I ciebie. I nasz spokój. Wiesz, to chyba będzie najlepszy Sylwester. Nas dwoje, jedzenia jak dla całej armii, a nikt nie narzeka na sałatki.
Zabrali się do sprzątania. Małgorzata zbierała brudne talerze, Tomasz wnosił je do zmywarki. Powietrze w domu jakby się oczyściło; ciężka atmosfera pretensji zniknęła.
Małgorzata podeszła do okna. Na zewnątrz sypał wielki, puszysty śnieg, zakrywając ślady odjeżdżającego taxi. Miasto lśniło światłami. Tam, w tej zamieci, jechali jej krewni, dźwigając ze sobą złość i niezadowolenie. Gosia poczuła nawet trochę współczucia z takim ciężarem żyć musi być trudniej niż na narożniku.
Tomek zawołała. Włączymy muzykę i zapalimy świece? To przecież święto.
Jasne zawołał z kuchni. Zaraz będzie gorące danie kaczka, której nawet nie dotknęli.
Godzinę później siedzieli przy nowo nakrytym stole. Paliły się świece, cicho grał jazz, a kaczka z jabłkami była pyszna chrupiąca, aromatyczna, soczysta.
Za nas wzniósł toast Tomasz. Za nasz dom. By zawsze był otwarty dla tych, którzy nas szanują.
I za granice dodała Małgorzata, stukając kieliszkiem. Które wreszcie potrafimy stawiać.
Później, już nocą, leżąc na swoim wymarzonym materacu, Małgorzata czuła niewyobrażalną ulgę. Cisza, świeże pościele, zapach lawendy, żadnych cudzych perfum. Wiedziała, że krewni pewnie właśnie koczują u Halinki na podłodze czy siedzą na dworcu, złorzecząc na pyszną Gosię z Warszawy. Ale nie czuła ani krzty wyrzutu sumienia.
Zrozumiała jedno: nie da się być dobrym dla wszystkich, zwłaszcza kosztem siebie. Jeśli ceną za spokój jest urażona rodzina to jest akceptowalna cena.
Rano telefon Małgorzaty nie przestawał dzwonić. Inni krewni już dostali skrzywioną wersję, gdzie Małgorzata wygnała chorą ciotkę na mróz. Nie czytała, nikomu nie odpowiedziała. Przełączyła na tryb samolotowy, przeciągnęła się w łóżku i uśmiechnęła nowemu dniu.
A tę galaretę z balkonu zjedli potem okoliczne psiaki wdzięczne, nie marudziły na czosnek ani konsystencję. Zwierzęta zawsze docenią dobro bardziej niż niejeden człowiek.



