Puree, kurczak i rozwód, który nigdy nie nastał

Warszawa. Jesienny wieczór. Wilgotny wiatr, zmęczone oczy i jeszcze bardziej zmęczone serce. Elżbieta wróciła do domu po dziesięciu godzinach w supermarkecie. W głowie wirowała tylko jedna myśl:

— Żeby chociaż Tomek usmażył trochę ziemniaków…

Mieszkanie powitało ją zapachem czegoś pysznego. Elżbieta zdjęła kurtkę, zrzuciła buty, weszła do kuchni — na stole stały talerze z parującym puree i pieczonym kurczakiem. Obok — łyżki, sól, chleb, czajnik. Tomek w milczeniu skinął na krzesło:

— Siadaj.

— Ojej, dzisiaj coś świętujemy? — Elżbieta wymiesznie się uśmiechnęła. — To coś nowego?

— Najzwyklejsze danie — wzruszył ramionami. — Ale muszę z tobą porozmawiać.

Jedli w ciszy. Kurczak — delikatny, puree — w sam raz słone. Elżbieta nastawiła czajnik, zaparzyła lipową herbatę. Usiadła naprzciw męża.

— No to mów. Widzę, coś cię gryzie.

Tomek długo patrzył przez okno. Potem przeniósł wzrok na żonę.

— U dziadków w sobotę — złote gody. Zaprosili nas.

— A, to ci, co dali nam pięć tysięcy złotych na ślub? No i jak tam pojedziemy? Przecież mieliśmy się rozwieść.

— No, pojedźmy. Tak po prostu. Starzy ludzie, ucieszą się. Oficjalnie wciąż jesteśmy małżeństwem.

Elżbieta spojrzała na niego z wahaniem. Nie miała siły. Ani na kłótnie, ani na pogodzenie.

— Dobrze, jedźmy. Może ostatni raz razem wpadniemy w odwiedziny.

Jechali samochodem ojca Tomka. On z ojcem — z przodu. Elżbieta — z jego matką z tyłu. Cisza.

— Coś się między wami stało? — szepnęła teściowa.

— Nie — odparła Elżbieta z wymuszonym uśmiechem.

— Zobacz, jakie pierścionki im kupiliśmy na rocznicę. Złote, śliczne.

— Śliczne — skinęła głową.

— Żyjcie zgodnie. Za pięćdziesiąt lat dzieci wam też takie podarują.

Elżbieta spuściła wzrok. Pięćdziesiąt lat? To cała wieczność…

Na jubileuszu było wiosło: młodzież, dorośli, starzy. Stół uginał się od jedzenia, śmiech, toasty. Ale Elżbieta trzymała się z dala od męża. Kobiety z rodziny Tomka od razu wciągnęły ją w przygotowania do zabawy. Miały niewiele ponad trzydziestkę, tak jak ona. Sprzeczały się, przekomarzały z mężami, ale… widać było, że ich kochają.

Elżbieta łapała się na pytaniach:

— A ja go kocham? A on — mnie?

Może kiedyś kochała. Ale teraz… Dom — nieprzytulny. Pieniędzy — ciągle brak. Nowej kurtki nie może sobie kupić od trzech lat. Dzieci? Nawet o nich nie wspomina. Pracy porządnej znaleźć nie może. A przecież kiedyś był marzeniem…

Impreza skończyła się późno. Gości rozwieziono po domach. Babcia Hanka podeszła do młodych:

— Zostańcie u nas. Przenocujecie. I pomożecie trochę posprzątać.

Elżbieta i Tomek w milczeniu zaczęli zbierać ze stołów. Pracowali zgodnie, bez słów. Po dwóch godzinach w domu znów było czysto.

Babcia postawiła herbatę.

— No, Zbyszek, i przetrwaliśmy razem pięćdziesiąt lat — uśmiechnęła się do dziadka.

— A ile razy o mały włos byśmy się nie rozwiedli — burknął. — Aż pod kancelarię szliśmy.

— Ale wróciliśmy.

— No tak, bezrobotny byłem, grosza nie miałem — przypomniał sobie dziadek.

— A zapomniałeś, jak się za mną wszyscy oglądali? Księżniczką mnie nazywali. A ty świeciłeś jak lampa.

— No tak… Księżniczka — prychnął, ale w jego oczach błyszczało ciepło.

Elżbieta patrzyła na nich — i coś się w niej ścisnęło. Sprzeczali się, przerywali sobie, ale… kochali się. Naprawdę.

— Byliśmy tacy sami — pomyślała. — Młodzi, zapalczywi, pełni uraz. Pewni swojej racji. A teraz oni śmieją się z tego, przez co prawie się rozstali.

Babcia Hanka wyjęła z kieszeni kopertę:

— Macie, kupcie sobie coś. Na jesień. I nie sprzeczajcie się. Z dziadkiem nie zbiedniejemy.

Elżbieta chciała odmówić, ale Tomek wziął.

— Dzięki, babciu.

— No to idźcie spać. Pokój gotowy.

Pokój był znajomy — tutaj Tomek spędził dzieciństwo. Tylko teraz w łóżku było dwoje. Położyli się. Milczeli.

— Elżbieto… — szepnął.

Przytuliła się do niego. Ciepłe, znajome ramię. Nie bogactwo. Nie futro. Po prostu — on.

Tomek zasnął. A Elżbieta wpatrywała się w sufit.

— Dobrze, że się nie rozwiedliśmy. Jutro kupimy mi płaszcz. A potem, może… I dziecko. A za jakiś czas — wnuki. A za czterdzieści dziewięć lat… złote pierścionki. Takie same.

Uśmiechnęła się. Po raz pierwszy od dawna. I zasnęła. Spokojnie. Obok niego.

Rate article
Fajna Tajna
Puree, kurczak i rozwód, który nigdy nie nastał